Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
 

Migawki archiwum losowo - najnowsze poniżej

Alkohol

Rozpuszcza miłość, pieniądze,karierę i zdrowie –

Więcej…
Faktopedia DXL - kuriozalny pomysł władz Krymu

Dziś m.in. bananowa masakra, druga książka Hitlera, japońskie podejście do dbania o lasy oraz specjalne soczewki, które mogą pomóc daltonistom.

#1.

 
Więcej…
W kleszczach żywiołów

Jak u Sienkiewicza: „wartka fala napłynęła zdwojonym pędem”. Była to fala strachu, a napłynęła w środę rano

Więcej…
Kłamca, oszust i najwyraźniej idiota
A A A

Ksiądz w cywilu

  • Pamiętacie scenę z „Ojca chrzestnego” filmu Coppoli, gdy Corleone, szef sycylijskiego klanu, świętował pierwszą komunię swojego syna i na wystawne przyjęcie zorganizowane w ogrodach jego posiadłości zaprosił sporą gromadkę gości? Niewielu z nich było spokrewnionych z mafijną rodziną, ale skorzystali z zaproszenia i poczuli się wyróżnieni przez ojca chrzestnego: Don Corleone.

  • Gdyby w kościołach ustawiono urny, do których wierni mogliby wrzucać zapisane postulaty dotyczące ich oczekiwań w  kwestii zmian, których oczekują, pewnie zrobiłby się z  tego ciekawy materiał dla uczonych teologów, a ci, którzy są na szczytach kościelnej władzy, mieliby o czym dyskutować. Dotychczas nigdzie nie zauważyłem takowych urn, a jedynymi puszkami w kościelnych podcieniach są tylko te, do których bogobojni parafianie mogą wrzucać datki na potrzeby wspólnoty. Ale dobre i to – pewnie skwitowałby taki uczynek niejeden proboszcz, tłumacząc, że w ten sposób realizują piąte przykazanie kościelne nakazujące dbałość o potrzebujących.

  • Na  niedzielną mszę udają się do  tego samego kościoła. Mieszkając w  dość dużej parafii, mogliby wybrać dowolną godzinę liturgicznego spotkania, ale jakimś dziwnym trafem decydują się na mszę odprawianą o godzinie 9. Pod koniec liturgii, w trakcie której przezornie zajmują miejsca oddalone od siebie, podobnie jak pozostali w świątyni na wezwanie kapłana skinieniem głowy przekazują znak pokoju stojącym obok nich. Ten ceremoniał nie osłabia jednak ich czujności, bo w tym samym momencie ich spojrzenia biegną dalej, aby ich wzrok, teraz już pełen nienawiści, spotkał się gdzieś pośrodku świątyni.

     

  • Po  publikacji mojej pierwszej książki („Zakochana koloratka”) rozpisali się księża, którzy odeszli z szeregów kapłańskich i rozpoczęli życie w cywilu. Wielu było dopiero na początku nowej rzeczywistości i ci często pytali o to, jak znaleźć się w nowej dla nich sytuacji, i jak przełamywać w sobie poczucie wstydu, że zawiedli. Wśród moich mailowych rozmówców byli także „weterani”, którzy decyzję o wyborze nowej drogi życiowej podjęli (podobnie jak ja) już bardzo dawno, i od lat z mniejszym lub większym powodzeniem realizują się w „normalnym” świecie.

     

  • Mamy środek zimy. Trochę się spóźniła tego roku, bo święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok nie nastały w białej otulinie i można było naiwnie myśleć, że może będzie już tak dalej, aż do wiosny. Ale nie. Styczeń przypomniał nam, że mamy zimę, i posypało śniegiem, który utrwalił mróz. „To dobrze”, mówią ci, którzy uszykowali zimowy sprzęt i zamierzają poszaleć na białych stokach. Cieszą się dzieciaki, które wśród prezentów pod choinkami odnalazły sanki lub łyżwy, a nadchodzące ferie będą znakomitym czasem, by je sprawdzić na ośnieżonych pagórkach i przyszkolnych lodowiskach.

     

  • Dzień dobry, Kryspinie. Czytałem Twoje książki. Jestem kapłanem, który pokochał kobietę taką zwyczajną, ludzką miłością. Wykonuję każdego dnia moją kapłańską posługę, ale gdy przychodzi wieczór i próbuję kończyć go kapłańską modlitwą brewiarzową, moje myśli biegną do niej i wtedy przeżywam wielkie cierpienie.

  • Jesteśmy obecnie w  oku cyklonu, któ- rym stała się nowelizacja ustawy IPN, przewidująca restrykcje wobec tych, którzy szerzyliby nieprawdę o Holocauście i o tym, kto ponosi odpowiedzialność za wojenną tragedię narodu żydowskiego.

    Aby stanąć w obronie dobrego imienia Polski, do pana Premiera pofatygowali się ci, którym ocaleni z wojennego pogromu członkowie Narodu Wybranego zawdzięczają najwięcej – Sprawiedliwi wśród Narodów Świata – by na ręce szefa naszego rządu złożyć petycję, w której nawołują o wzajemną życzliwość obu naszych narodów (Polski i Izraela).

     

  • Każdorazowo po kolejnym artykule „Księdza w cywilu” otrzymuję wiele maili i listów, w których czytelnicy wyrażają swoją opinię na tematy tam poruszane. Niekiedy stawiają pytania i proszą o wyjaśnienie sprawy, której do końca nie pojmują. W takich przypadkach po prostu im odpisuję, starając się w prosty sposób wyjaśnić im wątpliwości.

  • Kto z nas nie pamięta kultowego filmu z udziałem Kargula i Pawlaka? W  pamięć widzów zapadły nie tylko dialogi kłótliwych sąsiadów, ale i ich zachowania, z których się zaśmiewamy po dziś dzień. Mnie szczególnie bawiły sceny spotkań Pawlaka z kapłanami, a wśród nich te, kiedy to bogobojny (na swój sposób) bohater zamawiał msze święte. W sumie trzy razy sięgał do sakiewki, by opłacić trud duchownych osób (aby wnuczce powinęła się noga na egzaminach, by szczęśliwie dopłynąć do Ameryki i na koniec za spokój duszy zmarłego brata Jaśka). Nie będę teraz rozwodził się nad tymi intencjami, przez które Pawlak próbował z Panem Bogiem załatwić sprawy, bo to było już tematem wcześniejszego mojego artykułu: „Łapówka dla Pana Boga”, kiedy to podzieliłem się z czytelnikami moim stanowiskiem na ten temat. Dzisiaj spróbujmy odpowiedzieć na pytanie: – „Ile się należy za mszę świętą?”.

     

  • Pamiętam z  mojego dzieciństwa wieczory pełne emocji. I  wcale nie mam na  myśli godzin spędzanych przed szklanym ekranem, bo  telewizja w  tamtym czasie (jeden program) takowych nie dostarczała: kilka programów publicystycznych, krótka dobranocka, wiadomości, no i wieczorny film (najczęściej ze słusznej strony żelaznej kurtyny) nie były spełnieniem naszych oczekiwań. Najbardziej lubiłem historie, którymi raczyła nas mama, gdy usiadłszy w starym fotelu, brała do ręki iglice i dziergała na nich wełniane cudeńka.

    Służyły nam one w czasie zimowych dni, które spędzaliśmy na godzinnych zabawach w parku rozciągającym się zaraz obok naszego domu. W takie wieczory uwielbialiśmy rozsiadać się na wielkim tapczanie, by z wypiekami słuchać niesamowitych historii, którymi mama nas raczyła. Najbardziej lubiliśmy opowiadania o duchach budzących przerażenie u tych, którym przyszło się z nimi w jakiś sposób spotkać.

  • Na  zakręcie drogi, prawie u  wylotu miejscowości, pobudowano szkołę dla miejscowych maluchów. Piękny, nowy obiekt stał się chlubą i powodem dumy mieszkańców, którzy cieszyli się, że ich latorośle będą zdobywały wiedzę o świecie w pięknych lekcyjnych salach. Władze oświatowe zadbały także o to, by miały w placówce tereny do  rekreacji i  uprawiania sportu na przyszkolnym boisku, z którego młodzież mogłaby korzystać w chwilach wolnych od zajęć. I pewnie byłoby sielankowo, gdyby nie niebezpieczne dojście do edukacyjnej placówki, zmuszające maluchy do przejścia przez ruchliwą drogę.

     

  •  

    Kiedy przeżywamy szczególny dla nas dzień: imieniny, rocznicę naszych urodzin (jeżeli takowe chcemy obchodzić), czy jakiś inny osobisty sukces, odwiedzają nas bliscy, by uczestniczyć w naszej radości. Oprócz zwyczajowych życzeń (nie wnikając, na  ile szczerych), najczęściej wręczają nam jakiś drobiazg, którym dodatkowo pragną sprawić nam radość. Osobiście należę do tej grupy ludzi, którzy lubią te dni i zawsze wtedy z radością przyjmuję gości, zwłaszcza gdy ich odwiedziny są podyktowane szczerością, a to się zwyczajnie czuje. Niektórzy jednak nie lubią takich spotkań i nawet otwarcie o tym mówią: „Nie obchodzę imienin... nie widzę powodu, aby cieszyć się z tego, że znowu mi przybył kolejny rok... nie potrzebuję klakierów mojego sukcesu, bo  sam do  niego doszedłem i zwyczajnie mi się należał”.

     

  • „Musi Pan jednak dopuścić do swojej świadomości, że  Boga nie było, nie ma i raczej nie będzie. Pan jednak uporczywie przemyca w swoich artykułach domniemanie, że Bóg to coś oczywistego i tylko człowiek podły lub niezbyt rozgarnięty może temu zaprzeczać. Posuwa się Pan w swojej pobłażliwej dobroci krok dalej, twierdząc, że to tylko błędy młodości, choroba buntu dorastania. Przejdą jak młodzieńczy trądzik. I Pan, i wy wszyscy obsługujący największe oszustwo w historii ludzkości przejedziecie się na tym krowim placku. A stanie się tak dlatego, że opornie, ale cały czas ewoluuje świadomość człowieka, poszerza się wiedza.

     

  • Kiedy odbierał dekret przyznający mu pierwszą samodzielną parafię, wiedział, że nie był to bilet do proboszczowskiego Edenu. Tę świadomość miał także jego biskup i może dlatego obiecał mu, że to tylko tak na chwilę, najwyżej na krótki czas, aż znajdzie się coś lepszego.

    Do miejsca, które miało się stać jego nowym kapłańskim domem, pojechał następnego dnia. Parafialny kościółek stał na  lekkim wzgórzu i nawet pięknie wyglądał, gdy patrzyło się na niego z oddali. Na dodatek był wtedy piękny, słoneczny dzień i wszystko wyglądało ślicznie.

    Gdy nowo mianowany proboszcz dotarł na miejsce, zrozumiał, że rzeczywistość już nie była tak sielankowa. Kościół na zewnątrz jeszcze jakoś wyglądał i nie zapowiadał tego, co krył za  olbrzymimi, drewnianymi drzwiami, choć wzbudziło jego niepokój to, że budynek stał wśród chwastów, które zarosły okalające go alejki.

    Najgorsza prawda kryła się w środku. To była zwyczajna ruina, z odpadającymi tynkami i śladami farby, której niewiele pozostało na ciemnych ścianach. W prezbiterium, za głównym ołtarzem, znajdowały się trzy neogotyckie okna, w których pewnie kiedyś mieściły się witraże, ale teraz po nich zostały tylko ślady w postaci kolorowych fragmentów, gdy pozostałe ubytki ktoś połatał zwykłymi szybkami.

    Jeszcze gorsza niespodzianka czekała nowego proboszcza, gdy zobaczył plebanię, a raczej to, co z niej zostało po pożarze, który zniszczył znaczną część kościelnego domostwa.

    Aby obraz przygnębienia był pełny, tego budynku prawie nie było widać, bo wokół porosły go zielone chaszcze sięgające prawie do dachu. Tak było ponad dwadzieścia lat temu, gdy proboszcz obejmował (tymczasowo, jak zapewniał go biskup) parafię.

    Teraz kościół na  wzgórzu stoi jak dawniej i jest piękny, nie tylko z oddali. Wchodząc do  środka, trudno nie zachwycić się blaskiem marmurowej posadzki, bielą misternie odnowionego sufitu i kolorami tęczy, gdy promienie słońca wpadają do środka przez witrażowe okna świątyni.

    Na zewnątrz nie ma śladu po kiedyś wszędobylskich chwastach, a alejki wokół świątyni zapraszają do spaceru wokół. Nieco poniżej na zboczu mieści się parafialny cmentarz, na którym można podziwiać porządek, jakby dopiero co  skończono wielkie sprzątanie.

    Niezwykłości otoczenia kościółka na wzgórzu dopełnia ogród prowadzący w kierunku lśniącej bielą plebanii. Miejscowi mówią, że nawet w Watykanie nie ma tak zadbanej zieleni i są zwyczajnie dumni.

    To mała (614 osób) i biedna parafia, w której większość ludzi żyje ze skromnych emerytur, tylko niektórzy mają małe poletka, z których ledwo starcza na życie, ale jak twierdzi ich proboszcz:

    „Oni są bogaci miłością”, i zaraz dodaje: „Ja tylko dokładam im swoją miłość do nich i może w tym tkwi tajemnica tego wszystkiego, co widać. Nie mamy w parafii żadnych kredytów, nie dostaliśmy dotacji i nigdy nie wołałem, aby dali na cokolwiek.

    Jedynie podsuwałem im pomysły, co moglibyśmy razem zrobić i robiliśmy to. Zresztą to dotyczy nie tylko tego, co cieszy oko, ale także tych spraw, które są najbardziej miłe Panu Bogu, a które nieustannie radują moją kapłańską duszę”.

    Biskup w minionych latach wielokrotnie proponował mu „awans” na lepszą parafię, ale zaprzestał, widząc, że on wrósł w swoich parafian i jest szczęśliwy.

    * * *

    Księża jeszcze w  czasie wikariuszowskiego „stażu” przechodzą teoretyczne szkolenie, jak poruszać się w sprawach związanych z zarządzaniem parafią i na koniec zdają egzamin proboszczowski.

    Może warto by  było kandydatów na proboszczów posyłać choćby na kilka tygodni do takich parafii jak ta z kościółkiem na wzgórzu, by tam mogli sobie przypomnieć, na czym polega istota kapłańskiej służby.

    Pewnie w każdej diecezji znalazłoby się choć kilku takich księży proboszczów, którzy mogliby się podjąć tego zadania. 

    KRYSPIN KRYSTEK  "Angora" nr 7/2018

    Zamieszczamy,  w celach informacyjno-edukacyjnych, mniej niż 10% przedruków  zawartości   ANGORY. Do poczytania kilkadziesiąt ciekawych  stron https://www.angora.com.pl  lub wydanie papierowe  w każdy poniedziałek. Cena tylko 5 zł.                                                                                                       

       Tygodnik ANGORA dostępny  również na iPad i iPhone darmowa aplikacja.

     Wpisz w przeglądarkę: https://itunes.apple.com/app/tygodnik-angora/id428646005

  • Młody chłopak, jeszcze dziecko, bo  miał niespełna piętnaście lat, poinformował swoich rodziców, że zdecydował o tym, iż nie będzie już więcej uczestniczył w religijnej edukacji i wypisał się ze szkolnej katechezy. Z pewnością był to szok dla najbliższych, bo rodzina żyła w małomiasteczkowej społeczności i decyzja małolata stała się lokalną sensacją. Nastolatek był w wieku, który psycholodzy określają czasem buntu dorastania i pewnie nie on jeden doświadczał tego stanu.

     

  •  

    „Nie chodzę do kościoła, gdy jest pełen spoconych tygodniowym pośpiechem ludzi, którzy najczęściej zachowują się jak uczestnicy partyjnego wiecu z czasu komuny. Trzeba być, zaliczyć cotygodniowy spęd, by przypadkiem parafialny nadzorca nie odnotował w pamięci naszej nieobecności.

    No i jeszcze jeden ważny powód – co ludzie powiedzą, gdy przy niedzielnym obiedzie przekażą sobie nowinę, że Kowalska kolejny raz nie pokazała się przy ołtarzu, a przecież na chorą nie wygląda.

     

  •  

    Wychowała pięcioro dzieci. W ich domu nigdy się nie przelewało, bo jej małżonek zmarł nagle, gdy najstarszy syn miał zaledwie 17 lat. Kobieta została sama z  gromadką do wykarmienia. Nie załamała się, choć w pierwszych tygodniach po stracie ukochanego jej przyszłość była owiana ciemnymi chmurami.

    Wtedy jej pierworodny, gdy widział troskę malującą się na jej smutnej twarzy, przysiadł tuż obok i tuląc ją serdecznie, powiedział: „Nie smuć się już, mamo. Po ciemnych chmurach nastają słoneczne dni. Dobry Bóg nie zostawi nas bez opieki, a my wszyscy już niedługo będziemy dorośli i będziemy zawsze pamiętali o tym, jak wiele serca nam oddałaś”.

     

  • Marzec tego roku obfitował w  wiele ciekawych wydarzeń. Pierwsze miało miejsce poza naszymi granicami, ale z  pewnego względu zasługiwało na odnotowanie. Były to wybory prezydenckie u naszego wschodniego sąsiada. Niby nie była to nasza sprawa, ale zawsze z niej można wyciągnąć wnioski. Mnie uderzyło jedno, że po ogłoszeniu zwycięstwa kandydata, jakoś mało przywódców, z mniej lub bardziej zaprzyjaźnionych państw, pospieszyło z gratulacjami.

     

  • Gdy sięgam pamięcią do chwil, gdy rozpoczynałem dorosłość, to wracają mi obrazy pierwszych tygodni mojej seminaryjnej przygody. Było nas 34 na pierwszym roku. Każdy dzień wydawał się wtedy podobny: wczesna pobudka, ranne modlitwy, śniadanie w wielkim refektarzu, później wykłady, kolejny posiłek, chwila wytchnienia w seminaryjnym ogrodzie, później nauka własna i pół godziny na podwieczorek, gdy w pokojach zajadaliśmy się smakołykami, które pachniały domem...

  • Już kilka razy pisałem na  temat religii w  procesie edukacyjnym młodego człowieka i podtrzymując moją krytyczną ocenę dotyczą- cą miejsca, w którym on się dokonuje (szkoła), zastanawiam się, dlaczego nikt nie wyciąga wniosków z mizerii katechetycznych działań? Przecież jasno widać, że coś jest nie tak!

  • Dzisiaj spróbuję przybliżyć czytelnikom sprawę awansów w hierarchii kościelnej na  poziomie parafialnym. Do  przybliżenia tego tematu zainspirował mnie list jednego z czytelników. „W naszej parafii przez ponad trzydzieści lat proboszczem był ksiądz Mieczysław, który przez lata stał się bliskim znakomitej większości tych, którzy co niedziela wypełniali naszą świątynię.

  • W jednym z programów telewizyjnych pani redaktor przeprowadziła sondę, pytając ludzi o najważniejsze miejsce w ich życiu. Zaczepiani przez nią przechodnie bardzo różnie odpowiadali: Dla młodego chłopaka takim miejscem, które na zawsze pozostanie w jego pamięci, był pokój w akademiku, gdzie spotkał swoją miłość.

  • Kiedy niepokorny mnich Marcin Luter przybił na  drzwiach zamkowego kościoła w Wittenberdze spisane żale nad chorobą trawiącą ówczesny Kościół (między innymi krytycznie oceniał aprobowaną przez Papieża ideę kupczenia odpustami, czyli załatwianie sobie przychylności Odwiecznego za kasę), dorobił się za to ekskomuniki i watykańskim dostojnikom wydawało się, że to załatwiło kłopotliwą sprawę. To  były jednak płonne nadzieje, co pokazała historia.

     

  • Pamiętacie swoją pierwszą komunię? W tym roku mija dokładnie pół wieku, gdy dane mi było przeżyć ten magiczny dzień i choć minę- ło tak wiele czasu, pamiętam wszystko, czego doświadczyłem w trakcie tej słonecznej niedzieli.

  • Zupełnie przypadkowo trafiłem ostatnio w naszej TV na relację z dorocznej pielgrzymki miłośników Radia Maryja do Częstochowy. Na błoniach rozciągających się wokół murów sanktuarium Czarnej Madonny rozlokowało się miasteczko namiotowe, w którym organizatorzy tego wydarzenia zadbali o „kompleksową” obsługę pobożnych pielgrzymów.

  • Przed laty, gdy moi seminaryjni koledzy w większości zakończyli już swój czas oczekiwania na  pierwszy znaczą- cy awans w kościelnych strukturach i otrzymali dekrety proboszczowskie, w naszej TV był emitowany serial „Plebania”. To pierwszy nasz rodzimy obraz starający się przybliżyć życie w cieniu kościelnego, kapłańskiego domu. Dla wielu szeregowych katolików był to z pewnością ciekawy temat i dlatego w notowaniach oglądalności ten serial zajmował wysokie miejsce. Przyznam, że dla mnie, ze względu na osobiste wspomnienia mojej kapłańskiej młodości, był mi bliski,

     

  • W 1919 roku uchwałą Kongresu Stanów Zjednoczonych wprowadzono 19. poprawkę do Konstytucji USA, która zakazywała produkowania i dystrybuowania na terenie całego kraju wyrobów alkoholowych, i co z tym się wiązało spożywanie tychże stało się zabronione. Prohibicja w tym państwie trwała aż do roku 1933 i, nie odnosząc spodziewanego skutku, została zniesiona. Co więcej, jej restrykcyjne przepisy zaowocowały patologią i  masowym łamaniem nierealnego prawa.

     

  • Przyznaję, że po każdym artykule „Księdza w cywilu” z wielką przyjemnością czytam na mojej skrzynce mailowej listy od czytelników. Staram się odpisywać na  każdy z nich, niezależnie, czy piszący zgadzają się z moim stanowiskiem, czy mają odmienne zdanie. Są  także takie maile, w których dostaję prośby, by w kolejnych artykułach poruszyć jakiś temat nurtujący czytelników.

  • Skończył się świąteczny czas i  tylko wspomnieniem pozostały nam minione dni, gdy wśród najbliższych składaliśmy sobie życzenia, pieczętując dobre myśli łamanym opłatkiem, a  później, tak niedawno, przyrzekaliśmy samym sobie, że  wykorzystamy pretekst Nowego Roku, by  coś w  naszym życiu zmienić na  lepsze, i  powróciliśmy do codzienności. Pewnie nie będzie potrzeba wielu dni, by ona na nowo obrosła tym wszystkim, od czego (może i ze szczerymi intencjami) chcieliśmy się uwolnić.

     

  • I po co mi to było? – pewnie wielokrotnie zadaje sobie to pytanie Bergoglio, gdy kładzie się spać w skromnej sypialni Domu św. Marty na tyłach Bazyliki św. Piotra. Gdyby nie zaskakująca dla wszystkich decyzja, którą ponad pięć lat temu obwieścił światu Benedykt XVI, że odchodzi na „papieską emeryturę”, on teraz też już by się cieszył świętym spokojem jako emerytowany kardynał, popijając kawkę na tarasie kawiarenki w Buenos Aires.

     

  • Łapówka (pot.) – korzyść, najczęściej finansowa, wręczana osobie lub grupie osób dla osiągnięcia określonego celu, z pominięciem standardowych procedur. Tyle definicja określająca proceder, z którym – pomimo że powszechnie piętnowany – spotykamy się w naszym życiu nader często. „Jak nie posmarujesz, to nie pojedziesz” – zwykli powtarzać nasi starsi, gdy stawali kiedyś przed koniecznością załatwienia czegokolwiek.

     

  • Byłem kiedyś na imprezie imieninowej u  moich przyjaciół. Wśród zaproszonych gości było kilkoro tych, którzy od lat realizowali się w tzw. sferze budżetowej (dwoje pracowało w szkolnictwie, a jeden był urzędnikiem samorządowym). Pozostali prowadzili biznesy na własny rachunek i z politowaniem współczuli tym, którzy pracując na „państwowym”, narzekali na swój los.

  • „Aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał” (J.17,21). Te słowa zapisane przez bezpośredniego świadka, jakim z pewnością był najmłodszy, ale i najbardziej bliski Jezusowi uczeń Jan, uważam za najbardziej istotne. Chrystus jeszcze przed swoim zapowiadanym powrotem do Domu Ojca przeżywał niepokój o  to, czy Jego uczniowie potrafią sprostać temu wyzwaniu?

     

  • Oboje są już w „słusznym” wieku (tak mniemam po długim małżeńskim stażu). Kiedyś połączyła ich miłość, która przetrwała wiele lat i zaowocowała potomstwem, bardzo już dorosłym (wszyscy mają swoje rodziny). Kobieta w  tym związku zadbała o ich religijne (katolickie) wychowanie i sama przez lata dochowała wierności wierze, uczestnicząc systematycznie w niedzielnych nabożeństwach z jednym, ale jakże dla niej bolesnym ograniczeniem.

  • Kiedy pisałem „Zatroskaną koloratkę – Pasterzy i najemników”, w zamyśle miałem intencję retrospektywnego spojrzenia na bliskie mi sprawy związane z Kościołem i moją drogę powołania do kapłańskiej służby. Efektem wspomnień z lat seminaryjnej drogi i wiedzy, którą nabyłem w tamtym okresie, były dwie pierwsze części książki, i na tym zamierzałem zakończyć. Pozostało mi tylko (tak wtedy myślałem) dokonać korekt redakcyjnych i oddać całość do druku. Zaraz potem uświadomiłem sobie jednak, że moje literackie dziecko wcale nie jest skończone i czegoś w nim brakuje? „Jeżeli chcesz mnie poinformować o problemie, nie wchodź! Jeśli chciałbyś porozmawiać o jego rozwiązaniu – zapraszam!”. Przypomniałem sobie wtedy tę sentencję wypisaną na drzwiach jednego z szefów korporacyjnego biura!

     

  • Wśród postulatów, których spełnienia się domagali, był stały dodatek na życie w określonej (skromnej) kwocie 500 zł, i tego im odmówiono. Nie zamierzam teraz snuć rozważań, czy naszego państwa zwyczajnie nie stać na takie wsparcie, czy jest to przejaw złej woli ze strony władzy? Jedynym „zwycięstwem” protestujących w gmachu Parlamentu było to, że  media nagłośniły ich desperację i pewnie to przyciągało ludzi ze społecznego świecznika, którzy, można rzec, lawinowo pojawiali się wśród inwalidzkich wózków, do których przykuta była większość okupujących sejmowy korytarz.

     

  • Był wtedy koniec maja. Do święceń kapłańskich pozostało nam kilkanaście dni. Siedzieliśmy wtedy w przyseminaryjnym parku i zastanawialiśmy się nad naszym przyszłym kapłaństwem. Jeden z kolegów (teraz po  latach zacny kanonik) podsumował wtedy naszą dyskusję ciekawym stwierdzeniem: „Nie wiemy, jak potoczą się nasze kapłańskie losy, ile będzie sukcesów, a ile zawiedzionych nadziei, ale jedno jest pewne – dzięki święceniom zaklepiemy sobie chociaż czyściec, i to jest najważniejsze”. Zapadło mi w pamięci to zdanie i nadal nie do  końca pojmuję, czy to  był tylko żart, czy jego przeświadczenie, że święcenia kapłańskie stają się przepustką do układu z Panem Bogiem.

     

  • –  Pochodzę z  dużego miasta. Ojciec, odkąd sięgam pamięcią, prowadził dochodowy interes, a mama realizowała się w pracy lekarza i oprócz etatu w szpitalu popołudniami przyjmowała pacjentów w prywatnej przychodni mieszczącej się na tyłach naszego domu. Mogę powiedzieć, że miałem szczęśliwe dzieciństwo i nigdy nie brakowało mi chlebka z masełkiem i na dodatek szyneczki na nim. Po  skończeniu liceum zdecydowałem się na seminarium duchowne, co nie wszystkim przypadło do gustu i niekiedy dawali mi to odczuć, otwarcie dziwiąc się mojej decyzji. Po święceniach moi przełożeni skierowali mnie do pierwszej parafii, gdzie miałem realizować posługę wikariusza.

     

  • Po jednym z artykułów „Księdza w cywilu” otrzymałem propozycję od jednego z czytelników, abym zaangażował się w działalność polityczną. List był obszerny i zawierał wskazówki, co miałbym zrobić, aby założyć partię polityczną katolików, wykorzystując fakt, że przecież to jest największa grupa naszego społeczeństwa, którą można liczyć w miliony. Pewnie mój czytelnik poczuł się trochę zawiedziony, gdy odpisując na jego postulaty, stwierdziłem, że nie zamierzam swojej przyszłości wiązać z polityką, bo zbyt mało w niej jest etycznego kreowania rzeczywistości, a za dużo amoralnego koniunkturalizmu.

     

  • W jednym z artykułów napisałem, że  Jezus z Nazaretu nie umiał robić interesów. Ze swoimi ponadludzkimi zdolnościami (jako Boży Syn potrafił przecież czynić cuda) i z charyzmą, którą przyciągał tłumy, mógłby zapewnić sobie (i swoim najbliższym towarzyszom) raj na ziemi; a skończył jak pospolity wichrzyciel – na drzewie hańby.

    Dzisiaj dołożę jeszcze jeden „zarzut”. Nauczyciel z Nazaretu nie miał politycznego nosa. Przecież mógł zaistnieć jako zręczny polityczny żongler i w przyjaźni z możnymi tamtego czasu budować swoją pozycję, a przy okazji stworzyć podwaliny przyszłego Kościoła. Wystarczyło pójść o krok dalej ponad to, gdy w rozmowie ze świątynnymi prowokatorami tłumaczył, że trzeba oddawać Cezarowi, co należy do Cezara.

     

  • Jeden z  czytelników moich cotygodniowych felietonów, przed zadaniem pytania opisał spotkanie z kapłanem swojej parafii, w którego trakcie pierwszy raz poprosił o wytłumaczenie problemu zła w  człowieku, skoro zostaliśmy stworzeni na  obraz i podobieństwo Stwórcy, bytu doskonałego i wolnego od takiej przypadłości. Proboszcz po  chwili namysłu odpowiedział mu pytaniem:

    „Adasiu, czy wolałbyś być pieskiem prowadzonym na smyczy, czy mieć wolność wyboru drogi, którą chciałbyś podążać? W następnych zdaniach kapłan odniósł się do  wolnej woli jako największego daru Boga względem swojego dzieła (człowieka) i  na  tym zakończył odpowiedź. Adam po tej rozmowie nie poczuł się bardziej świadomy, i nadal nie wiedział: dlaczego człowiek w swoim postępowaniu potrafi posunąć się do największych świństw, a nawet zbrodni, skoro jest doskonałym stworzeniem.

     

  • „Kilka dni temu mój przyjaciel z Hiszpanii popełnił samobójstwo. Zastanawiam się, co Kościół mówi na temat duszy samobójcy. Czy można jej jakoś pomóc? Gdzie szukać informacji?”. Krótki mail i wiele pytań, z którymi muszą się mierzyć ludzie wierzący, dotknięci tragicznym odejściem kogoś, na kim im zależało. Szanowna Pani! Zdanie Kościoła na  temat przyszłości człowieka, który targnął się na swoje życie, od zawsze było bardzo jednoznaczne, czego sam doświadczyłem w  mojej dawnej pracy duszpasterskiej. Był wtedy kwiecień i w liceum, gdzie prowadziłem lekcje religii, zbliżał się czas matur. Kilka dni przed egzaminem dojrzałości jeden z uczniów maturalnej klasy odebrał sobie życie. Był bardzo zdolnym uczniem, miał kochającą dziewczynę i plany, o których mówił najbliższym, i może dlatego nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego zdecydował się na tak desperacki krok?

     

  • „...Jeden, Święty i Apostolski Kościół...”. I niby wszystko jasne, ale? Odwiedziło mnie ostatnio kilkoro znajomych, którzy dopiero co  wrócili z  uroczystości Pierwszej Komunii, do której przystąpił synek ich bliskich w Holandii. Niby uroczystość taka jak u nas. Na wyznaczoną godzinę zaproszeni goście, rodzice, no i ci najważniejsi w tym dniu, czyli pierwszokomunijni bohaterowie, stawili się w kościele. Punktualnie o godz. 10 rozpoczęła się uroczysta msza, której najważniejszym punktem była Komunia Święta małolatów. Dzieciaki, ubrane w schludne stroje (z dużą dozą dowolności), pomaszerowały do stóp ołtarza, by pierwszy raz przyjąć do  serca Chrystusa Eucharystycznego. To  nic dziwnego i  szczególnego –  skwitowałby niecierpliwy słuchacz relacji. „Zaraz po małych bohaterach tej uroczystości do ołtarza podeszli wszyscy zebrani w kościele i także przystąpili do Komunii Świętej”. – Zaraz, zaraz! Bez spowiedzi i wszyscy?

     

  • Zadzwonił do  mnie znajomy z pytaniem: „Czy czerpanie rozkoszy z  seksu jest grzechem, a jeśli nie (zgodnie z nauczaniem Jana Pawła II, na które powoływał się stawiający to pytanie), to czy z tego należy wyciągnąć wniosek, że także seks pozamałżeński nie jest niczym złym?”. Później poinformował mnie, że w gronie przyjaciół właśnie rozmawiają na temat stanowiska Kościoła w  tej kwestii i wobec różnicy zdań postanowili zasięgnąć opinii „eksperta” (czyli mnie) od tego: co grzechem jest, a co nie, w tej materii.

     

  • Słyszałem kiedyś historię o bogatym Żydzie, któremu zmarło się po ciężkiej chorobie. Jego bliscy (na swój sposób bardzo bogobojni ludzie) postanowili, że pomogą drogiemu zmarłemu w jego dalszej drodze ku wiecznemu szczęściu i pochowali nieboraka na siedzą- co, z przytroczonym do martwych dłoni płóciennym mieszkiem pełnym złotych monet.

  • „Mam do ciebie pytanie i  prośbę zarazem” – usłyszałem w trakcie popołudniowej kawy, którą zaserwowała znajoma w trakcie moich odwiedzin w jej domu. Często spotykam się z  taką formą chociażby w korespondencji moich czytelników, którzy kierują tą drogą pytania związane ze sprawami wiary i „kłopotów” doświadczanych przez nich w kontaktach z Kościołem.

     

  • „Mieszkam w  małej miejscowości z kilkoma uliczkami, które schodzą się przy niewielkim wzniesieniu, na którym stoi nasz parafialny kościół. W pobliżu, nieco z boku naszej świątyni, biegnie uliczka handlowa z małymi sklepikami, w których mieszkańcy dokonują codziennych zakupów, a zaraz obok, o kilkanaście metrów dalej, mamy także dyskont spożywczy z dużym parkingiem i placem, gdzie dodatkowo w czwartki rozkładają swoje stragany obwoźni sprzedawcy i rolnicy z okolicznych wsi. Podsumowując: na  miejscu mamy wszystko, co jest do życia potrzebne, gdyby nie nasza świątynia, a właściwie to, że w tygodniu jest zamknięta na cztery spusty, niczym jakaś niedostępna twierdza.

  • Zdarzyło się kiedyś, że po wywiadzie, którego udzieliłem redaktorowi popularnego tygodnika, ten naszą rozmowę zatytułował: „Telefon zaufania dla księży”. Było to wtedy trochę na wyrost, bo księża czynnie realizują- cy swoje powołanie tylko sporadycznie zaszczycają mnie rozmową. Artykuł w gazecie nie pozostał jednak bez echa, bo piszą i dzwonią do mnie zwyczajni parafianie, by stawiać pytania, z którymi nie mogą sobie poradzić, a miejscowego księdza (z różnych powodów) pomijają.

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: