Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A
 
Pięcioletni dzieciak puszczony bez opieki rodziców, włóczący się po osiedlu dotąd, aż się ściemni. Siedmioletnie dzieciaki bez opieki grają w piłkę na ulicy, a inne rzucają się gliną. Jeszcze inne urządzają wojnę na kamienie. Brzmi jak opis patologii społecznej? A tak właśnie byliśmy wychowywani jeszcze 30 - 40 lat temu.
Rodzice wychodzili z założenia, że jak potrafiliśmy chodzić i mówić, znaczy się poradzimy sobie i że samodzielnym trzeba być. I zahartowanym. Tośmy się usamodzielniali i hartowali. 

 
 

Wychowywałem się z siostrami na wsi. U babci. Mieliśmy mieszkanie w mieście, ale rodzice woleli co dzień dojeżdżać tych parę kilometrów na wieś i wykańczać mieszkanie w bloku.
A w tamtych latach wykańczanie mieszkania trochę trwało. A zdobycie mebli czy zlikwidowanie oczywistych fuszerek budowlańców moim rodzicom zajęło 7 lat.
Zresztą nie tylko moim, bo na wsi była nas paczka dzieciaków i każde miało taką samą sytuację. A skoro wieś, to rowery. I trzeba było się na nich nauczyć jeździć bardzo szybko, więc jako pięcioletnie kajtki mieliśmy jazdę na rowerach opanowaną. A jakie rowery mieliśmy? Różnie. Reksio, Pelikan, Ukraina (jazda pod ramą, kto jeździł, ten wie), Wagant.
Ja miałem Karata. Karat to taki poprzednik Wigry 3, tylko według mnie dużo ładniejszy. Jego rama była prosta, nie zakrzywiona jak w Wigry, a bagażnik był o wiele solidniejszy.
No i miał naprawdę cudnie wyglądające lampki. Przednią od góry chromowaną, a tylną także w chromie, i taką malutką, okrągłą, mocowaną do ramy. Lampki były zasilane z dynama, o którym wspomnę jeszcze w późniejszej części artykułu. Do siodełka nie dosięgałem, jeździłem na stojaka nad ramą. Kołek, którym dokręcane było siodełko kuł mnie w zadek, ale co tam.


Skoro każdy z nas jeździć potrafił i mieliśmy gdzie jeździć, to oczywistym stało się, że będziemy sobie urządzać wyścigi. Nasz tor to były cztery ulice w kształcie prostokąta.
Prosta startowa (start/meta przy mojej bramie) na drodze szlakowej. Dwie pozostałe drogi to także szlaka,natomiast przeciwległa prosta to droga z ubitego piachu.
Czasami aż taki ubity nie był, wskutek czego jazda tam stanowiła wyzwanie. I oczywiście robiliśmy wyścigi tak, żeby po tym piachu jechać pod górę. Bo czemu miałoby być za łatwo? A meta była przy mojej bramie z jednego ważnego powodu. Kończył się tam spadek drogi i na finiszu osiągało się naprawdę niesamowite prędkości.
Po wyścigu oranżada z torebki. Koniecznie czerwona. Tak więc ścigaliśmy się często aż do momentu, kiedy na finiszu mój kolega zajechał mi drogę i wpadliśmy na siebie.
I wtedy to nauczyłem się trzech rzeczy. Po pierwsze: upadek z roweru na szlakę cholernie boli. Po drugie: jeszcze bardziej boli wyjmowanie szlaki z nóg i rąk, a łokcie potrafią piec żywym ogniem.
I po trzecie: rany goją się dość długo i jeżeli chcecie się unieruchomić na dobre trzy tygodnie, to polecam ślizg po szlace, a ubrani powinniście być w koszulkę z krótkim rękawem i szorty. 

Jak wspomniałem, miałem siostry. Dwie. Starsza siostra była poważna, traktowała nas jak dzieciaki (choć tylko 3 lata różnicy między nami było), ale młodsza była w wieku akuratnym i trzymała się z naszą paczką.
A było nas 12 dzieciaków z sąsiedztwa. Jako starszy brat czułem się w obowiązku nauczenia młodszej siostry jazdy na rowerze. Nauka była intensywna, trwała 2 dni na działce i po tym, jak wjechała w leszczynę, a zaraz potem w płot, który stał za leszczyną, uznałem, że jest gotowa i że sobie poradzi na szlace.
No i serio sobie poradziła. Śmigała na rowerze coraz lepiej. A że mieliśmy jeden rower, to pożyczała sobie Pelikana od siostry kolegi i jeździliśmy to tu, to tam.
A że rowery nasze miały bagażniki, to grzechem byłoby z tego nie skorzystać. Ponieważ wyścigi skończyły się na dobre, to zaczęliśmy bawić się w taksówki.
Czyli za parę listków z leszczyny woziliśmy innych na bagażnikach. Jeden kurs był bardzo pamiętny. Wieźliśmy dwóch braci. Ja starszego, siorka młodszego. Ponieważ to byli bracia, to kurs mieliśmy w to samo miejsce. Jechałem przodem. Nagle słyszę krzyk młodszego z braci:
- O rany, gdzie ona jedzie!!! 
Zatrzymałem się, obejrzałem i faktycznie siorką trochę bujnęło i obrała kurs na pobocze. A konkretnie w największe pokrzywy, jakie w życiu widziałem.
W nich właśnie zakończyli jazdę, przewracając się. Było trochę jęków, poparzenia na szczęście szybko zeszły (młody chciał do domu, ale drobna perswazja, że dostanie lanie, jak w takim stanie wróci - poskutkowała), a siorka przynajmniej zdrowsza była. 

Co do siostry, to chyba żyłem z nią w zgodzie. Piszę chyba, bo kiedyś odkryłem na meblu napis takiej oto treści (pisownia oryginalna): 
Jacizda glizda to świnizda.
Cóż, to wyznanie mogło mieć pewien związek z tym, że kiedyś przywiązałem ją do kaloryfera, ale była bladą twarzą i pal męczeński się jej zwyczajnie należał. A Winnetou mówił po niemiecku... 

Pewnego razu czterech najodważniejszych z paczki wyruszyło na wyprawę życia. Nad rzeczkę, i to nocą. A po co? Na świetliki. Bo tam były, a u nas nie. Więc wzięliśmy słoiczki i zaczęliśmy je łapać.
Gdy stwierdziliśmy, że już mamy ich dość, wróciliśmy. I tu się cyrk zaczął, bo wszyscy uprzedziliśmy swoich rodziców, że będziemy później, tylko jeden kolega o tym "zapomniał".
W zasadzie to nie powiedział, bo był jedynakiem i nadopiekuńczy dziadkowie by go nie puścili. Tak więc gdy na swej drodze zobaczyliśmy babcię kumpla z kijem, wiedzieliśmy, że różowo nie będzie. I nie było.
Kij siekał gdzie popadnie i każdemu się po trochu oberwało. Ale najbardziej biednemu koledze.
- Gdzie żeś był? 
- Na świetlikach. Ała, babciu. 
- Ja ci na dupie świetliki zrobię. Jazda do domu. 
- Już jadę, ała, ała... 
 
Pojechał. My wypuściliśmy świetliki w lesie i okazało się, że zadomowiły się nadzwyczajnie. Do dziś jest ich pełno na wsi i ludzie mówią, że kiedyś to tego nie było, a teraz latają i wieczorami jest to cudowny widok i że każdemu się podoba, choć nikt nie wie, skąd się wzięły.
To myśmy je taszczyli ponad 10 kilometrów. My, w 4 słoiczkach... A świetliki są tam po dziś dzień. Kolega dostał tygodniowy szlaban. 

A jeśli chodzi o zimy, to każde z nas miało sanki. Ale co to za frajda saniami na płaskim. Chodziliśmy do pobliskiego lasu, gdzie była górka. I to nawet dość pokaźna.
Las ma to do siebie, że rosną w nim drzewa, a połączenie ośnieżonej górki, sanek i drzew nie wydaje się najszczęśliwsze. Ale od czego nasza wyobraźnia.
Parę dni roboty, kilka wiraży, tony przewiezionego na sankach śniegu i mieliśmy tor zjazdowy jak się patrzy. Z zakrętami i bandami. I na szczęście za dnia temperatury były w okolicach zera, więc śnieg był lepki, a w nocy lekki mróz wszystko mroził, więc nasze konstrukcje trzymały się solidnie.
I wszystko działało bardzo dobrze do momentu, aż przestało działać. Tego dnia mróz nie odpuścił, a wręcz stał się jeszcze większy niż nocą. Tak więc tor zamienił się w lodową rynnę.
A tego inżynier, konstruktor, projektant i budowniczy, który tkwił w każdym z nas, nie przewidział.
Kolega pojechał na śledzia. I o ile pierwsze dwa zakręty jakoś mu wyszły i ich wyprofilowanie jeszcze się sprawdziło, o tyle na trzecim wyleciał z hukiem.
Huk skończył się na drzewie, a zderzenie spowodowało utratę dwóch zębów. Całe szczęście, że były to mleczaki, które i tak się ruszały. Kolega jednak nam zaimponował.
Skrzywił się, świeczki stanęły mu w oczach, ale nie popłakał się. No prawdziwy twardziel był. I jest takim do dziś. 

Niestety zaczęła się szkoła (zerówka i pierwsza klasa) i rodzice jak jeden przeprowadzili się do miasta, zabierając nas ze sobą.
Każde z nas trafiło na inne osiedle, więc spotykaliśmy się na wsi tylko w weekendy i na wakacje. Ale wakacje też były dobre. Gdy trochę podrośliśmy, przyszły czasy ognisk.
A że ognisko bez atrakcji jest nudne, to o atrakcję postarał się jeden z kolegów. Piekliśmy ziemniaki, ogień szalał na metr w górę, a ten coś wrzucił do ogniska i krzyknął - w nogi!
Na wynik wrzutu czekać długo nie trzeba było. Jak jebło, to kartofli szukaliśmy po sąsiednich polach. Co wrzucił? Puszkę gazu do zapalniczek. 
Jako ciekawostka: jeden z kolegów przeprowadził się do bloku, w którym mieszkała moja żona. Żonę natomiast poznałem na imprezie u naszego wspólnego kumpla. Impreza natomiast odbywała się na wsi, na której się wychowywałem. 

W mieście trzeba było montować nową ekipę. Szybko znalazło się paru rówieśników, rodzice kupili nam nowe rowery i szaleństwo zaczęło się od nowa. Ja z kolegą mieliśmy wynalazki, które nazywały się Romet Alka koloru czerwonego. 


Alka był rowerem miejskim i jako rower miejski sprawdzał się znakomicie. Cztery przerzutki z tyłu i komfortowa sylwetka rowerzysty. Sęk w tym, że u nas rower ten był miejskim tylko z nazwy. Bo w zasadzie technicznie to jeździł na terenie miasta. A słowo teren jest nieprzypadkowe.
Gdy już nam zbrzydła jazda po osiedlowych uliczkach (a zbrzydła dość szybko), zaczęliśmy wypuszczać się w pola i wertepy. I tu wyszedł na jaw słaby punkt Alki. Łączenie ramy i maleńki wspornik. 


Wspornik ten przy dość intensywnej jeździe się odrywał i rama pękała. Kolega przekonał się o tym w najgorszym z możliwych momentów. Na osiedlu mieliśmy górkę dla saneczek.
Latem stała nieużywana, ale w jednym miejscu miała małą skocznię, gdzie skakało się na nartach. A skoro na nartach dało się radę, to na rowerze też powinno.
Najpierw wyczaili to chłopaki mający BMX-y, potem dołączyliśmy my na Alkach. Kolega rozpędził się z górki i wybił. Lot miał na rekord świata. Niestety lądowanie paskudne.
Rama się złamała, a kolega mocno pokiereszował. Ja osobiście skocznię wypróbowałem pół roku później, jadąc z górki na łyżwach. Lot był równie spektakularny, a lądowanie twarde.
Nosa nie udało się prawidłowo złożyć i mam taki pokrzywiony do dziś. Wracając do rowerów, to moja Alka też ucierpiała, rama nadpękła, ale jechać powoli się dało. Tak zakończyła się krótka kariera Alek...

A zaczęła Zenitów. Zenit miał większy wspornik i rama mu nie pękała. Mój Zenit był w pięknymbłękitnym metaliku. Normalnie szpan. 



Zenit miał pięć przerzutek z tyłu, a to już było coś. Manetka do przerzutek była umiejscowiona z przodu roweru, na sztycy kierownicy, i miała ona tę wadę, że była bezstopniowa.
Czyli nie było ustalonych z góry biegów, tylko manetka chodziła bez klików. I tu objawiała się wada takiego rozwiązania.
Za lekko skręcona manetka potrafiła się samoczynnie przestawić w górę, zmieniając przerzutki samoistnie. Za mocno skręcona nie dała się przestawić w ogóle, a próby uruchomienia przerzutek kończyły się urwaniem manetki.
Trzeba było ją skręcić tak na w sam raz.
Sęk w tym, że tego w sam raz nie dawało się nijak uzyskać. Wiec było albo - albo. Ja godziłem się na samoistne zmiany, kumpel miał zablokowaną przerzutkę na zębatce środkowej.
Wraz z Zenitem nadeszła moda na oświetlenie roweru. Im mocniejsza lampa przednia, tym lepiej. A jeszcze lepiej, jak by były dwie. Ale jak to zrobić?
Dynamo dawało 6 V i 3 W. Przednia żarówka miała 2,4 W, a tylna 0,6 W. Włożenie trzech małych żarówek szybko kończyło się ich zgonem, a żarówek 1 W nie można było nigdzie dostać.
Dynamo miało to do siebie, że stawiało niezły opórjak pracowało. Ale światło było ważniejsze.
Więc szybko zrealizowaliśmy pomysł dwóch lamp przednich, dwóch żarówek z tyłu (druga oświetlała dolną część lampki, tam, gdzie był odblask) i dwóch dynam.
Jedna lampa świeciła tuż przed rower, druga dołączana w razie potrzeby oświetlała teren daleko przed rowerem (jak światła drogowe w samochodzie).
A dynama stawiały taki opór, że miało się wrażenie ciągłej jazdy pod górkę. Ale za to jaki był szacun na dzielni, jak jeździliśmy tak oświetlonymi rowerami.
I tu okazywało się, jak ważnym elementem są przerzutki. A ostateczna modyfikacja polegała na trzech lampach z przodu (na żarówki 2,4 i 0,6 W) montowanych na kierownicy i jednej montowanej standardowo na widelcu.
To rozwiązanie rządziło przez lata. A potem przyszły górale, lampki ledowe na baterie i wszystkim zaczęło się jeździć lżej. 


Lata 80. to także braki wszystkiego. Rządziły wtedy Relaksy. Buty nieźle wyglądające trwałe, ciepłe i nieprzemakalne. A jak rzucili je do sklepów, to kolejki po nie były kilometrowe.
I jedna osoba stojąca w takiej kolejce mogła kupić tylko dwie pary Relaksów. Więc staliśmy w kolejce ja i ojciec, kupiliśmy 4 pary Relaksów dla mnie, sióstr i dzieciaka sąsiada, a sąsiad z dzieckiem stali po pomarańcze (kilogram na głowę) i dzielili się z nami tymi owocami.
Czemu to piszę? Bo wtedy na rynek wchodziła nowa firma robiąca buty. Nazywała się Sofix i początki miała dość spektakularne.


Zrobili partię butów, którym pękały podeszwy. Klienci jeszcze o tym nie wiedzieli (a jak wiedzieli, to nieliczni, którym udało się te buty kupić).
Firma zdawała sobie z tego sprawę i nie wiedziała co zrobić z tymi bublami, których trochę natrzaskała. Więc uknuli niecny plan. Gruchnęła wiadomość, że będą sprzedawać buty w szkołach. Uczniom.
Więc o godzinie zero każdy dzieciak miał odliczoną kwotę na buty (i jeszcze drugie i trzecie tyle, gdyby kolegi nie było). Ale przyszli wszyscy, nawet ci najgorzej chorzy.
Buty się rozeszły, po akcji sprzedaży w szkole szaleć zaczął wirus grypy, ale to nieistotne. Po miesiącu w butach zaczęły pękać podeszwy.
Żadna z reklamacji nie została uznana, każda spotkała się z odmową z uwagi na niewłaściwe używanie obuwia. I sprawa butów się na tym zakończyła.

Jeżeli było coś potrzebne do szkoły, szło się do Centralnej Składnicy Harcerskiej.
Było tam wszystko i jeszcze więcej.
Nie wiem skąd oni to wygrzebywali, ale zaopatrzenie mieli dobre i bez kolejek. No, chyba że była druga sobota miesiąca, to kolejki były, i to potężne.
Wtedy była dostawa towaru z NRD, składnica była otwarta i można było kupić modele pociągów. W Polsce popularne było H0 i TT. My ze względu na to, że mieszkaliśmy w bloku, zdecydowaliśmy się na TT.
Zresztą pasja do kolejek mi pozostała i mam je do dziś, ale to temat na inny artykuł. Przez te kolejki miałem sporo kolegów i zawiązaliśmy całkiem zgraną paczkę. 

Gdy się wprowadzaliśmy na osiedle, to jeszcze się budowało. Wszędzie było pełno gliny, wykopów i różnych śmieci, a ulice osiedlowe to były wydeptane ścieżki.
I te ścieżki obraliśmy sobie za cel. Robiliśmy na nich tak zwane błotne pułapki. Jak to wyglądało? Kopaliśmy dołek, jego ścianki wykładaliśmy folią (na budowach było jej pełno).
Dołek zalewaliśmy mieszaniną wody i piachu, tworząc w ten sposób błoto.
Całość przysypywaliśmy kurzem ze ścieżki. Pułapek takich robiliśmy kilka.
Potem pozostało jedynie czekać.
Nie było dnia, żeby któryś dorosły w pułapkę nie wdepnął, a strzelające błoto wesoło go nie pobrudziło.
W wersji hardkorowej błoto mieszało się z krowimi plackami, o które trudno nie było, bo za naszym osiedlem kończyło się miasto i zaczynała wieś. Więc jak ktoś miał nieszczęście w to wdepnąć, to był uwalony błotem i pachniał gównem. Takie dwa w jednym. Ku uciesze gawiedzi. 

A ponieważ, jak wspomniałem, coś się wokół budowało, to na osiedlu były wykopy. A wwykopach stała woda.
Na budowę ponad wykopami prowadziły kładki, którymi szli robotnicy. Dzieciarnia nie byłaby sobą, gdyby czegoś przy tych kładkach nie pomajstrowała.
Otóż po naszych zabiegach kładki stały się, mówiąc dość kolokwialnie, mało stabilne. Całą noc padało. Rano obserwacja terenu i okrzyk radości, jak pierwszy idący robotnik wylądował w wodzie, która wypełniała rów.
A potem numer z kładką wszedł do kanonu robotniczego i lądowaniem w rowie był witany każdy świeżak na budowie. 

Na osiedlu było pełno gliny. Fajnie się lepiła, ale po deszczu robiła się breja, która wciągała buty. Nawet nie wspomnę, ile butów tam straciliśmy.
Trzeba było biec do domu na bosaka. Jesienią po mokrej trawie albo po błocie. Czasem rodzic próbował ratować buty pociechy, ale kończyło się tym, że sam szedł w skarpetkach po wodzie i błocie do domu.
No i po takich zabawach chorowaliśmy. Gdy swoje odchorowałem, poszedłem do szkoły. Mieszkaliśmy na 4 piętrze w 4-piętrowym bloku (plus parter).
Więc schodami pokonywałem pięć kondygnacji. Tego dnia na parterze przypomniałem sobie, że nie wziąłem zwolnienia lekarskiego. Zadzwoniłem domofonem do siorki, by mi zwolnienie zniosła.
Mieliśmy spotkać się na 2 piętrze, co było sprawiedliwe. Siostra wydumała, że zrobi to inaczej. Otworzyła okno i rzuciła zwolnienie. Bez obciążenia, samą karteczkę. Potwornie wtedy wiało.
Ostatnie moje wspomnienie związane ze zwolnieniem, to jak na chwilę zatrzymało się na piorunochronie. A potem odleciało gdzieś daleko. 

Lubiłem muzykę i słuchałem listy przebojów Trójki. Spisywałem notowania i prowadziłem je sumiennie co tydzień. Raz musiałem wyjść z kolegami, a że była lista, to poprosiłem siostrę, by spisała notowanie. I spisała. Jedna pozycja szczególnie utkwiła mi w pamięci i tkwi do dziś. 
Miejsce 13: Gloria i Stefan Ojemikanto (nie wiem jaki tytuł piosenki zanotowałam tylko imiona i nazwisko wykonawców).
No i to było mistrzostwo świata, które zrobiło mi dzień, a siorka zakochała się w Roxette, które to notowanie wygrał. Jak ktoś chce, to może sobie poszukać jaki był to rok i które notowanie... A dlaczego nie mogło mnie być na liście? Robiliśmy igloo, bo śnieg spadł. 

A potem skończyła się podstawówka, zaczęło technikum, umysłami naszymi zawładnęło video, zaraz po nim kablówka, dorośliśmy i wszystko, co dobre się skończyło... Ale przeżyłem i z tego jestem najbardziej dumny. 

Zdjęcia znalazłem w sieci, jeśli są wśród czytających ich autorzy proszę o kontakt - zostaną wymienieni w artykule.
 

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: