Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

 

Nowy rok szkolny w prasie zaczął się od  seksualnego wykorzystywania dzieci, głównie przez księży, ale także i przez innych wychowawców młodzieży. Czym fundamentalnie różni się pedofilia w Kościele od tej, która zdarza się przecież i w innych miejscach, ilustruje najlepiej rysunek Jana Kozy w  Polityce.

Policjanci przychodzą z kajdankami po księdza. „W sprawie pedofilii?” –  dopytuje ksiądz funkcjonariuszy. „Chcecie się wyspowiadać?”.

Bowiem w Kościele zboczeniec jest moralnym odniesieniem dla tych, którzy go ścigają. Nie chodzi o to, że takie indywidua się tam zdarzają, ale są to wykolejeńcy „wielebni”, staczający się na dno w stanie „łaski boskiej”.

Kolejne wychodzące na  jaw dowody w  Kościele amerykańskim czy irlandzkim bogobojne, ale i pedofilobojne Sieci nazywają „bombą atomową” o niemożliwej jeszcze do oszacowania sile rażenia dla Kościoła.

 

Ale trzymając się tej metafory, jest to  raczej „bomba jądrowa”, bo uderza w samo jądro „nadprzyrodzonej” pozycji Kościoła we współczesnym świecie, jak i bezpośrednio w nadpobudliwe jądra jego męskich zastępów.

Nie chodzi bowiem o to, że znajdują się tam jakieś „czarne owce”, ale że jest to cała struktura „świętych krów”. Nie każdy ksiądz jest naturalnie pedofilem (alkoholikiem, ojcem nieślubnych dzieci etc. –  do  wyboru), ale jeśli nie jest, to tylko dlatego, że nie chce, bo śmiało mógłby.

Każdy rytuał i  przesąd kościelny jest bezwzględnie wykorzystywany w  złym i  niegodziwym celu, jak choćby – nieznany w innych kościołach chrześcijańskich – przymus indywidualnej spowiedzi.

W Ameryce ujawniono nawet przypadek molestowania dziecka przez spowiednika w konfesjonale, ale to nie incydent; to cały ten zwyczaj został wprzęgnięty w proceder.

„Miejscem pierwszych łowów jest zwykle konfesjonał” – mówi Newsweekowi psychoterapeutka pracująca z nieletnimi ofiarami księży. „W czasie spowiedzi ksiądz poznaje deficyty emocjonalne dziecka, powstaje silna więź”.

Ksiądz poznaje jego tajemnice. Wymyślona przez Kościół katolicki „tajemnica spowiedzi”, nawet doktrynalnie nijak się tłumacząca, służy jedynie jego niecnym celom.

Jakim sposobem do  tych miejsc schadzek udało się zaciągnąć Pana Boga – on jeden raczy wiedzieć. Zasłanianie się „tajemnicą spowiedzi” chroni pedofilów w sutannach. Choć przecież na  co  dzień da się ją jakoś ominąć.

Znam historię, jak w pewnej wsi żona złodzieja materiałów budowlanych gromadzonych na  kościół, podczas spowiedzi wsypała męża.

Ksiądz teoretycznie z tą wiedzą nie mógł nic zrobić (na co żona pewnie liczyła), pożyczył jednak sobie psa, siłą zaciągnął go do obejścia sprawcy – bo bydlę wcale nie chciało tam iść – i ogłosił, że oto złodziej został wytropiony.

Można sobie poradzić z tajemnicą spowiedzi? Można, jak się chce. Według Sieci „tajemnica spowiedzi” jest jednym z  kanonów wiary.

Chodzi raczej o to, żeby spowiadający się krył spowiednika. W Polsce ksiądz pedofil cały czas uważany jest (a jeszcze bardziej sam się uważa) za istotę nadprzyrodzoną.

Sędzia w Tarnowie przepraszał księdza oskarżonego o  molestowanie 12-latka, że musiał stawić się w sądzie w święto Matki Boskiej Gromnicznej. Do czego ten ksiądz używał świątecznej gromnicy, lepiej nie wnikać, zresztą sędzia, jakiego ze świecą szukać, przykładnie na tej rozprawie oddał Matce Boskiej świeczkę, a diabłu ogarek.

Newsweek pisze, że kiedy Ministerstwo Sprawiedliwości 1 stycznia 2018 roku opublikowało listę pedofilów, nie znalazł się na  niej ani jeden duchowny, a według przyjętych kryteriów powinno ze trzystu.

Pedofile „wielebni” są jednak traktowani jako zupełnie co innego zarówno przez Kościół, jak i – okazuje się – przez sankcjonujące to państwo.

Zupełnie różne miary, jakie przykłada się do przestępstw dokonywanych w stanie łaski Boskiej, są specyfiką takiego kraju, jak nasz. O tym, czy można sądzić księdza, decyduje hierarchia kościelna, rozstrzygając, czy go wydali.

Nigdzie na  świecie zdanie biskupa nie ma żadnej mocy prawnej. Równego rozgłosu jak tak rozwijająca się pedofilia kościelna nabrało pożycie z  nieletnimi jednego instruktora tańca breakdance.

Opisała je  prasa wszelkich przekonań religijnych: pierwsza Polityka, potem Newsweek, po  trzech tygodniach niezrozumiałego ociągania instruktor wszedł już w Sieciach na okładkę.

Pechem instruktora jest to, że robił to w Słupsku – w Słupskim Ośrodku Kultury podlegającym prezydentowi Biedroniowi. Gdzie indziej mógłby to robić na paluszkach, ale nie tam.

Okazało się, że Biedroń odpowiada za pedofilię w tym mieście, tak jak Kościół w przypadku księży. Tzn. podobnie jak Kościoła nie można go za to pozwać ani nic mu za to zrobić, ale można oskarżyć o tolerowanie i przymykanie oczu.

Mówiąc realnie, jedyną rzeczą, jaką mógłby zrobić Biedroń instruktorowi, to zabronić mu uczenia breakdance’u, i to tylko na terenie jednego miasta – zabraniania mu czegokolwiek innego kompetencje akurat prezydenta miasta nie obejmują.

W odczuciu społecznym pierwszy prezydent gej stał się odpowiedzialny za molestowanie dziewczynek. Choć przecież każdy widzi, że z instruktorem są z innej parafii.

Michał Ogórek "Angora" nr 37/2018

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: