Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Zaczęły mnie gnębić coraz powszechniej występujące objawy prostactwa. Ciekawi mnie też, od kiedy tak jawnie, tak wręcz manifestacyjnie panoszą się w nas obojętność, znieczulica i nietolerancji.

Pytam również o to, kiedy te cechy naszych charakterów powstają i kto im ulega. Czy TYLKO ociężałe w rozwoju chamy pragnące powetować sobie lata życiowych niepowodzeń?

Na ogół myślę samodzielnie, więc nie mam zamiaru ulegać zbiorowym przeświadczeniom; uważam, że stwierdzenie, iż wszelkie zło rekrutuje się z PiS-u, a opozycja jest cacy, to uproszczenie. Pójście na łatwiznę.

Niestety, na ten temat wypowiadają się ludzie niegramotni. Eksperci od siedmiu boleści. Fachowcy, którzy zaledwie otarli się o PROBLEM; ich namaszczona i niepodważalna wiedza o wychowaniu jest tak samo dalekosiężna i przenikliwa, jak wiedza turysty o kraju znanym z krótkiego postoju na lotnisku.

I gdy popadłem w zasmucenie, przypomniałem sobie, jak to bywałem świadkiem różnych wydarzeń z udziałem naszych milusińskich. Przypomniałem sobie obrazki z ulic i parków swojego miasta.

 

Ulicą idzie matka. Trzyma za rączkę dziecko. Mała dziewczynka lub nieduży chłopczyk są rozbawione, coś gorączkowo mówią, żywo gestykulują, zawzięcie podskakują wdeptując w każdą napotkaną kałużę, starając się dopasować do dorosłego kroku.

Mama obserwuje uważnie mikrusa, dostrzega, że malec jest rozbrykany, zaaferowany, podekscytowany, że rozpiera go energia i wolałby pobiec szybciej, bo wszędzie jest coś ciekawego, nowego, nieznanego, jak na przykład ten dziwny pan jadący ku niemu.

Cudaczny pan wygląda na człowieka, lecz chyba nim nie jest, bo czegoś mu brak i w ogóle stanowi zagadkę toczącą się w jego kierunku.

Fąfel wyrywa się i ucieka. Chciałby poznać go z bliska, pragnąłby dowiedzieć się, czemu zamiast nóg ma kółka.

Mężczyzna w inwalidzkiej limuzynie uśmiecha się przyjaźnie, zachęcająco. Lubi dzieci. Lubi je, bo są szczere, ufne, bezpretensjonalne. Nawet jeśli zadają głupie pytania, to nie są one podyktowane złośliwością czy prześmiewczymi zamiarami.

Ale zanim zdążył powiedzieć witaj, wszechwiedząca mamusia dopada do córki lub syna, by zapobiec tragedii. Tragedią bowiem byłby kontakt jej dziecka z UFO.

Człowiek należący do kasty ludzi wybrakowanych jest generalnie be. Trzeba trzymać się od niego z daleka, bo jest inny. Nie wiadomo, co takiemu strzeli do głowy i dlaczego jest inny.

Tak jej mama mówiła, tak została wychowana i przekazuje te brednie swoim pociechom. A one, skarcone za chęć poznania drugiego człowieka, dzielą się tymi dyrdymałami z rówieśnikami z piaskownicy.

I tym sposobem rosną nam pokolenia ignorantów wychowanych na przesądach. Rosną nam kadry przyszłych ministrów od dyskryminacyjnego nauczania, faszyzującej policji lub profesorów od wachlarzy i salaterek.

Ojciec i matka, szkoła, otoczenie, wszyscy ci ludzie w mniejszym lub większym stopniu kształtują nasz charakter, nasze wewnętrzne „ja”. Chłoniemy świat, a proces ten trwa non stop: mama z parku odziedziczyła te przekonania po swojej mamie, ta od swojej i w ten sposób dochodzimy do biblijnych początków tego łańcuszka.

Bądźmy jednak sprawiedliwi: zdarzają się wyjątki, środowiska wolne od idiotyzmu. Normalne rodziny wychowujące normalne dzieci.

Na ogół jednak żyjemy w kłamstwie, w obłudzie, w masce dopasowanej do okoliczności, do sytuacji, w której jesteśmy: gdy rozmawiamy z dziećmi, przez chwilę wydajemy się sobie ważni, mądrzy, surowi, apodyktyczni, wymagający, niezastąpieni.

Przeważnie wtłaczamy im do zdezorientowanych głów nasze kompleksy i lęki, skutecznie zarażamy je strachem przed otaczającą rzeczywistością, wszczepiamy obawy wyniesione ze swojego dzieciństwa, wciskamy w nich zabobony, którymi faszerowali nas wujowie, mamy, tatusiowie i kumple z podwórka.

A dziecko widzi i słyszy. Jest w tym początkowym okresie rozwoju, kształtowania się psychiki – zapatrzone w rodziców jak w obraz; bezkrytycznie przyswaja ich słowa, gesty, wyrażenia i poglądy. Uczy się: jak gąbka nasiąka banałami i farmazonami, ufnie i bezkrytycznie wchłania wszystkie toksyny, uprzedzania, gusła.

Z tym garbem idzie do szkoły. Więc to nie szkoła ponosi winę za jego braki w kindersztubie; przybywa do niej już wyrzeźbione, ulepione przez dom. I zastanawia się, kiedy my, rodzice, jesteśmy prawdziwi. Czy wtedy, gdy wymagamy współczucia i wrażliwości dla drugiego człowieka, czy – gdy zabraniamy się zbliżać do niego.

Toteż na nauczycielu spoczywa obowiązek zmiany mentalności dziecka. Zajęcie syzyfowe, gdyż co z tego, że wszczepi mu do psychiki prawidłowe normy społecznego zachowania, uwrażliwi wyobraźnię, ukaże właściwe priorytety, wyprostuje mu hierarchię wartości, spionizuje moralny kręgosłup, skoro po lekcjach wraca ono do swojego środowiska i znowu nasiąka frazesami?

Jak ma go przekonać, jeśli uczeń ma więcej praw od niego? Bez liku, a żadnych obowiązków poza skończeniem budy? Jeśli ma mocne poparcie rodziców, którzy wszelkie próby psychicznej naprawy swojego dziecka traktują wrogo, jako atak, jako znęcanie się nad pociechą?

Więc może by tak sprokurować sensowny kodeks praw i powinności ucznia, szkoły i rodziców?

Bo teraz jest tak: dzieci dorastają i podejmują pracę w Instytucjach zajmujących się edukacją maluczkich lub unikaniem niepełnosprawnych.

Lub idą w stronę (na stronę?) polityki i zabierają się za decydowanie o przyszłości następnych pokoleń, za radosne tworzenie reform w czymkolwiek, co jeszcze można popsuć, zagmatwać, rozmontować i oskalpować z logiki, choćby w Służbie Zdrowia, Oświacie, Kulturze…

Wychowanie, to dla niektórych rzeka doraźnych teorii, prowizorycznych metod, niepewny ciąg eksperymentalnych wizji; co następna i kaleka przymiarka do edukacji, to przetarg na poronione pomysły i powód do grania marsza żałobnego.

Jak w każdej dziedzinie życia potrzebny jest jakiś długofalowy projekt, jakaś nie tymczasowa, lecz konsekwentnie wdrażana myśl, tak i tu, w nauczaniu, w formowaniu narodowej przyszłości konieczna jest systematyka, stabilizacja naprawczych planów; wszak nie chcemy mieć w przyszłości społeczeństwa złożonego z ludzi trefnego interesu czy hydraulików na naukowych etatach!

Na to się jednak zanosi.

Tak sobie gorzko medytowałem, kiedy powstawały wyważone narzekania na „dzisiejszą młodzież”. Ostrożne, cichutkie, bezszmerowe, podobne do umiarkowanego buntu w granicach prawa, jak pisał Haśek.

Ale że ze mnie mało subordynowany obwieś i nigdy nie byłem legalistą w głupkowatym znaczeniu tego słowa, nie mam zamiaru wdawać się w zażarte dyskusje z betonową ścianą. 

Marek Jastrząb http://studioopinii.pl 

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: