Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.

Pomóż pomagać

                                                                                                     Zasady działania zbiórki

 

1. 17 lat walki o zdrowie i życie                  

 

A A A

Borelioza, babeszjoza, anaplazmoza, zapalenie mózgu – to tylko niektóre z chorób, jakie roznosi 30 proc. żyjących w Polsce kleszczy. Zarażony jest więc nimi co trzeci osobnik.

Są  jednak regiony, gdzie grasuje ich o wiele więcej. Na przykład w  Puszczy Niepołomickiej aż 60 proc. tych pajęczaków ukrywa w swoim ciele groźne dla ludzi patogeny.

Zwiększone ryzyko zabójczego ukąszenia panuje na tzw. obszarach endemicznych, w województwach: podlaskim, warmińsko-mazurskim, małopolskim i dolnośląskim. Coraz bardziej zakleszczone jest Mazowsze.

Naukowcy z  Zakładu Parazytologii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego przez trzy lata prowadzili badania na południu Polski. – Powszechny w  społeczeństwie lęk przed kleszczami jest uzasadniony. Ich liczebność jest duża, zwłaszcza w miejscach, gdzie ludzie wypoczywają – mówił kierownik projektu prof. Krzysztof Solarz.

29 proc. zebranych przez jego zespół pajęczaków miało bakterię powodującą anaplazmozę, 21 proc. – krętki borrelii, 5,7 – babeszje, i 0,1 proc. było zarażonych wirusami wywołującymi zapalenie mózgu. Uczeni złapali 17 tys. 674 okazy. Wiele z nich rozprzestrzeniało zarazki dwóch, a nawet trzech chorób.

Co ma kleszcz do żołędzia

 Chorobą, która najczęściej atakuje ludzi, jest borelioza. Co rok pada nowy rekord. W  1996 roku –  751 zgłoszonych przypadków zachorowania, w 2000 – 1850, dziesięć lat temu – 7731, w ubiegłym roku – 21 220.

Działacze polskiego Stowarzyszenia Chorych na Boreliozę uważają, że liczby nie odzwierciedlają prawdziwej sytuacji, nie wszystkie przypadki są zgłaszane, wiele jest w ogóle nierozpoznawanych.

9 – 10 tys. nowych przypadków rocznie, które widzimy w statystykach PZH (Państwowy Zakład Higieny) to  jedynie czubek góry lodowej. Rzeczywistych zachorowań jest wielokrotnie więcej.

Jeśli przemnożyć tę liczbę przez kilkuletni średni okres trwania choroby, uzyskamy chorobowość rzędu kilkuset tysięcy rocznie – i to jest prawdziwa skala problemu w naszym kraju.

Wzrost liczby zarażonych boreliozą na pewno można tłumaczyć lepszą diagnostyką, ale to tylko część prawdy. Kleszcze do niedawna kojarzone wyłącznie z lasami i łąkami zagarniają coraz to nowe obszary.

Pomagają w tym najprawdopodobniej zmiany klimatyczne. Nie dziesiątkują ich mrozy, wydłużony okres wegetacji sprzyja rozmnażaniu, globalne ocieplenie pozwala podbijać kolejne tereny.

Ożywają już w temperaturze około 5 stopni powyżej zera. Nic więc dziwnego, że zdarzały się przypadki ukąszenia przez kleszcze przyniesione do domu na bożonarodzeniowej choince.

Rozprzestrzenianiu sprzyjają również ich żywiciele, ludzie, którzy masowo osiedlają się poza miastami. W tym roku padnie prawdopodobnie kolejny rekord zachorowań na boreliozę.

W pierwszym kwartale zanotowano już o 1,5 tys. więcej chorych niż w tym samym okresie 2016 roku. Kleszcze zaczęły zasiedlać miasta –  parki, przydomowe ogródki, ogrody zoologiczne. Jednak największa epidemia boreliozy nastąpi w Polsce dopiero w 2018. Dlaczego?

Bo w roku 2016 dęby miały nadzwyczaj dużo nasion. Dęby i  kleszcze? Gdzie tu  związek? Otóż kleszcz jest tylko nosicielem zarazków. Głównym winowajcą są zarażone krętkami myszy.

Kleszcze rodzą się wolne od bakterii borrelia, dopiero gdy dorosną, wysysają ją z krwi leśnych gryzoni. Tak więc, gdy w którymś roku jest więcej żołędzi niż zwykle, czyli więcej pożywienia dla gryzoni, w następnym rośnie populacja myszy, które z kolei są świetnymi gospodarzami dla kleszczy,  ponieważ nie potrafią ich zabijać.

Stąd dwa lata po urodzaju na żołędzie następuje urodzaj na kleszcze. Korelację pomiędzy ilością żołędzi a  liczbą zachorowań na  boreliozę pierwsi odkryli Amerykanie.

W Polsce zjawisko to opisali dwaj naukowcy – Michał Bogdziewicz i  Jakub Szymkowiak z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w  Poznaniu. Z  powodu braku funduszy na drogie badania w terenie posłużyli się informacjami z Lasów Państwowych o urodzaju na żołędzie i porównali je z ilością zachorowań na boreliozę. Wykorzystali też dane... Google.

– W latach, gdy spodziewaliśmy się dużej populacji myszy, czyli rok po dużym opadzie nasion, ludzie częściej wpisują w wyszukiwarkę frazę „na myszy” (...).

Dwa lata po dużym opadzie częściej szukają słowa „kleszcz” czy „borelioza” – wyjaśnia Michał Bogdziewicz.

Coś zżera mózg

Zarażony przez myszy kleszcz wbija się w skórę człowieka, tworząc w niej tzw. rynienkę, przez którą pije krew. A kiedy już jest bardzo opity, wymiotuje, wpuszczając do ciała żywiciela bakterie, wirusy i pierwotniaki.

Robi to zwykle bezboleśnie, bo wcześniej wydziela substancję znieczulającą. Jego działalność może więc być niezauważona. W przypadku niemal połowy ukąszeń na skórze nie powstaje nawet charakterystyczny okrągły rumień.

– Nie ma rumienia, nie ma choroby – mówili kiedyś lekarze. Teraz są już ostrożniejsi, ale późna borelioza wciąż jest dla wielu z nich zagadką.

Trudna do zdiagnozowania, podszywająca się pod różne dolegliwości, maskująca inne choroby stanowi dla lekarzy problem i wyzwanie. Nie wszyscy chcą i potrafią je podjąć.

Pani Małgorzata latami czuła się osłabiona i zmęczona. Winę zrzucała na przepracowanie i stres, dopóki choroba nie zaatakowała z całą mocą. Z tygodnia na tydzień było coraz gorzej.

Tak bardzo bolały stawy, że ledwie się poruszała, przedmioty wypadały jej z rąk, nie potrafiła wypowiedzieć prostego zdania, bo myśli uciekały z głowy.

– Były dni, kiedy nie mogłam wstać do łazienki. Miałam silne napady lęku, wrażenie, że coś zżera mój mózg. Kiedyś stanęłam na środku ulicy i zaczęłam płakać.

Nie wiedziałam, gdzie jestem, w którą stronę mam iść – opowiada „Gazecie Krakowskiej”. Wizyty u lekarzy, badania, następne wizyty, kolejne badania. Wszystkie wyniki w normie, a ona czuła się jak umierająca.

Wreszcie wpadła na pomysł testu na boreliozę. Był pozytywny. Dostała skierowanie na oddział zakaźny, ale nim tam trafiła, leczyła się prywatnie metodą, której NFZ nie refunduje, a lekarze z państwowych placówek nie praktykują.

Kiedy poszła do szpitala, opowiedziała o niekonwencjonalnej terapii. Szczerość okazała się zgubna. – Ordynator z zakaźnego odesłała mnie do psychiatry. Szydziła ze mnie (...). Pytała, czy przypadkiem nie leczę się jeszcze różdżką. Czułam się upokorzona.

Rzeczniczka szpitala tłumaczyła później, że pacjentki nie przyjęto, ponieważ na oddziale brakowało miejsc.

 Hipochondrycy

Zarażeni krętkami borrelii chodzą od specjalisty do specjalisty w poszukiwaniu pomocy

. Pani Agnieszka ze Skierniewic w  rozmowie z  „Dziennikiem Łódzkim” wymienia ich po kolei. Najpierw zemdlała w  przychodni, więc zawieziono ją  do  szpitala. Okazało się, że nic jej nie dolega poza niewielkim nadciśnieniem.

Diagnoza: nerwica. Później trafiła do ortopedy, bo miała potworne bóle nóg. Ortopeda zaordynował ćwiczenia. Neurolog wykluczył stwardnienie rozsiane, a opadającą powiekę skwitował stwierdzeniem, że taka już jej uroda.

Żadnej diagnozy nie postawili również dwaj neurochirurdzy, laryngolog i endokrynolog. Ci, którzy mieli jakąś koncepcję, mówili – depresja. Trwało to sześć lat, wreszcie pomogła wyszukiwarka internetowa, sugerując chorobę odkleszczową.

Dziesiątki dziwnych symptomów są w stanie powiązać tylko lekarze, którzy specjalizują się w leczeniu boreliozy, lub ci, którzy sami na nią zachorowali.

Warszawski internista dr Piotr Kurkiewicz doświadczył na własnej skórze zarówno mocy kleszcza, jak i bezradności medycyny. Po ugryzieniu nie pojawił się rumień ani żadne inne niepokojące objawy.

Zaczęło się mniej więcej po 6 miesiącach: osłabienie, zawroty głowy, podwójne i niewyraźne widzenie, bóle kręgosłupa odcinka szyjnego, duszność i arytmia, niepewny chód –  wszystko początkowo napadowe, bardzo ulotne, z czasem nasilające się i coraz dłużej trwające. Koledzy z pracy położyli mnie na oddział internistyczny – mnóstwo badań w normie.

Hipochondryk, nerwica. Kiedy zasłabł w pracy i wylądował na kardiologii, przypomniał sobie o kleszczu. Miesięczna kuracja antybiotykiem pomogła na dwa miesiące. Zrobił badanie krwi, krętki wyhodowano, ale specjaliści od chorób zakaźnych mówili, że one wychodzą nawet u zdrowych.

– Tylko dlatego że jestem lekarzem i pochodzę z rodziny lekarskiej, podano mi ponownie antybiotyk. Po antybiotyku poczułem się znowu lepiej, ale pan profesor stwierdził: masz, chłopie, potężną nerwicę. W pracy podśmiewano się ze mnie – wariat.

Zacząłem chodzić po bioenergoterapeutach, wróżkach. Okrzyknięto mnie „antybiotykowym ćpunem”. Porzuciła mnie dziewczyna. W końcu załamałem się, miałem myśli samobójcze –  karetką na sygnale zawieziono mnie do kliniki psychiatrycznej.

Rodzina zaczęła szukać ratunku po całym świecie. Były lata 90., internet w powijakach. Pisali więc listy do kolegów za granicą, a ci przysłali prace Amerykanina dr. Josepha Burrascano, który zalecał długotrwałą terapię wieloma antybiotykami.

Pomogło, zaburzenia psychiczne zniknęły.

Lekarze i szarlatani

Doktor Burrascano jest założycielem ILADS Międzynarodowego Towarzystwa ds. Boreliozy i Chorób z nią Powiązanych oraz współtwórcą metody leczenia nieuznawanej przez oficjalną medycynę w Polsce. Eksperci z ILADS twierdzą, że z terapią nie można czekać do pojawienia się objawów.

Antybiotyk trzeba podawać natychmiast, gdy zachodzi tylko podejrzenie infekcji. A gdy borelioza jest potwierdzona badaniami, zaleca się bardzo duże dawki wielu antybiotyków nawet przez kilka lat.

Innego zdania jest polski NFZ refundujący wyłącznie metodę opracowaną przez Amerykańskie Towarzystwo Chorób Zakaźnych (IDSA). Wobec antybiotyków jest ona bardzo wstrzemięźliwa.

Podaje się tylko jeden w małych dawkach przez 3 do 4 tygodni, po czym uznaje się pacjenta za wyleczonego. Terapię powtarza się jedynie w wypadku neuroboreliozy, kiedy choroba zaatakuje układ nerwowy, albo boreliozy późnej z bólami stawów.

Specjaliści z Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych stosujący sposób IDSA mówią, że wielomiesięczne czy nawet wieloletnie stosowanie antybiotyków przynosi więcej szkody niż pożytku.

Niszczy dobroczynne bakterie, powoduje oporność na antybiotyki, wywołuje zakażenia grzybicze, niszczy wątrobę i nerki. Z ILADS związani są szarlatani wmawiający pacjentom chorobę, robiący krzywdę ludziom i czerpiący z tego profity finansowe – pisze mikrobiolog dr nauk medycznych Ewa Krawczyk w liście do „Gazety Wyborczej”.

Jednak zwolennicy dr. Burrascano uważają, że wprowadzenie w Polsce metody ILADS to tylko kwestia czasu.

– Myślę, że z boreliozą będzie tak jak z gruźlicą. Trzeba było aż 40 lat, żeby dojść do dzisiejszych standardów. Musimy poczekać jeszcze kilka lat, aż metody ILADS staną się oficjalne – mówi dr Marek Kozak, następny lekarz zarażony krętkiem borrelii, który twierdzi, że roczna terapia antybiotykowa umożliwiła mu normalne życie.

EWA WESOŁOWSKA "Angora" nr 20/2017        zobacz też  http://www.rokor1.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=505:mity-o-kleszczach&catid=92&Itemid=514

Zamieszczamy,  w celach informacyjno-edukacyjnych, mniej niż 10% przedruków  zawartości   ANGORY. Do poczytania kilkadziesiąt ciekawych  stron https://www.angora.com.pl  lub wydanie papierowe  w każdy poniedziałek. Cena tylko 4 zł.                                                                                                       

   Tygodnik ANGORA dostępny  również na iPad i iPhone darmowa aplikacja.

 Wpisz w przeglądarkę: https://itunes.apple.com/app/tygodnik-angora/id428646005 

Komentarze   

0 # Pertin 2017-05-16 08:05
Na całym świecie większość chorych na boreliozę jest olewana przez system zdrowotny. U nas jest tak samo, bo jest tylko paru lekarzy specjalizujących się w tej chorobie (i to tylko prywatnie). Populacja kleszczy rośnie, liczba zakażonych także, ale nic się nie zmienia. Chyba, że jakiegoś ważnego polityka ugryzie kleszcz i dostanie boreliozy z powikłaniami, to wtedy może coś ruszy. Kiedyś wyprodukowano szczepionkę na boreliozę, ale została ona wycofana z rynku. Podobno przez skutki uboczne, ale też była inna wersja - lobby farmaceutyczne. Bo przecież nie opłaca się raz zapobiec, tylko leczyć i wydawać pieniądze na antybiotyki. Z tego co wyczytałem, obecnie prowadzone są badania nad tą szczepionką (firmy Baxter i Valneva) i na etapie II fazy badań klinicznych z dość dobrymi skutkami.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: