Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Być oszukanym w polityce nie jest usprawiedliwieniem, niekiedy jest takim samym przestępstwem jak oszukiwać samemu (*)

W sierpniu 1988 roku komunistyczne władze rozpoczęły pierwsze negocjacje z „Solidarnością”, a już rok później straciły władzę. W 1988 roku stan polskiej gospodarki był katastrofalny, instytucje państwa trzeszczały w szwach. Ale opozycja nie była w lepszej kondycji. „Solidarność” po stanie wojennym nie reprezentowała ani dawnej siły, ani determinacji. Zachód nie interesował się już Polską w takim stopniu jak w 1980 i 1981 roku. Wiosną przez kraj przeszła fala strajków.

Protestowano w  Bydgoszczy, Krakowie, Łodzi, Warszawie, Poznaniu, Stalowej Woli, Gdańsku, Szczecinie, Wrocławiu. W większości przypadków władza ograniczała się tylko do groźby użycia siły. 14 lipca w Warszawie rozpoczęły się obrady Doradczego Komitetu Politycznego Państw-Stron Układu Warszawskiego, najwyższego organu UW, w skład którego wchodzili przywódcy partii komunistycznych, premierzy, ministrowie obrony oraz spraw zagranicznych. Jednak na Polakach ta demonstracja nie zrobiła wrażenia, gdyż Układ był już niezdolny do użycia siły. Dlatego w następnych dniach strajki wybuchły ze zdwojoną siłą.

 

Stanęły Port Północny i szczeciński, 14 kopalń, Stocznia Gdańska, Huta Stalowa Wola. 20 sierpnia Józef Czyrek, członek Biura Politycznego, sekretarz KC, spotkał się z Andrzejem Stelmachowskim, przewodniczącym warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. Następnego dnia Wojciech Jaruzelski zwołał Biuro Polityczne i oświadczył, że  trzeba rozpocząć rozmowy z Lechem Wałęsą.

25 sierpnia Wałęsa wysłał do władz oświadczenie, w  którym proponował tematy, jakie chciałby omówić podczas takiego spotkania. Najważniejszym punktem była legalizacja „Solidarności”.

26 sierpnia gen. Czesław Kiszczak, minister spraw wewnętrznych, w telewizyjnym przemówieniu zaapelował o  przerwanie strajków i  rozpoczęcie rozmów, które mogłyby przyjąć formę Okrągłego Stołu. Dwa dni później VIII Plenum KC Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wyraziło zgodę na wstępne rozmowy z opozycją.

31 sierpnia 1988 roku w należącej do MSW willi przy ulicy Zawrat w Warszawie miały miejsce pierwsze rozmowy władzy z opozycją. Stronę rządową reprezentowali Czesław Kiszczak i  Stanisław Ciosek, opozycję Lech Wałęsa i biskup Jerzy Dąbrowski (**), zastępca sekretarza generalnego Konferencji Episkopatu Polski.

Według anegdoty, gdy pierwszego dnia obie strony żegnały się po wielogodzinnych rozmowach, pod willę podjechał mercedes biskupa Dąbrowskiego.

– Dogadajmy się, a wszyscy będziemy jeździli takimi mercedesami – miał powiedzieć Ciosek do Wałęsy. Były PRL-owski minister nie pamięta tych słów. Jednak mercedesami jeździli wówczas nie tylko biskupi. W MSW też było ich sporo, więc prawdopodobnie kierowca Kiszczaka także prowadził mercedesa.

Wałęsa „gryzł” i „kąsał”

STANISŁAW CIOSEK, w sierpniu 1988 zastępca członka Biura Politycznego KC PZPR (najważniejsze wówczas ciało decyzyjne w kraju), sekretarz Rady Krajowej PRON:

–  Sytuacja w  kraju była tragiczna, gospodarka w ruinie, puste półki. Ponieważ było wiadomo, że gospodarczo Związek Radziecki nam nie pomoże, nie mieliśmy innego wyjścia, tylko porozumieć się z  opozycją. Pomysł rozmów zrodził się u  Jaruzelskiego i Kiszczaka, którzy działali razem i mieli do siebie ogromne zaufanie.

To była taka PRL-owska „dwójca święta”. Spotkanie z  Wałęsą organizował generał Kiszczak. Ja, można tak powiedzieć, przyszedłem na  gotowe.

Wydawało nam się, że „Solidarność” wie, jak wybrnąć z tego kryzysu, zwłaszcza że miała dobre stosunki z Zachodem. Z czasem okazało się, że oni też nie wiedzieli, jak to zrobić.

Wałęsa był jedyną osobą reprezentatywną do takich rozmów, choć dla mnie do dziś jest bardzo dziwne, w  jaki sposób potrafił zdobyć tak mocną pozycję w swoim środowisku. Może byłem naiwny, ale traktowałem Wałęsę jako prawdziwego przywódcę robotniczego buntu.

Zresztą w negocjacjach Wałęsa nie odpuszczał – „gryzł”, „kąsał” i to wszystko było prawdziwe. Nawet jeżeli kiedyś był agentem, czego nie wiem i  wówczas nie wiedziałem, to nie miało żadnego znaczenia dla przebiegu rozmów.

Jeżeli jest prawdą, że Wałęsa już wiele lat wcześniej „zerwał się ze smyczy”, to tym większe trzeba mieć dla niego uznanie. O przeszłości biskupa Dąbrowskiego nic wówczas nie wiedziałem.

Jeżeli IPN ma jakieś kwity na ten temat, to  w  1988 roku wiedział o  tym tylko Kiszczak, który taką wiedzą, poza Jaruzelskim, nie dzielił się nawet z  członkami najważniejszych władz partii i państwa.

Przystępując do rozmów, ani przez chwilę nie zakładaliśmy, że możemy oddać władzę, chociaż z  dzisiejszej perspektywy wydaje się, że wówczas leżała ona na ulicy.

Róbcie, co chcecie

JERZY URBAN, w  sierpniu 1988 r. rzecznik rządu:

– Ważniejsze niż gadanie na Zawrat było to, że w 1988 (11 lipca – przyp. autora) do Warszawy przyjechał Gorbaczow i  oświadczył, że  doktryna Breżniewa już nie obowiązuje i  róbcie sobie, co chcecie.

Pamiętam, miałem wówczas konferencję prasową razem z kierownikiem Wydziału Propagandy Polityki Zagranicznej KC KPZR, który ku mojemu zaskoczeniu powiedział, że Związek Radziecki nie będzie się wtrącał w żadne rozwiązania dotyczące wewnętrznych spraw Polski.

Na to ja przerażony dodałem:  pod warunkiem, że będą to rozwiązania socjalistyczne, ale on tego wątku w ogóle nie podjął. Już na początku 1981 roku pisałem do Kani (ówczesny pierwszy sekretarz KC PZPR – przyp. autora) z propozycją utworzenia rządu koalicyjnego z katolikami, który ominąłby „Solidarność”.

W  1981 roku miałem pewne wątpliwości, czy Wałęsa ma coś do gadania w  „Solidarności”, gdyż wyraźnie było widać, że rządzi Geremek. Jednak w połowie 1988 pozycja Wałęsy w związku była już dominująca.

Oczywiście Kiszczak wiedział, kto w  „Solidarności” był agentem, ale tą  wiedzą się nie dzielił. Pamiętam, jak Ciosek prowadził rozmowy z ludźmi „Solidarności” w stanie wojennym i wówczas wściekły mówił, że MSW robi z  niego durnia, podsyłając mu samych swoich agentów.

Ale w rzeczywistości nie miał na ten temat żadnej wiedzy i kierował się tylko intuicją. Negocjując z „Solidarnością”, cały czas byliśmy przekonani, że  zachowamy władzę. Mało tego, wierzyliśmy w to nawet po przegranych wyborach w czerwcu 1989 r.

W 1988 istniała teoretyczna możliwość utworzenia jakiejś prawdziwie liberalnej koalicji. Ale od  Okrągłego Stołu już było to niemożliwe i negocjacje z opozycją ograniczały się do głównego centrum „Solidarności”.

„Przeszkadzacz”

BOGDAN BORUSEWICZ, wicemarszałek Senatu, w  sierpniu 1988 r. członek Tymczasowej Rady „Solidarności”:

– W 1988 roku, kiedy Wałęsa zdecydował się na  rozmowy z  Kiszczakiem i  zakończenie strajku, byłem temu przeciwny, ponieważ uważałem, że jesteśmy za słabi i trzeba poczekać na  trzecią falę strajków.

Stałem na  stanowisku, że  najpierw powinno dojść do legalizacji „Solidarności”, a dopiero potem powinniśmy zasiąść do rozmów. Wałęsa nie zaproponował mi uczestnictwa w rozmowach w Magdalence, dlatego informacje, o czym się tam dyskutuje, jakie są  nastroje, miałem od  Leszka Kaczyńskiego.

Nie znalazłem się także podczas Okrągłego Stołu. Stało się tak, gdyż Wałęsa się mnie obawiał (w sierpniu 1980 to nie Wałęsa, ale Borusewicz –  z  Jerzym Borowczakiem, Bogdanem Felskim i  Ludwikiem Prądzyńskim –  był głównym organizatorem strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina – przyp. autora) i często mówił, że mu „przeszkadzam”.

Niektórzy historycy, ale i  działacze „Solidarności”, uważają, że gdybyśmy nie podjęli rozmów z komunistami, to w końcu i tak zdobylibyśmy władzę. To prawda. Tylko czy wówczas doszłoby w  Polsce do  czegoś na  kształt czechosłowackiej „aksamitnej rewolucji”, czy raczej rewolucji rumuńskiej (w której zginęły 1104 osoby –  przyp. autora)?

Moim zdaniem bylibyśmy bliżej rozwiązania rumuńskiego.

Mały Wałęsa

JAN RULEWSKI, senator, pierwszy przewodniczący Zarządu Regionu Bydgoskiego, w  sierpniu 1988  r. członek Grupy Roboczej Komisji Krajowej, pozostającej w opozycji wobec Wałęsy:

– W 1988 roku w Bydgoszczy zakładałem już półjawnie struktury „Solidarności” grupujące pracowników 17 zakładów. Najważniejsi działacze związku z dawnych regionów jechali do  Gdańska składać hołd Wałęsie.

Chyba jako ostatni pojechałem i ja. Spotkanie miało miejsce na plebanii u księdza Jankowskiego, gdzie poczęstowano mnie bardzo dobrym obiadem. Rozmowa zaczęła się od tego, że Wałęsa zażądał pieniędzy ze składek, a następnie powiedział: Będziesz Wałęsą w  Bydgoszczy. I zaraz dodał: – Ale małym Wałęsą.

Organizowałem strajki, a po wyrzuceniu mnie z Rometu jeździłem jako taksówkarz. Mimo że byłem małym Wałęsą, to nic nie wiedziałem o spotkaniu Lecha z Kiszczakiem. Szczegóły rozmów poznałem bardzo późno.

Myślę, że wtajemniczeni byli tylko Lis, Pusz, no i Wachowski, a także ksiądz Jankowski i oczywiście biskupi z Episkopatu. Nie byłem zwolennikiem rozmów z komunistami.

Uważałem, że jeszcze nie przyszedł na to czas, że powinniśmy zaczekać, aż władza będzie jeszcze słabsza. Z drugiej strony związek też był słaby. Pamiętam demonstrację, w której brało udział 45 osób, w tym moja matka.

Ale z dzisiejszego punktu widzenia najważniejsze było to, że uniknęliśmy rozlewu krwi.

Nikogo nie słuchał

MIECZYSŁAW WACHOWSKI, w latach osiemdziesiątych kierowca i sekretarz Wałęsy, od 1991 do 1995 szef gabinetu prezydenta:

– W 1981 roku Wałęsa powiedział do mnie: Ja dostanę Nobla (Nagrodę Nobla dostał w 1983 r. – przyp. autora), ale oni nas pozamykają. Ale jak będę prezydentem, to ja to wszystko ureguluję.

To pokazuje, że Wałęsa praktycznie od momentu, gdy został przywódcą „Solidarności”, myślał o odebraniu władzy komunistom. Już w 1976 roku Wałęsa powiedział SB do  widzenia.

Dlatego gdy ktoś twierdzi, że podczas rozmów w 1988 roku mógł być sterowany przez Kiszczaka, to nie wie, co mówi. Jeszcze w 1980 i 1981 roku Wałęsa pozostawał pod silnym wpływem Geremka, do którego należało ostatnie słowo.

W 1988 roku już nikogo nie słuchał. Pamiętam takie jego spotkanie z Jaruzelskim i Glempem, na które poszedł zupełnie nieprzygotowany.

Powiedział wtedy: Dopiero podczas takich rozmów mogę zobaczyć, czy się cofnąć, czy ich nacisnąć. Dlatego przed rozmowami przy Zawrat także się nie przygotowywał. Ale jak pokazała historia, Wałęsa postawił na swoim i zrealizował właściwie wszystko, co chciał.

Człowiek nie do ominięcia

Prof. ANTONI DUDEK, politolog, członek Rady Instytutu Pamięci Narodowej (2010 – 2016):

–  Władza zastanawiała się, jak w rozmowach z „Solidarnością” pominąć Wałęsę. W latach 1986 – 1987 próbowali nakłonić Kościół, żeby w negocjacjach z  nimi wzięły udział osoby desygnowane przez Episkopat.

Ale ten pomysł zablokował Jan Paweł II. Mimo że Wałęsa wśród części działaczy związkowych był niepopularny, a  nawet znienawidzony, to  jednak po tym jak dostał Nagrodę Nobla, w odbiorze społecznym stał się postacią nie do ominięcia.

W willi przy Zawrat komuniści nakłonili Wałęsę, aby wezwać do przerwania strajków i miał to być wstęp do czegoś większego. Aktyw partyjny w terenie był bardzo zaniepokojony tym spotkaniem, dlatego Komitet Centralny przekazał organizacjom partyjnym swoje stanowisko, które brzmiało: to, że Kiszczak spotkał się z Wałęsą, nie oznacza zgody na legalizację „Solidarności”.

Władza nie chciała, żeby te rozmowy odbywały się pod szyldem „Solidarności”, a Wałęsa na to się nie zgadzał, dlatego Okrągły Stół nie odbył się jesienią 1988, tylko zimą 1989.

Wszystko właściwie sprowadzało się do  tego, że  Jaruzelskiemu i  Kiszczakowi zależało na tym, żeby opozycja i  Kościół pobłogosławiły operację przeniesienia centrum władzy z PZPR do tworzonego urzędu prezydenta (Jaruzelski został prezydentem w lipcu 1989 r. – przyp. autora).

Te rozmowy kontynuowano w Magdalence i przy Okrągłym Stole. W ich wyniku Kościół dostał swoje ustawy, a  „Solidarność” legalizację i do 35 proc. miejsc w Sejmie oraz możliwość walki o całą pulę w Senacie.

Czy Wałęsa i  biskup Dąbrowski w 1988 roku byli tajnymi współpracownikami służb PRL? Gdyby byli, to nie urządzano by tego całego przedstawienia.

Z faktu, że ktoś w przeszłości miał etap współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa, nie wynika, że ta współpraca musi trwać całe życie. Jestem przekonany, że Wałęsa w 1988 roku działał już niezależnie. Można zadać pytanie, czy istniała jakaś możliwość szantażu? Wówczas raczej nie.

Niedługo ukaże się ciekawa publikacja, z  której wynika, że  w  czasach, gdy Wałęsa był prezydentem, podjęto taką próbę, ale nie przyniosła ona efektów.

Wiele osób zastanawia się, czy gdyby nie doszło do  rozmów w  willi przy Zawrat, potem w  Magdalence, a następnie przy Okrągłym Stole, to komunizm by upadł? Na pewno tak by było, ale trwałoby to zapewne kilkanaście miesięcy dłużej. Czy wówczas w Polsce miałby miejsce scenariusz czechosłowacki czy rumuński?

Raczej ten pierwszy, bo władza nie była już zdolna do użycia siły na dużą skalę.

Twardy orzech do zgryzienia

Prof. JAN ŻARYN, historyk, senator, dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN (2006 – 2009):

–  Osoby reprezentujące opozycję w pierwszych rozmowach z władzą moim zdaniem nie zostały wybrane przypadkowo. Można było założyć, że  będą stanowiły twardy orzech do  zgryzienia.

Przygotowując się do dzielenia władzą z ludźmi z „Solidarności”, komuniści chcieli mieć jak najwięcej osób, na które byłyby jakieś haki.

Dlatego przez długie miesiące władza nie godziła się na rozmowy z Kuroniem i Michnikiem, uznając, że mimo podobnej proweniencji ideowej będą trudniejszymi partnerami, zwłaszcza że nie było na nich kompromitujących materiałów.

O Wałęsie wszystko wiemy. A nie ulega wątpliwości, że biskup Jerzy Dąbrowski, jako TW „Ignacy”, był współpracownikiem SB (według historyków IPN brał za to pieniądze – przyp. autora).

Jednak nie wiem, czy w 1988 roku nadal był związany z PRL-owskimi służbami.

KRZYSZTOF RÓŻYCKI "Angora" nr 32/2018

(*) Leszek Kołakowski

(**) 14 lutego 1991 biskup Dąbrowski zginął w wypadku samochodowym, którego przyczyny do dziś wywołują wiele spekulacji.

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: