Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
 

Pomóż pomagać

                                                                                                     Zasady działania zbiórki

 

1. 17 lat walki o zdrowie i życie                  

 

A A A

Ilekroć myślę o losach tego pisma, pisma, którego nie zniszczył komunizm, zaś wykończył kapitalizm, a raczej jego parodia – dokucza mi depresja; lata temu krążyła po Polsce piosenka Sikorowskiego „Nie przenoście nam stolicy do Krakowa”. A ja sobie śpiewałem: nie przenoście namPrzekroju do Warszawy.

 

Niestety, moje modły trafiły do niewłaściwych niebios i magazyn zszedł na dziady: jeżeli przed przeprowadzką w 2002 r. jego nakład oscylował w granicach siedmiuset tysięcy egzemplarzy, to po przenosinach, zmianie profilu i właściciela, dopełzł do czołówki bezwartościowych piśmideł o nakładzie nie przekraczającym trzydziestu tysięcy.

 

Kiedy więc mam wolne od zastanawiania się nad swoim „tu i teraz”, gdy chcę odprężyć się i nie zgłupieć do reszty, zaglądam do szafy zapełnionej starymi rocznikami tego czasopisma i wracam do lektur wywodzących się z czasu bajek o żelaznym wilku.

Ogarnia mnie wtedy uczucie wściekłości, że jego poszczególne egzemplarze nie mogą udowodnić głuszcom i ślepcom, że za komuny też istniało kulturalne życie.

 

Tu stara śpiewka: życie było wtedy (pod pewnymi względami) lepsze, bujniejsze, znacznie ciekawsze od teraźniejszego, wzbogacone o przeżycia z pogranicza okolic duchowego wykwintu.

Lecz, jak to bywa z podróżami po sentymentach minionej świetności, poczęły mnie dręczyć dwubiegunowe, naprzemienne reminiscencje, podekscytowania zabarwione goryczą, żalem i mgławicowymi nostalgiami.

 

Z jednej strony rozpierało mnie uczucie dumy na myśl, że nawet w chwilach, gdy po naszym kraju grasowały ideologiczne tłumoki i plenił się zamordyzm, potrafiliśmy przeciwstawić się tym idiotyzmom tworząc unikalny tygodnik.

Natomiast z drugiej strony zastanawiałem się, jak to możliwe, że w czasach, gdy nareszcie jesteśmy wolni od grasantów i nie gnębią nas jakiekolwiek tuzy cenzury, ciągle nie stać nas (przy obecnych zdobyczach technicznych!) na kontynuowanie wypracowanych i sprawdzonych wzorów wydawania takich pism, a przeciwnie, stać nas na ich likwidację.

 

Pieścimy w sobie ongisiejszy zwyczaj czytania kulturalnych periodyków. Z nawyku sięgamy do ich lektury, by już po chwili stwierdzić z rozczarowaniem, że jest coraz mniej znanych i lubianych, a powstaje coraz więcej przeciętnych, że zapanowała wszechobecna moda na niechlujstwo czy niski poziom sztuki poligraficznej.

 

Nie ma w tym jednak nic dziwnego, bo za obecny stan rzeczy odpowiedzialny jest skandaliczny procent budżetu przeznaczonego na kulturę; podczas, gdy w innych krajach wydatki na naukę czy oświatę albo się zwiększają, albo utrzymują na wysokim poziomie, my jako kraj cywilizowany, a więc mądrzejszy od reszty Europy, ze wszystkich sił staramy się je zredukować.

Dopiero co narzekaliśmy na szarobury entourage socjalizmu, na wtłoczenie nas w przeciętność. Ponoć zakończył się najgorszy etap naszego istnienia w kraju „nad Wisłom”. Wszelako dotąd nie potrafimy go zastąpić systemem efektywniejszym i znowu, jak za minionych lat, tkwimy w przedsionku do zwyczajności.

 

Jest mi z tego powodu przykro, a podejrzewam, że nie tylko mnie, bo sprawa jakości edytowania czegokolwiek staje się coraz szerszym i niepokojącym zjawiskiem.

Mógłbym więc znowu międlić polemiczne słowa, dlaczego jest nie tak, jak chcieliśmy, mógłbym przerzucać się samograjowymi argumentami, ile to nam się pokundliło i zaplątało na odcinku kultury, ale czy od mojego marudzenia przybędzie rozumu tym, co go utracili?

 

A jak czytam, kto w nim pisał, zalewa mnie krew. Z autorów polskich: Maria Dąbrowska, kongenialna tłumaczka Julio Cortazara – Zofia Chądzyńska, Magdalena Samozwaniec, Stefania Grodzieńska, Izabela Czajka, Wanda Falkowska, Maria Zientarowa („Wojna domowa”), Konstanty Ildefons Gałczyński, Sławomir Mrożek, Stefan Wiechecki, Jan Stoberski.

 

Jerzy Szaniawski drukował opowiadania o profesorze Tutce, Jan Kamyczek prowadził specjalną rubrykę savoir-vivre’u. Można było zapoznać się z literackimi rozważaniami Artura Sandauera, napawać twórczością Stanisława Dygata, esejami Jana Błońskiego, zza Żelaznej Kurtyny nadsyłali reportaże Olgierd Budrewicz i Roman Burzyński, co w gomułkowskich czasach było ewenementem.

 

Rysunkami przyozdabiał tygodnik Antoni Uniechowski, Zbigniew Lengren zamieszczał swojego Filutka, ilustrował niezapomniany Daniel Mróz, wierszy dostarczali Jan Brzechwa, Janusz Minkiewicz, Ludwik Jerzy Kern, felietonami sypali Jerzy Waldorff i Lucjan Kydryński, a jego brat, Juliusz Kydryński, przetłumaczył „Most na rzece Kwai”, swoiste uzupełnienie filmu niedostępnego w naszych kinach wyświetlających radzieckie gnioty.

W nim publikował swoje powieści (Katar, Śledztwo) Stanisław Lem. W nim też Piotr Skrzynecki przedstawiał swoją obrazkową powieść (Szaszkiewiczowa, czyli „Ksylolit w Jej życiu”).

 

Natomiast zgniły zachód reprezentowali Françoise Sagan, Curzio Malaparte, Franz Kafka, niedościgły humorysta – Roald Dahl, Luis Borges, Ramon Gomez De La Serna i wielu, wielu innych pisarzy, grafików, malarzy, których tekstów próżno by szukać na mapie innych czasopism.

Tu znalazły bezpieczną przystań i to wokół niego skupiły się wybitne indywidualności tworzące niepowtarzalny klimat.

 

Wbrew socrealistycznym modom na intelektualną zgrzebność, dzięki konsekwencji, uporowi, dyplomacji w redakcyjnych rozmowach z ciemniakami od cenzury, narodził się znany i masowo czytany periodyk.

Znany powszechnie, gdyż na ówczesnym „rynku” był wyjątkiem, odmianą, nieustannym udowadnianiem, że przy odrobinie dobrej woli może powstać coś wspaniałego, coś wyraźnie, dobitnie, namacalnie różniącego się od partyjnych zaleceń.

Marian Eile, pierwszy Naczelny (od 1945 do 1969 r.) przeszedł do historii: wykruszyła się stara wiara i nastało WIELKIE BUM: „nadejszły” czasy zwycięstwa miernot.

PS.

Tekst powstał na dwa lata przed reanimacją pisma. Przed jego powtórnymi narodzinami. Tym razem udanymi, bo zazwyczaj dzieje się tak, że jeśli jakiś utwór odniesie sukces, autor produkuje następne części w nadziei na sukces. Mamy więc kopiowania po kokardę: „Szczęki” 91, „Rambo” 20 lub ”Szczytowanie na ekranie” po raz pięćsetny.

 

Robienie serialu z tematu na jeden film, nie zawsze jest strawnym przedsięwzięciem. Często powtórka jest nudna, jej akcja – sztuczna i przewidywalna, krótko mówiąc, treść nie umywa się do pierwowzoru.

Dochodzimy więc do wniosku, że byłoby lepiej, gdyby się na nim skończyło. Stwierdzamy, że kandydat na Felliniego powinien zwiać na pawlacz z poronionymi koncepcjami.

 

Lecz zjawisko to nie występuje w przypadku wznowienia „Przekroju”. Po przeczytaniu pierwszego numeru, tygodnika przekształconego w kwartalnik, „odetchłem z prawdziwom ulgom”, albowiem odżył  we mnie optymizm; twórcy, zarówno nowi, jak i „starzy”, zachowali ówczesny klimat.

Zmaterializowały się szaty graficzne i niektóre legendarne rubryki z tamtych lat, w tym – szatańska krzyżówka; do łask wróciło tak potrzebne miejsce dla pisarzy i ich czytelników.  Czyli „jak się chce, to można”.

Marek Jastrząb   http://studioopinii.pl/
0
0
0
s2sdefault

Komentarze   

0 # Marona 2017-05-10 07:01
Z tym nakładem 700 tysięcy w 2002 to autor chyba przesadził. Tyle to może było w czasach "komuny". Teraz czytelnicy mają inne potrzeby inne możliwości dostępu do prasy.
Odpowiedz | Odpowiedz z cytatem | Cytować

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież