Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Tygodnik Wprost podaje, że  według uczonych Australijskiego Centrum Badań nad Seksem najlepszą porą na seks jest godzina 23. W Australii. Czyli u nas coś pierwsza w południe. Masz babo placek. Wszyscy będą się zwalniać z pracy, aby wykorzystać tę najlepszą porę? Tłumaczyłoby to liczbę romansów w pracy, szybkich numerków w porze lunchu; wszystko dlatego, że mamy niedostosowaną do seksu porę biologiczną. Rozpad więzi rodzinnych bierze się stąd, że kiedy człowiek się znajdzie w domu, to mu ochota przechodzi. Zupełnie inaczej w Australii, choć tam też nie za dobrze, bo jest dla odmiany wielu singli i oni z kolei o 23 wracają do pustego domu. Widać wyraźnie, że  seks nie umie się wpasować do współczesnych ram czasowych. Polskie badania mówią, że mężczyzna myśli o seksie regularnie i mechanicznie co dziesięć minut, zupełnie niezależnie od tego, co akurat wówczas robi, i nawet niezależnie od tego, czy widzi akurat jakąś kobietę.

 

Na ogół zresztą jest w pracy i ciągle jest pierwsza w południe.

Z tych samych badań wynika jednak, że  średni stosunek seksualny w Polsce trwa tylko coś około 6 minut, a więc może się zdarzyć, że w jego trakcie mężczyzna nie pomyśli o seksie ani razu, bo nie wypadnie mu akurat jego pora. Swego czasu były też badania mówiące, że przeciętna polska para uprawia seks w piątek po wieczornych „Wiadomościach” w telewizji.

I wtedy właśnie wieczorne wiadomości w telewizji zlikwidowano. No to już w ogóle nie wiedzieli kiedy.

To był dopiero cios w rozrodczość narodu: nie pamiętam nawet, czy tego antypolskiego aktu dokonano jeszcze za SLD, czy za Platformy; w każdym razie „Wiadomości” (a potem brak „Wiadomości”) miały wtedy jeszcze masową oglądalność, niezależnie od tego przez kogo badaną, nie tak jak dziś.

Reasumując te dane, dla seksu najlepsze byłyby krótkie wiadomości o pierwszej w południe. Tylko że tego już w ogóle nikt by nie oglądał, skoro nie ogląda się tych głównych.

Likwidacja „Wiadomości” na przyrost naturalny wpłynęłaby lepiej niż efekt 500 plus, który – jak informuje prasa – się właśnie wyczerpał i po lekkim wzroście narodzin znów opadł. W tej sytuacji brak „Wiadomości” byłby niezłym afrodyzjakiem.

O  pierwszej w  południe można by  uprawiać seks w  niedzielę, odkąd zamknięte są  sklepy. Intencjonalnie wprowadzono to po to, aby ludzie poszli wtedy do kościoła, ale już wiadomo, że to się nie sprawdziło.

Tygodnik Sieci ujawnia, że  nawet księża nie chcą już chodzić do kościoła. „Do jednego z seminariów duchownych nie zgłosił się w tym roku żaden kandydat” – piszą. Mimo że w niedzielę nie ma już zupełnie dokąd pójść, to otwarte w tym dniu seminarium nie zyskuje na atrakcyjności.

„Spada liczba powołań do seminariów duchownych” – tak ujmują to Sieci. Ale jeżeli nie ma nikogo, to nie są to już powołania do seminarium, ale raczej odwołania stamtąd.

Celibat powoduje, że kiedy zbliża się pierwsza w południe, to mają tam Anioł Pański. W kraju przesunięcia czasowe mają coraz poważniejsze skutki.

To, że Sejm przyjmuje wszystkie ustawy w  godzinach nocnych, a nie o pierwszej w południe, wynika z tego, że praca w parlamencie stała się tak mało seksowna i już nikogo nie kręci.

O godzinie pierwszej w południe, kiedy posłowie mają najwięcej pary, nikt nie marnowałby jej na głupie naciskanie guzika. Wtedy guziki się rozpina, a nie wciska.

Badaczka literatury Klementyna Suchanow, która, stojąc pod Sejmem, stara się dostarczyć śniętym posłom trochę adrenaliny, robi to jednak z obrzydzeniem.

Mówi Newsweekowi: „Nawet ci młodzi są  starzy, powyjmowani z szuflad, zakonserwowani w starych sceno grafiach”. Widzi ich jako „stare dziady” i „wampiry”, ale takie, które ożywiają się koło pierwszej w południe, bo wtedy czynne są kasy z wypłatą.

W  godzinach biurowych powoli narasta erotyczna psychoza. Newsweek odradza jeżdżenie windą. Wiadomo, co  to  oznacza, kiedy koło pierwszej w południe taka winda z obcymi osobami na pokładzie się zatrzyma między piętrami. Amerykańska „ikona stylu” „radzi, by czym prędzej zapomnieć o windzie”.

Cały dzień każe biegać po  schodach „z  laptopem albo siatką z  zakupami”.

Uzasadnia to  wprawdzie „ćwiczeniami mięśni”, ale wiadomo, że ma to i taki skutek uboczny, że biuralistka drałująca z siatką po schodach staje się automatycznie mniej ponętna.

Do łask wracają dawno nie chwalone zajęcia, takie jak odkurzanie, sprzątanie łazienki czy mycie okien. Wszystkie ikony stylu wynajmowały sobie do tych prac specjalne nieikony, często imigrantki, a teraz same się do tego zabierają!

Można na tym bowiem sporo stracić, i to jest powód, dla którego to robią. Na godzinnym odkurzaniu traci się 120 kilokalorii (warto mieć duże mieszkanie), na sprzątaniu łazienki przez godzinę już 160 (jak wyżej), na myciu okien traci się 135, chyba że – jako osoba niewprawna – się przez nie wypadnie, to wtedy więcej.

Okazuje się bowiem, że „osoby, które sprzątają, żyją od 5 do 7 lat dłużej”; tyle że poświęcają te lata na sprzątanie. Pułapką jest to, że  trzeba to  robić w ciągu dnia: nie można myć okien po ciemku.

Wszystko to wygląda na zastępcze rozładowywanie wzbierającej o pierwszej w południe energii seksualnej. Wakacje pokazują, że czas w ogóle biegnie inaczej, zależy gdzie się go spędza.

W dużych miastach zawsze jest już ósma wieczór, a w Australii nawet 23, ani się człowiek obejrzy. A na wsi czy w lesie jest ciągle pierwsza w południe.

Michał Ogórek "Angora" nr 33/2018

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: