Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Rocznica wybuchu powstania warszawskiego jest jednym z wielu wydarzeń w roku, którego celem jest nie tylko pielęgnacja pamięci przeszłości, ale również przypominanie i kształtowanie naczelnych wartości, którymi mamy się kierować, ponieważ ktoś chce, byśmy jako społeczeństwo przyswoili i zaaprobowali właśnie te, a nie inne wartości, wynikające z tych, a nie innych wydarzeń. Nazywa się to polityką historyczną.

  Od jakiegoś czasu dyskusje na temat polityki historycznej wywołują w Polsce niemałe emocje. Jeszcze kilkanaście lat temu w debacie publicznej dominowało podejście traktujące dylematy historyczne, jako niepotrzebny balast przy mierzeniu się z współczesnymi problemami.

Przeciwna temu, a obecnie dominująca, jest wizja historii, która tego nie utrudnia, lecz jest pozytywnym dopełnieniem, niezbędnym do uformowania naszej tożsamości. Według tego podejścia z wiedzy o przeszłości czerpać powinniśmy doświadczenie, które ma pomagać w ustaleniu priorytetów przyszłej działalności.

 

Zakłada to również przeciwdziałanie niewiedzy historycznej młodego pokolenia, czego efektem jest wzmożenie wykraczające poza grupę profesjonalnych historyków, poza obręb nauki. Ochoczo zajmują się nią oddolni entuzjaści, którzy realizują swe pasje m.in. w grupach rekonstrukcyjnych, bądź politycy, którzy chcą zająć miejsca historyków, dając wyraz swemu wykształceniu; wszak są nimi polscy prezydenci, premierzy, posłowie…

 Poznawanie przeszłości jest czynnością chwalebną, a ukazanie tego, jako czegoś żywego, interesującego, wartego uwagi wpłynie pozytywnie na świadomość społeczną oraz rozwój małych i dużych ojczyzn. Wartości te znikną prędzej czy później, gdy historia używana będzie do bieżącej gry politycznej.

To sprawi, że zamiast dystansu i racjonalnej interpretacji faktów, dostaniemy emocje zakrywające rozsądek i zaburzające trzeźwość myślenia. Cierpliwość w ustalaniu prawdziwości zdarzeń, która jest niezbędna w działalności historyka, zamieni się w chaotyczne przerzucanie się ideologicznymi frazesami i komunałami, czego przykładem mogą być wypowiedzi premiera Morawieckiego o historii Polski.

 Obecne założenia polityki historycznej skupiają się m.in. na propagowaniu w kraju i za granicą znaczących wydarzeń naszych dziejów. Za jedno z takich wydarzeń uchodzi z pewnością wybuch powstania warszawskiego, obchodzony 1 sierpnia. Jednak jest problem z mówieniem o powstaniu w sposób otwarty.

Nawet jeśli organizuje się dyskusje, gdzie prezentowane są różne opinie, to dyskutanci pochodzą najczęściej z tego samego obozu ideowego, co dodatkowo spłyca rozmowę. Okazuje się, że nie ma dobrego czasu na mówienie o powstaniu.

 Dzień jego wybuchu przeznaczony jest na uroczystości upamiętniające, więc nie ma mowy o poważnej dyskusji (podobnie będzie 11 listopada). Próby ważenia racji w polemikach gazetowych czy mediach społecznościowych kończą się zazwyczaj napomnieniem, by przynajmniej tego dnia uszanować ofiary, w spokoju oddać hołd poległym, bez ciągłego rozdrapywania ran, lub też pośpiewać na Placu Piłsudskiego.

W innym terminie taka dyskusja jest niemożliwa, ponieważ nikogo to już nie interesuje, a uwaga społeczeństwa skierowana jest na doraźne potyczki polityków naszych partii. Zatem postaram się wejść między pierwszy i nie-pierwszy sierpnia.

 Co do decyzji o wybuchu powstania oraz walk w stolicy można mieć różne zdanie. Jednak wyrobić je trzeba w konfrontacji z faktami, po zważeniu argumentów za i przeciw, określeniu, co jest najważniejsze, a co mniej ważne. Jest to o tyle trudne, że w publicznej debacie oceny krytyczne są mniej słyszalne lub marginalizowane przy ogromie głosów aprobaty.

Zwracał na to uwagę Jan Ciechanowski, autor rzetelnej, wyważonej i pouczającej, ale nadal zbyt mało znanej książki na temat kontekstu politycznego i dyplomatycznego wydarzenia. Pisze we wstępie:

 Jest też rzeczą niezmiernie uderzającą, że historycy piszący o powstaniu warszawskim, szczególnie jego bezkrytyczni apologeci, unikają tego tematu [położenia ludności cywilnej – EA] jak ognia i robią, co mogą, aby zaniżyć poniesione przez ludność cywilną straty oraz doznane przez nią wprost nieludzkie cierpienia podczas tego niefortunnego i ciężkimi stratami opłaconego powstania. Podkreślają zaś w zamian, że w czasie powstania warszawskiego na terenach zajmowanych przez powstańców, często dość krótko, ludzie żyli i cieszyli się wolnością. Zapominają niestety, że była to wolność podszyta śmiercią, strasznymi cierpieniami i niesłychaną poniewierką

 (J. Ciechanowski, Powstanie warszawskie, Pułtusk-Warszawa 2014).

 Mimo to prezydent, który „stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa”, uważa, że było warto rozpoczynać tę walkę. Generał W. Anders czy J. Nowak-Jeziorański, o czym wspomina Ciechanowski, mieli do tego stosunek ambiwalentny.

 Patrząc na rozmach sierpniowych obchodów, można dojść do wniosku, że jest to jedno z ważniejszych dat w roku, a bezprzykładna walka młodych ludzi nadaje się według rządzących do propagowania tego za granicą. Propaganda ma różne formy i wymiary. Musi jednak podążać z duchem czasu, więc coraz częściej przyjmuje kształty pop-kulturowe.

 Wszyscy znamy filmy o dzielnych amerykańskich żołnierzach, którzy walczą (i wygrywają!) ze złem. W taki sposób dowiadujemy się o wydarzeniach historycznych; dla nas jest to przyjemne, dla Ameryki pożyteczne.

Jeśli ktoś chce znać odpowiedź na pytanie, na ile powstanie warszawskie, czy inne polskie epizody ostatniej wojny, są znane na świecie, niech odpowie sobie, ile zna epizodów, które Polski nie dotyczą?  Jeśli zna ich dużo (pewnie są tacy), niech zapyta kilku sąsiadów.

Kolejne dwuznaczne pytanie: ile znamy wydarzeń II wojny, o których nie powstały filmy? Wyjdzie z tego, że primo poza filmami wiemy niewiele, secundo znamy ekranizacje, więc jest to skuteczne. Wniosek – trzeba robić tego typu produkcje oraz pokazywać je w kraju i za granicą.

 Filmy, choć nadal popularne, zakładają bierne uczestnictwo w oglądanych wydarzeniach, warto więc przejść na poziom interaktywny, który zmusi odbiorców do utożsamienia się oraz wczucia w sytuację Polaków. Często bowiem mówi się, że nasze decyzje są na świecie niezrozumiałe. Medium, które może wyjść naprzeciw tym oczekiwaniom są gry komputerowe.

 Oto gotowy scenariusz dla programistów i inwestorów, jeśli okaże się sukcesem i zacznie przynosić zysk, chciałbym otrzymywać z tego tytułu jedynie tantiemy. Akcja ‘gry w powstanie’ zaczyna się na początku sierpnia 1944 roku. Kontekst historyczny powinien być oczywiście odwzorowany jak najlepiej.

Mamy milionowe miasto, niewielką grupkę żołnierzy, którzy praktycznie nie posiadają broni. Powstanie wybucha, a my musimy zarządzać nimi tak, by osiągnąć cel – zwycięstwo militarne nad Niemcami i ustanowienie polskiej władzy politycznej w Warszawie.

 Już na samym początku wiemy, że celu nie osiągniemy, więc utrzymujemy się jak najdłużej. Im lepiej nam idzie, czyli im bardziej wygrywamy, tym więcej ofiar przynoszą nasze działania.

I tak, jeśli powstanie przerywamy po tygodniu – ginie odpowiednia liczba cywilów, jeśli po miesiącu – podobnie; po dwóch miesiącach zabitych zostaje od 150 do 200 tys. ludzi. Po trzech miesiącach np. pół miliona. Jeśli walczymy nadal, to znaczy wygrywamy – ginie coraz więcej cywilów, aż do ostatecznego zwycięstwa, kiedy przy życiu zostaje kilka tysięcy osób, zwanych „grabarzami”, ponieważ są odpowiedzialni za sprawne uprzątnięcie zabitych.

Co jakiś czas w słuchawkach i na ekranie pojawia się napis „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy”, aby było wiadomo, czyja historia jest opowiadana.

 W ten sposób zagraniczni gracze zapoznają się dokładnie z historią powstania, a także zrozumieją naszą sytuację.

 Być może w przyszłości da się rozszerzyć akcję na inne momenty II WŚ. Można będzie pokazać, jak barbarzyńskie było niemieckie prawo okupacyjne; np. zabijamy Niemca, po czym możemy wyznaczyć na śmierć stu naszych rodaków w ramach odwetu, itd.

 Proszę wybaczyć opisywany tu horror. To jest jedynie promil tego, co się działo rzeczywiście, a o czym teraz nie zawsze się wspomina.

 Wybitny polski historyk, który nie miał optymistycznego oglądu historii, pod koniec XIX wieku nie mógł sobie wyobrazić, jak wyglądać będzie XX-wieczna wojna, stwierdzał jednak: „Rzecz sama jest zatem pełna zgrozy, nie jej przedstawienie. Nie odwrócimy dokonanych faktów, ale jeśli z nich chcemy na przyszłość korzystać, to zapytajmy się, jakie były przyczyny (…) [klęski – EA], i z tych przyczyn zdajmy sobie jasną, szczerą, beznamiętną sprawę” (M. Bobrzyński, Dzieje Polski w zarysie, Warszawa 1987, s. 450).

 Płyną stąd dwa wnioski: po pierwsze, historia w wersji pop jest przyjemna i ładnie opakowana, ale wystarczy obejrzeć polskie filmy historyczne na eksport, żeby zrozumieć, że nie jest to najlepszy sposób mówienia o naszych dziejach; po drugie, ‘gra w powstanie’, podobnie jak „śpiewanki” (termin jednego z pomysłodawców wspólnego śpiewania), wpisałaby się dobrze w dzisiejszy kontekst – spłycania i pogłębiania pamięci o tamtym wydarzeniu.

 Emil Antipow

Instytut Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie

http://studioopinii.pl/ 

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: