Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Źle podpisana umowa pożyczki wystarczy, aby stracić mieszkanie. Przestępcy z  Gdańska i  Warszawy opanowali sposoby, aby przejmować lokale nawet za mniej niż jedną dziesiątą ich wartości. 10 lat więzienia – taka kara grozi M., mieszkańcowi Trójmiasta. W  poniedziałek, 2 lipca, Prokuratura Okręgowa w Gdańsku wysłała do sądu akt oskarżenia przeciwko niemu, zawierający zarzuty wyłudzenia majątku znacznej wartości poprzez wykorzystanie trudnej sytuacji finansowej ofiar.

Prokuratorzy twierdzą, że M. uczynił sobie stałe źródło dochodu z podstępnego przejmowania mieszkań osób, których niespodziewane okoliczności życiowe zmuszały do zaciągania kredytów. Rutynowe na początku śledztwo doprowadziło do ujawnienia patologii na rynku pożyczek i cynicznych metod działania przestępców.

Telefon ostatniej szansy

Ponad rok temu, do komendy policji w Gdyni zgłosił się mężczyzna w dojrzałym wieku, który stwierdził, że padł ofiarą wyjątkowo perfidnego oszustwa i może stracić mieszkanie. Policjantowi, który z nim rozmawiał, opowiedział nietypową historię.

Kilka miesięcy wcześniej niespodziewanie stracił pracę i wkrótce znalazł się w  bardzo trudnej sytuacji finansowej. Odwiedził więc kilka banków, aby wziąć pożyczkę gotówkową, jednak we wszystkich placówkach odprawiono go z kwitkiem.

Bez stałego zatrudnienia, z niespłaconymi zobowiązaniami, nie był w stanie wykazać tzw. zdolności kredytowej niezbędnej do zawarcia umowy z bankiem. Zdesperowany mężczyzna postanowił więc skorzystać z usług firmy pożyczkowej (w Trójmieście funkcjonuje ich wiele).

Jego uwagę przykuło ogłoszenie firmy, która oferowała pożyczki „na  korzystnych warunkach” „osobom w  trudnej sytuacji”, a także „niemającym zdolności kredytowej”.

Natychmiast zadzwonił na numer telefonu wskazany w ogłoszeniu. Jak wykazało śledztwo, połączenie odebrał M. – Zaoferował, że jego firma pożyczy mi pieniądze na podstawie umowy przewidującej spłatę w odroczonym terminie.

Zabezpieczeniem miało być moje mieszkanie –  relacjonował mężczyzna. – Liczyłem, że dzięki pożyczce wyjdę na prostą, spłacę wszystkie długi, odzyskam płynność finansową, a potem, jak w końcu znajdę pracę, to w ratach oddam wszystko firmie pożyczkowej.

Do spotkania doszło jeszcze tego samego dnia. M., jak wynika z tej relacji, stwierdził, że umowa zawiera punkt o zastawieniu nieruchomości, więc prawo nakazuje, aby podpisać ją u notariusza.

Ta prośba dodatkowo zwiększyła zaufanie do  M. Następnego dnia panowie spotkali się w kancelarii notarialnej i podpisali dokumenty, a później mężczyzna pokwitował przyjęcie gotówki (chodziło o kilkadziesiąt tysięcy złotych).

Nie przejął się też faktem, że wartość mieszkania, wpisana w akcie notarialnym, była znacznie zaniżona. Z kancelarii wyszedł zadowolony, licząc, że w końcu spłaci swoje zobowiązania, skupi się na poszukiwaniu pracy i za kilka miesięcy odda cały dług. Prawdziwe problemy miały się dopiero zacząć.

Wielkie oszustwo

Minęło kilkanaście dni i  mężczyzna odebrał z poczty nietypowy list polecony. W kopercie znajdowało się wezwanie –  napisane językiem prawnym –  do  wydania mieszkania i  opuszczenia go w terminie 30 dni.

Podstawą był zawarty wcześniej akt notarialny dotyczący pożyczenia kilkudziesięciu tysięcy złotych. Mężczyzna przeczytał go dokładnie i zwrócił uwagę, że nie ma w nim zapisu, iż mieszkanie stanowi zabezpieczenie pożyczki, tylko „przechodzi na własność pożyczkodawcy” w zamian za jej udzielenie.

Pokrzywdzeni byli przeświadczeni, że podpisywana umowa dotyczy pożyczki, której zabezpieczeniem miał być zastaw na  nieruchomości –  mówi prokurator Ewa Bialik z Prokuratury Krajowej.

–  W  rzeczywistości podpisywali umowy przenoszące własności nieruchomości w zamian za rzekomo udzieloną im pożyczkę. Niefortunny dłużnik zdał więc sobie sprawę, że został oszukany: zamiast zyskać pożyczkę pozwalającą na wyjście z trudnej sytuacji, stracił ostatnią rzecz, która mu została – mieszkanie. Co więcej: pożyczył od Łukasza M. kilkadziesiąt tysięcy złotych, gdy jego mieszkanie warte było nie mniej niż 300 tysięcy, a więc ponad osiem razy więcej.

Skontaktował się więc telefonicznie z M., aby sprawę „wyjaśnić”, ale ten twardo obstawał przy swoim i żądał od byłego klienta, by się wyprowadził i wydał lokal. Zdesperowany mieszkaniec Trójmiasta w końcu zgłosił się na policję i poprosił o pomoc.

W sidłach oszustów

Prokuratura ustaliła, że  nie był to  odosobniony przypadek. Według niej, w 2011 roku w Trójmieście M. zorganizował cały proceder przejmowania mieszkań w zamian za pożyczkę pieniędzy lub spłatę długów.

Mężczyzna wykorzystywał trudną sytuację pokrzywdzonych, w tym trudność w spłaceniu przez nich zobowiązania –  tłumaczy prokurator Bialik.

– Nadto wykorzystywał ich nieznajomość prawa wynikającą z wieku, wykształcenia lub stanu zdrowia. W  zamian za  udzielenie pożyczki lub spłatę zadłużenia, w kwotach od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych, nakłonił pokrzywdzonych do zawarcia umów przenoszących na jego rzecz własność lokali mieszkalnych.

Profil ofiary był zawsze taki sam: człowiek w trudnej sytuacji finansowej, któremu brak zdolności kredytowej nie pozwalał na  zaciągnięcie zobowiązania w banku, a który pilnie potrzebował pieniędzy.

Mechanizm działania również ten sam: telefon, spotkanie, wzbudzenie zaufania i zaoferowanie pożyczki na kilkadziesiąt tysięcy złotych pod zastaw mieszkania, potem podpisanie aktu notarialnego.

I w końcu list zawierający żądanie opuszczenia mieszkania. – Przykro mi  to  mówić, ale ludzie, którzy padali ofiarami tego procederu, wykazali się wielką naiwnością, wręcz głupotą, skoro dali się namówić na podpisanie umowy pożyczki na tak skrajnie niekorzystnych warunkach –  mówi Wojciech Smorongowicz prywatny detektyw, który przez lata pracy wielokrotnie ścigał oszustów finansowych.

– To, co pożyczkodawca mówi podczas spotkania, i to, co obiecuje, nie ma żadnego znaczenia. Ważne jest to, co podpisujemy. Smorongowicz zaleca dużą ostrożność w relacjach z firmami oferującymi szybkie pożyczki.

– Jeśli ktoś znajdzie się w naprawdę trudnej sytuacji i zdecyduje się na skorzystanie z takiej oferty, to powinien dokładnie przeczytać umowę pożyczki, aby upewnić się, czy nie ma tam zapisu np. o przekazaniu na własność mieszkania – radzi detektyw.

– Jeśli znajduje się tam choć jedno zdanie niejasne lub budzące wątpliwości, absolutnie nie podpisujmy takiego dokumentu. Prokuratura wyliczyła skrupulatnie, że najdroższe mieszkanie przejęte przez Łukasza M. było warte 330 tysięcy złotych, najtańsze – 120 tysięcy.

Najwyższa udzielona pożyczka wynosiła kilkadziesiąt tysięcy złotych, najniższa – mniej niż 9 tysięcy. Wynika z tego, że mieszkania przejmowane były za mniej niż jedną dziesiątą ich wartości.

Jak wynika z akt śledztwa, przejęte mieszkania M. sprzedawał notarialnie dwojgu swoim krewnym. Oboje usłyszeli w prokuraturze zarzut paserstwa, czyli kupowania rzeczy pochodzących z przestępstwa.

Grozi im za to do pięciu lat więzienia. Tylko śledztwo sprawiło, że mieszkania mogą wrócić do ofiar Łukasza M. (w świetle polskiego prawa czynność nie wywołuje skutków prawnych, jeśli stanowi przestępstwo).

Pożyczki nie do zwrócenia

Przejmowanie nieruchomości na podstawie nieuczciwych umów pożyczkowych to dla przestępców bardzo dochodowy proceder. Kluczową sprawą jest zawsze umowa, której zapisy z  pozoru są korzystne dla tego, kto chce pożyczyć pieniądze, ale zawierają niuanse pozwalające na oszustwo.

W Warszawie powstała w 2014 roku firma pożyczkowa, która oferowała „nisko oprocentowane chwilówki” adresowane głównie do emerytów.

Z umowy wynikało, że pieniądze pożyczane są pod zastaw mieszkania, ale firma może przejąć mieszkanie tylko wtedy, jeśli klient nie będzie terminowo spłacał rat. Raty były niskie, co dodatkowo kusiło.

Na czym polegało oszustwo? Na tym, że w umowie nie było numeru rachunku bankowego, na który należało przelewać pieniądze. Klient nie mógł więc zapłacić nawet pierwszej raty. Wówczas firma występowała do sądu i próbowała przejąć nieruchomość.

Udało się w ten sposób oszukać kilkanaście starszych schorowanych osób (jedna z nich zmarła na zawał serca, gdy dowiedziała się, że padła ofiarą oszustwa).

Przestępcy, którzy przejmowali mieszkania, natychmiast na wolnym rynku odsprzedawali je po zaniżonej cenie, a pieniądze transferowali na zagraniczne konta. Proceder ukróciło dopiero prokuratorskie śledztwo zakończone zarzutami.

To jednak nie zniechęciło przestępców, aby wymyślać następne sposoby na wyłudzanie nieruchomości. – Jeśli ktokolwiek namawia nas do  zaciągnięcia pożyczki pod zastaw mieszkania, to jest duże prawdopodobieństwo, że chce nas oszukać i przejąć mieszkanie – mówi detektyw Smorongowicz.

– W trudnej sytuacji lepiej zwrócić się o  pomoc do  rodziny lub przyjaciół, a nie do firmy oferującej tego rodzaju „chwilówki”. Prokuratura może oskarżyć oszustów, sąd może ich skazać, a mieszkanie może wrócić do oszukanej osoby. Jednak czasu, nerwów i zdrowia nikt nie zwróci.

LESZEK SZYMOWSKI "Angora"nr 28/2018

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: