Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

 

Klebsiella pneumoniae to  zwykła pałeczka zapalenia płuc, która żyje w  jelitach i  zdrowym ludziom nie sprawia problemów. Są po prostu jej nosicielami, lecz nie chorują. Sytuacja robi się niebezpieczna w przypadku osób starszych, przewlekle chorych, poddanych chemioterapii czy operacji, cewnikowanych, o osłabionej odporności.

Bakteria rozprzestrzenia się głównie w szpitalach. Poza układem oddechowym może atakować układ moczowy, pokarmowy lub powodować zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych u niemowląt. Do niedawna niszczyły ją tzw. antybiotyki ostatniej szansy.

Ale one już nie działają, bo  nowa Klebsiella ma New Delhi metallo-beta-lactamase, w skrócie NDM, rodzaj genu, który może blokować antybiotyk. Zakażenie nią zwiększa ryzyko śmierci z powodu sepsy.

Więcej zakażonych

NDM jako pierwsi opisali brytyjscy uczeni, a wykryto go u pewnego szwedzkiego turysty, który w 2008 roku przeszedł zabieg medyczny w Indiach. Stąd nazwa New Delhi. Indyjskie ministerstwo zdrowia uznało ją za niesprawiedliwą, ale określenie już się przyjęło.

 

W Polsce NDM po raz pierwszy zidentyfikowano w 2011 roku w Warszawie u mężczyzny, który wcześniej był hospitalizowany w Kongu. Zmarł po dwóch tygodniach leczenia. Później zaczęły napływać informacje z następnych szpitali.

Z początku nie zachowywano koniecznych środków ostrożności, o  czym donosił „Kurier Poranny”, cytując jednego z lekarzy Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego im. Śniadeckiego w Białymstoku:

– Nie wprowadzono nawet zakazu odwiedzin. Już nie mówiąc o sterylizacji oddziału. Liczba zakażonych rosła.

Według danych Ośrodka Referencyjnego ds. Lekowrażliwości Drobnoustrojów w 2013 roku w Polsce było ich tylko 105, w 2016 r. – ponad 1000, w ubiegłym – ponad 2000, w tym roku, jak informuje portal branżowy Rynekzdrowia.pl, potwierdzono 1660 przypadków.

Podobno najgorsza sytuacja jest w województwie mazowieckim.

– Na Mazowszu trwa ciężka walka z  Klebsiella pneumoniae NDM. Dość powiedzieć, że tylko w ubiegłym roku wykonano tu 120 tys. badań przesiewowych u pacjentów – pisze portal Natemat.pl.

Danych o  liczbie zmarłych z powodu NDM nie ma, ponieważ nasze szpitale jako przyczynę zgonu podają zwykle niewydolność oddechowo-krążeniową, nawet jeśli powstała z powodu zapalenia płuc po zakażeniu superbakterią.

–  Lekarze wskazują inną przyczynę śmierci, żeby nie mieć problemu z rodziną pacjenta na wypadek, gdyby chciała dochodzić roszczeń –  tłumaczy „Super Expressowi” dr Tomasz Ozorowski, prezes Stowarzyszenia Epidemiologii Szpitalnej.

Polska może być szczególnie dotknięta epidemią z powodu złego stanu naszej służby zdrowia, alarmują media.

– W borykaniu się z NDM występują głównie problemy natury finansowej i organizacyjnej: zbyt mała liczba izolatek w szpitalach, wysokie koszty badań przesiewowych wykrywających nosicielstwo, niedostateczna liczba personelu.

Zalecenia ekspertów i Narodowego Programu Ochrony Antybiotyków (dostępne na stronie www.antybiotyki.edu.pl) są jasne i szpitale powinny je znać.

Ale świat nie jest idealny i różnie z tym bywa – twierdzi w wywiadzie dla „Polityki” Jan Bondar, rzecznik Głównego Inspektoratu Sanitarnego, który radzi, jak zmniejszyć ryzyko zakażenia:

– Dbać o higienę, zwłaszcza higienę rąk, i wymuszać to samo na personelu medycznym. Nie nalegać na lekarzy, żeby przepisali antybiotyki „na zapas”. Ściśle przestrzegać zaleceń lekarskich dotyczących zaordynowanego antybiotyku.

Nie stosować samoleczenia antybiotykami. Rzecznik twierdzi, że nowe procedury bezpieczeństwa w walce z NDM nie są konieczne – wystarczą te, które są.

Innego zdania jest prof. Waleria Hryniewicz, autorka rozwiązań dotychczas stosowanych w lecznictwie. – Potrzebne nam jest ogromne wsparcie poprzez stworzenie Narodowej Strategii Walki z Antybiotykoopornością – nie tylko z New Delhi.

Ponieważ nie udało mi się doprowadzić do tej strategii, to  zrezygnowałam ze  stanowiska krajowego konsultanta ds. mikrobiologii – mówi w rozmowie z TVN24.

Już dwa lata temu prof. Hryniewicz w liście do Polskiego Stowarzyszenia Pielęgniarek Epidemiologicznych ostrzegała, że  atak NDM na warszawskie szpitale jest bezprecedensowy w Polsce i należy go uznać za  najważniejsze z  dotychczasowych zagrożeń epidemiologicznych.

Musimy jednak mieć świadomość, że żaden program nie zapobiegnie rozprzestrzenianiu się superbakterii, może jedynie spowolnić jej ekspansję, bo wszyscy stanęliśmy właśnie w  obliczu globalnego problemu z rosnącą w zastraszającym tempie odpornością na antybiotyki.

Ewoluują i wędrują

Geny odporności na  leki występują w różnych gatunkach drobnoustrojów, nie tylko w pałeczce zapalenia płuc. Wykryto je w E. coli i w przecinkowcu cholery, podejrzewa się, że ma je również pałeczka indyjskiej dżumy.

Bakterie, jak każdy organizm, dostosowują się do zmieniających się warunków, by przetrwać. Zarazki nieodporne na antybiotyki giną, a te, które wypracowały mechanizmy obronne, rozmnażają się.

Jedna komórka dzieli się na dwie potomne, z których każda dziedziczy odporność. Istnieje jeszcze zjawisko zwane poziomym transferem genów.

Zachodzi między bakteriami różnego gatunku, gdy jedna przekazuje informację genetyczną drugiej, w ogóle z nią niespokrewnionej. A to wszystko sprawia, że wciąż przybywa drobnoustrojów, które nauczyły się blokować działanie antybiotyków.

Na przykład entero koki występujące w przewodzie pokarmowym ludzi i zwierząt tak się uodporniły, że na ponad 10 proc. z nich leki nie działają.

Natomiast 57  proc. szczepów popularnej E. coli ignorowało antybiotyki już w 2010 roku.

W wywiadzie dla „Magazynu 7 dni” ekspert od chorób zakaźnych prof. Andrzej Gładysz opowiada o laseczce beztlenowej Clostridium difficile, bakterii bytującej w jelitach wielu osób.

U zdrowych nie wywołuje żadnych objawów, ale gdy zaburzona zostanie flora bakteryjna, zaczynają się dolegliwości, choćby takie jak coraz powszechniejsze zapalenia jelit.

Jak wiadomo, florę bakteryjną niszczą antybiotyki i do niedawna tylko je o to obwiniano. Tymczasem coraz częściej choroby  zapalne jelit atakują ludzi, którzy antybiotyków nie przyjmowali. Co  się dzieje?

–  Uodpornione bakterie przenoszą się z człowieka na człowieka. Różnymi sposobami, nie tylko przez dotyk, także drogą powietrzną. W latach 2016 – 2017 naukowcy z  Uniwersytetu Pekińskiego zbadali ilość genów odporności na antybiotyki znajdujące się w powietrzu w 19 miastach świata.

Najliczniej krążyły nad San Francisco, a w Pekinie zanotowano największą ich rozmaitość. W sześciu ośrodkach odkryto szczególnie niebezpieczne geny odporności na wankomycynę, lek ostatniej szansy przy gronkowcu złocistym.

W raporcie opublikowanym w „Environmental Science and Technology” uczeni napisali:

Ze względu na transport lotniczy, nawet odległe regiony, gdzie nie używa się antybiotyków, mogą być narażone na geny odporności powstałe w innych rejonach.

W Szwecji przebadano grupę młodych ludzi, którzy wybierali się na wakacje do różnych krajów. Przed wyjazdem w  ich jelitach nie było żadnych lekoopornych zarazków. Gdy wrócili, u jednej czwartej z nich już je znaleziono.

Superbakterie wędrują nie tylko między ludźmi, również między gatunkami. Naukowcy z Helsinek opisali przeniesienie się NDM-5 z człowieka na jego psa.

Inne przypadki obecności u psów superbakterii zaobserwowano w USA, we Francji i w Niemczech.

Typowa chciwość

Antybiotyki, dobrodziejstwo i  plaga współczesnego świata, są  wszędzie. W wodzie, glebie, warzywach, owocach, mięsie.

W Polsce w czerwcu tego roku Główny Inspektorat Sanitarny i Inspekcja Weterynaryjna nakazały wycofanie z rynku 4 300 000 jaj skażonych lasalocydem, antybiotykiem niestosowanym w leczeniu ludzi, dodawanym do pasz przeznaczonych dla kurcząt.

Podano go jednak dorosłym kurom nioskom, co jest zabronione, i lek w ilości przekraczającej maksymalny dopuszczalny poziom znalazł się w jajkach.

W tym przypadku była to pomyłka, sam właściciel hodowli wszczął alarm, ale o ilu umyślnych praktykach hodowców nigdy się nie dowiemy?

Kilka lat temu niemiecka organizacja ochrony środowiska BUND pobrała próbki mięsa drobiowego z tamtejszych supermarketów. Co druga była pełna lekoopornych zarazków.

W  Polsce może być podobnie. – Współpracuję z kolegami z Uniwersytetu Przyrodniczego, z weterynarii.

Oni potwierdzają, że mimo istnienia formalnej kontroli weterynaryjnej nad wielkimi fermami i hodowlami w  zakresie ograniczenia stosowania antybiotyków, to  jednak ze  względu na ich dostępność w internecie hodowcy kupują te leki i stosują w sposób nieoficjalny.

Dlatego spożywając jakiekolwiek produkty mięsne, roślinne (duże plantacje jabłek, pomidorów itd.), musimy pamiętać, że wszędzie stosuje się antybiotyki, by mieć dorodniejsze sztuki bydła czy trzody chlewnej, owoce albo żeby nie zginął cenny krzew.

To typowa chciwość – mówi prof. Gładysz. Niemiecki BUND twierdzi, że jedną z najważniejszych przyczyn antybiotykooporności jest hodowanie zwierząt na skalę przemysłową w zatłoczonych fermach czy chlewniach, gdzie choroby przenoszą się błyskawicznie i bez lekarstw zwalczających bakterie nie da się utrzymać stada.

Poza tym zwierzęta muszą szybko rosnąć, by biznes się opłacił, a  antybiotyki nie tylko leczą, również stymulują wzrost, co odkryto już w latach 40. ubiegłego wieku.

Rzadkie szczepy oporne na antybiotyki zaczynają się rozwijać u zwierząt hodowanych w tych sztucznych środowiskach i wyłaniają się jako bardzo silne czynniki zakaźne, które roz przestrzeniają się po całej planecie z zadziwiającą szybkością.

Przykładem może być gruźlica, którą niegdyś łatwo było leczyć, ale która w swojej nowoczesnej postaci odpornej na wiele leków, znanej jako MDR- -TB, zabija dziś 190 tys. ludzi rocznie – pisze „The Guardian”.

Koniec medycyny

Według danych Parlamentu Europejskiego w  2016 roku infekcje spowodowane lekoopornymi bakteriami były powodem śmierci 700 tys. osób na świecie.

W ciągu następnych trzydziestu lat liczba takich śmiertelnych zakażeń może wzrosnąć do  10  mln. Przed opornością bakterii ostrzegał już twórca penicyliny Aleksander Fleming, gdy w 1945 roku odbierał Nagrodę Nobla.

Na szczęście przez następnych kilka dziesiątków lat produkowano mnóstwo rodzajów środków przeciwbakteryjnych i  wciąż powstawały nowe. Ta era jednak minęła.

Pod koniec XX wieku przedsiębiorstwa farmaceutyczne przestały interesować się antybiotykami. Infectious Disease Society of America (Amerykańskie Towarzystwo Chorób Zakaźnych) kilka lat temu informowało, że antybiotyki są dla koncernów mało opłacalne, ponieważ są krótko stosowane i tanie, natomiast ich opracowanie kosztuje ok.  1  mld dolarów.

Większe profity przynoszą specyfiki onkologiczne i lekarstwa na choroby przewlekłe.

Dlatego od 2009 do 2013 roku w Stanach Zjednoczonych zatwierdzono tylko dwa nowe antybiotyki, zaś większość z siedmiu, które były w badaniach klinicznych, to  modyfikacje i  mieszanki starych wersji.

– Jeżeli nic z tym nie zrobimy, staniemy się świadkami niewyobrażalnego scenariusza, w którym antybiotyki nie będą działały, co przeniesie nas w czasie do ciemnych wieków medycyny –  ostrzegał były premier Wielkiej Brytanii David Cameron, gdy zapoznał się z raportem o skutkach antybiotykooporności.

Postęp, jakiego dokonaliśmy w leczeniu chorób, może zostać cofnięty. Naukowcy alarmują, że XXI wiek jest początkiem ery postantybiotykowej.

Jeśli antybiotyki nie będą działały, nadejdzie kres nowoczesnej medycyny. Nawet błahe infekcje staną się zabójcze.

Transplantacje, wszczepienia endoprotez okażą się niemożliwe, rutynowe dzisiaj zabiegi – jak cesarskie cięcie czy resekcja migdałków –  ryzykowne i  drogie.

Lekarze dadzą pacjentowi wybór: brak leczenia lub kosztowna operacja. Ona wprawdzie go uzdrowi, ale po  niej nastąpi infekcja, która go zabije.

EWA WESOŁOWSKA   "Angora' nr 37/2018

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: