Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Po 13 latach ukrywania się bohater afery FOZZ ma trafić do Polski. Czy jego ekstradycja przybliży nas do prawdy o tym, gdzie zniknęły setki milionów dolarów w okresie transformacji ustrojowej? 2,5 roku więzienia – taką karę powinien odbyć Dariusz Tytus Przywieczerski, biznesmen, którego nazwisko w latach 90. wielokrotnie figurowało na liście najbogatszych Polaków publikowanej przez „Wprost”. W zeszłym tygodniu amerykański sąd w  końcu przychylił się do  wniosku strony polskiej o jego ekstradycję. W domu Przywieczerskiego na Florydzie tego samego dnia pojawili się stróże prawa, zatrzymali go i przewieźli do Chicago, dokąd w czwartek 6 września wybrał się po  niego z  Warszawy specjalny konwój policyjny. W sobotę 8 września Przywieczerski trafił do Polski.

Ucieczka przez kontynenty

 

W 1998 roku Dariusz Przywieczerski zasiadł na  ławie oskarżonych w Sądzie Okręgowym w Warszawie w głośnym procesie dotyczącym afery FOZZ (sygn. akt VIII K 37/98).

Prokuratura zarzuciła mu, że przywłaszczył sobie 1,5 miliona dolarów, które przeznaczone były na niejawny skup polskiego długu zagranicznego. Obok niego przed oblicze Temidy trafiło w tej sprawie 5 osób.

Sędzia Andrzej Kryże –  później wiceminister sprawiedliwości –  obawiał się, że  Przywieczerski może uciec z Polski, dlatego zakazał mu opuszczania kraju.

Adwokaci natychmiast zaskarżyli tę decyzję i przekonali sąd apelacyjny, że ich klient nie ma interesu w tym, żeby uciekać, a intensywna działalność gospodarcza wymaga od  niego częstych podróży zagranicznych.

Trzyosobowy skład sędziowski zmienił pierwszą decyzję, uchylił zakaz opuszczania kraju i  nakazał zwrócić oskarżonemu paszport. Proces zakończył się 29 marca 2005.

Przywieczerski został uznany za winnego i skazany na 3,5 roku bezwzględnego więzienia. Sąd kazał go aresztować i doprowadzić do więzienia, jednak nikt nie mógł wykonać tej decyzji. Biznesmen był tego dnia w podróży służbowej na  Białorusi.

Gdy adwokat poinformował go o wyroku, Przywieczerski odwołał powrót do Polski i wsiadł na pokład samolotu lecącego do  Londynu.

Stamtąd, po  kilku tygodniach dotarł do Nowego Jorku i tutaj rozpoczął nowe życie, korzystając z pieniędzy, które zdążył zdeponować na zagranicznych kontach bankowych.

W tym czasie sędzia Kryże pisał uzasadnienie wyroku (liczyło 830 stron), a adwokaci przygotowywali się do apelacji. W styczniu 2006 Sąd Apelacyjny zmniejszył wszystkim oskarżonym kary, prawomocnie skazując Przywieczerskiego na 2,5 roku więzienia (kasacje obrońców półtora roku później oddalił Sąd Najwyższy).

Gdy wszyscy pozostali oskarżeni trafili za kratki (dziś są już na wolności), Przywieczerski – nie niepokojony przez nikogo – zakładał w Stanach Zjednoczonych kolejne firmy.

Najważniejsza okazała się hurtownia gwoździ zarejestrowana w stanie New Jersey, w pobliżu Nowego Jorku. Warszawski sąd wydał za biznesmenem list gończy, a w końcu – gdy już wyszło na jaw, w którym kraju przebywa – rząd Polski zwrócił się do Stanów Zjednoczonych z oficjalnym wnioskiem o jego ekstradycję.

Departament Stanu poprosił, aby przysłać dodatkowe dokumenty. Polska prokuratura spełniła tę prośbą, ale Amerykanie uznali, że to zbyt mało i poprosili o kolejne materiały.

Ciągłe prośby o uzupełnianie wniosku spowolniły procedurę na  lata. W  2009 roku pojawiły się informacje, że biznesmen zaczął współpracę z amerykańskimi służbami specjalnymi i dlatego USA spowalniają jego ekstradycję.

W tym czasie Przywieczerski rozwijał swoje biznesy. Szło mu tak dobrze, że  kupił willę na  Florydzie, w  której odpoczywał po tygodniach ciężkiej pracy w Nowym Jorku. Adres tej willi upublicznił niedawno dziennikarz Witold Gadowski.

I nagle, niespodziewanie, sąd wyraził zgodę na ekstradycję biznesmena.

Tajemnica jednej teczki

O Dariuszu Przywieczerskim głośno zrobiło się na  początku lat 90. za sprawą książki „Via Bank i FOZZ” autorstwa dwóch profesorów fizyki – Mirosława Dakowskiego i Jerzego Przystawy.

Obaj naukowcy opisali rabunek finansów Polski dokonany przy okazji próby tajnego wykupu polskiego długu zagranicznego po zaniżonych cenach.

Negatywnym bohaterem afery był właśnie Przywieczerski, który dzięki tej aferze zarobił miliony dolarów. Z  książki wynikało, że  ten sukces biznesowy był konsekwencją dobrych relacji biznesmena ze służbami specjalnymi PRL.

Sam zainteresowany poczuł się tym obrażony i  wystąpił do  warszawskiego sądu z  pozwem o  ochronę dóbr osobistych. Sąd na nasz wniosek wystąpił do  IPN o  odnalezienie dossier pana Przywieczerskiego – relacjonował w 2007 roku dziennikarzowi RMF FM profesor Przystawa.

– To dossier zostało odnalezione, sąd to  dostał i natychmiast utajnił sprawę. Podany został pseudonim, zaszeregowanie i jakieś takie rzeczy.

Do dziś nie wiadomo, jakie materiały zawierają akta Przywieczerskiego przesłane sądowi przez IPN.

Od aparatczyka do aferzysty

Przywieczerski (w  maju skończył 72 lata) do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wstąpił w 1965 roku, mając 19 lat i dyplom maturalny.

Podjął studia w Szkole Głównej Planowania, a stamtąd trafił do centrali handlu zagranicznego, gdzie szybko awansował na stanowisko zastępcy dyrektora.

W 1974 roku zaczął pracę w Komitecie Centralnym PZPR, a sześć lat później objął stanowisko attaché handlowego ambasady PRL w  Nairobi w Kenii.

Wówczas zaczął zarabiać na  dostawach kawy do  sąsiedniej Ugandy. Do  Polski wrócił w  1985 roku i wówczas został prezesem Universalu, czyli dużej państwowej firmy zajmującej się eksportem artykułów gospodarstwa domowego.

Cztery lata później zaczął oficjalnie doradzać Grzegorzowi Żemkowi, który został dyrektorem generalnym FOZZ. To właśnie wydaje się przełomowym momentem w całej historii.

Przypomnijmy: 15 lutego 1989 roku Sejm PRL uchwalił ustawę o Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. FOZZ miał się zająć niejawnym skupem polskich długów zagranicznych po  zaniżonych cenach.

Na  początku 1989 roku PRL była winna obcym państwom i zagranicznym bankom 40,8 miliarda dolarów, a  w  Skarbie Państwa nie było pieniędzy na spłatę tych długów.

Jeszcze w 1981 roku rząd generała Wojciecha Jaruzelskiego poinformował wierzycieli, że Polska jest niewypłacalna i  zawiesza spłaty kredytów.

To spowodowało, że banki były zainteresowane odsprzedażą długów PRL nawet za 20 proc. ich wartości. Polska powołała więc FOZZ, aby wykupił za granicą polskie długi za część ich wartości.

Fundusz działał w sposób tajny, bo prawo międzynarodowe zabraniało, aby państwo kupowało po  zaniżonych cenach swoje własne długi.

Z akt FOZZ-u zgromadzonych w warszawskim sądzie wynika, że na konta FOZZ-u trafiło ze Skarbu Państwa w sumie 1,79 miliarda dolarów, co  wystarczyło na  zakup około 7,9  miliarda dolarów długu.

Jednak ostatecznie FOZZ wydał na długi 100 milionów dolarów, a zatem kosztował Polskę 1,69 miliarda dolarów. Co stało się z resztą pieniędzy?

Michał Falz mann – kontroler NIK, który badał FOZZ – ujawnił, że pieniądze z Funduszu były wbrew prawu transferowane za granicę.

Stamtąd, poprzez sieć spółek na całym świecie, wracały do  Polski i  były wykorzystywane do  przejmowania prywatyzowanych państwowych przedsiębiorstw. Ich nowymi właścicielami byli działacze PZPR, oficerowie służb i ich krewni.

W ten sposób w latach 1989 – 1991 powstała klasa rekinów kapitalizmu wywodząca się z dawnej nomenklatury PRL. Jedną z firm, przez które pieniądze FOZZ transferowano za granicę, był właśnie Universal kierowany przez Dariusza Przywieczerskiego.

On sam przywłaszczył sobie wówczas ponad milion dolarów. I właśnie za tę defraudację sąd wymierzył mu karę więzienia.

(Nie)bezpieczna wiedza

Michał Falzmann, który ujawnił aferę FOZZ, zmarł nagle w 1991 roku, oficjalnie na zawał serca. Jego śmierć do dziś budzi wiele znaków zapytania.

Kilka miesięcy później w  wypadku samochodowym koło Piotrkowa Trybunalskiego zginęli szef NIK Walerian Pańko i dyrektor Biura Informacyjnego Kancelarii Sejmu –  Janusz Zaporowski.

Następnego dnia obaj mieli przedstawić w Sejmie wyniki kontroli FOZZ.

Po wypadku ktoś włamał się do sejfu Pańki i ukradł stamtąd dokumenty dotyczące Funduszu. Kierowca, który przeżył wypadek, został skazany na więzienie w zawieszeniu i wkrótce popełnił samobójstwo.

Policjanci, którzy jako pierwsi byli na miejscu wypadku, wkrótce utopili się podczas wycieczki „na ryby” w miejscu, gdzie woda sięgała do kolan.

W 2006 roku pobity został Anatol Lawina –  były dyrektor NIK i  jeden z  głównych świadków w procesie sądowym w tej sprawie.

Dariusz Przywieczerski, którego nazwano „mózgiem FOZZ”, ma ogromną wiedzę o kulisach afery, o jej beneficjentach, o politykach różnych opcji, których finansowano z FOZZ, i o fortunach, które rodziły się dzięki zrabowanym wówczas pieniądzom.

Tyle tylko, że dziś, prawie po 30 latach, sprawa jest przedawniona i nikt więcej za FOZZ zarzutów nie usłyszy.

Politycy, których finansowano pieniędzmi funduszu, w większości są  już poza życiem publicznym, a  firmy, które powstały dzięki FOZZ, jeśli nie upadły – to mają już nowych właścicieli.

Wiedza Przywieczerskiego może być ciekawa, ale nie dla prokuratorów, tylko dla historyków i dziennikarzy. Czy biznesmen zdecyduje się przerwać milczenie?

LESZEK SZYMOWSKI  "Angora" nr 37/2018 

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: