Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Kraj przeżuwa klęskę na  mundialu na  różne sposoby. W ramach stałego zaklinania rzeczywistości propaganda rządowa już prawie wmówiła chociaż sobie, że to była nasza wygrana. Tak też wygląda okładka Sieci, na której widnieje wielkie zapewnienie: „Polska umie wygrywać” – z wykrzyknikiem. To dlaczego tego nie robi? – chciałoby się zapytać.

Hasło nie jest rojeniem samej redakcji, ale zostało wzięte z wywiadu, jakiego udzielił jej premier Mora itd. „Sukcesu nie było, to prawda” – przyznaje mimochodem i jest to jedno z prawdziwszych zdań w tej wypowiedzi, o ile nie jedyne. Potem bowiem jest tak: „Ale uważam, że mamy do czynienia z powolnym odradzaniem się polskiej piłki nożnej, tak jak powolnie odradza się polska myśl państwowa, solidarnościowa po zapaści lat 90. i 2000”. Skoro ta myśl odradza się tak, jak gra na meczu z Kolumbią, to każdy widzi, że lotna nie jest: nie tylko głową, ale nawet nogą nikt tam nie jest w stanie ruszyć.

 

Redakcja Sieci uznaje naszą postawę w Moskwie za – lekką i powierzchowną – przegraną reprezentacji, ale za sukces rządu. „Przemyślenie przyczyn porażki nałożone na pozytywne przemiany gospodarcze, cywilizacyjne i kulturowe pozwala optymistycznie myśleć o  przyszłości polskiej reprezentacji piłkarskiej” – przemyślenia pozwalają jej myśleć.

Zaprzęgnięcie do rządowej propagandy sukcesu ostatniego miejsca w słabej grupie na mundialu pozwala sobie wyobrazić, co  by  było, gdybyśmy z  mistrzostw wykopali choćby Senegal.

Uroczystości plemiennych, takich jak przy okazji sprowadzenia jednego amerykańskiego samolotu dla „Lotu”, byłoby mało. „Mazowsze” wykonało wokół niego swoje rytualne tańce, a wynajęty samolot pomalowano w nasze barwy i znaki; świętowano to jak zwycięstwo w Senegalu.

Jeśli więc w naszej mundialowej klęsce chcemy doszukać się dobrych stron, to może takich, że ominęło nas całkowite zapisanie piłkarstwa po stronie sukcesów rządu, co stało się jedynie częściowo.

Traktowanie klęski jako zwycięstwa skomentował w Newsweeku Krzysztof Materna: „W tej sytuacji porażki z Senegalem i Kolumbią to też zwycięstwa, a dopiero wygrana z Japonią – znikoma porażka”.

W wyniku dołączenia Morawieckiego do swej poprzedniczki, która uznała wynik głosowania w Brukseli 27:1 za nie najgorszy, Materna proponuje: „Uważam, że mógłby pan ożywić swoje garnitury jakąś broszką”. Porażka na boisku nie jest jedyną wygraną Mora itd., z jaką wpadł do Sieci.

Zalicza do nich także pozostawienie imigrantów innym krajom Europy. O ile można oczywiście zrozumieć wszelkie obawy związane z ich przyjmowaniem, o tyle uznanie pozostawienia imigrantów na zawsze na Morzu Śródziemnym za jakąś naszą wygraną nad Europą jest głęboko zawstydzające.

Premier cieszy się z  tego w  tym samym wywiadzie, w którym mówi, że „odradza się polska myśl państwowa, solidarnościowa”. Jedynie pod warunkiem, jeśli solidarność wywodzić od soliterności, bo słowo „soliter” w większości języków europejskich znaczy samotność, a po polsku także pasożyt.

Kolejnym zwycięstwem rządu, tj. nowelizacji doskonałej – przyjętej dopiero co – ustawy o IPN, dokonanej gorączkowo na kolanie prezesa Kaczyńskiego, nie będziemy się już zajmować, bo mamy zawrót główki od sukcesów.

Zauważmy jedynie, że  jeżeli ktoś na świecie powie teraz o „polskich obozach koncentracyjnych”, to  do  nich na trzy lata już nie pójdzie, jak przewidywała ta ustawa poprzednio.

Zmniejszenie sankcji może jednak do tego cudzoziemców na świecie ośmielać. Wiemy już, jak z porażkami radzi sobie rząd, a co ma zrobić normalny człowiek, kiedy widzi, jak tak odpadamy? Stara się znaleźć winnego.

W Newsweeku story o  parze Lewandowskich, która z uosobienia sukcesu stała się obiektem skrajnej niechęci. Byli „polskimi Beckhamami”, żeby w jednej chwili zostać zwykłymi chamami. Wszystkie śmiesznostki, jakie wybaczano im w chwilach wielkich, wyciąga się im teraz.

Po ich zachowaniu w Moskwie, jak mówi Karolina Korwin-Piotrowska, „nie chce się być po ich stronie”. Widzowie zobaczyli „jego twarz jak odlaną z betonu” i żenujące ustawki z ich migdaleniem się na oczach zniesmaczonego stadionu.

Do ludzi dotarło, że to wszystko zawsze było tylko na pokaz. Miliony śledziły nie ich życie – jak się im wydawało – ale efekt działania całej agencji marketingowej, stworzonej wyłącznie do tworzenia tej iluzji.

Kiedyś bowiem, jak ujawnia Newsweek, ich wizerunkiem zajmowały się zaledwie głupie cztery osoby, które do tego przestały wystarczać. Obecnie – kiedy jest najbardziej potrzebna –  cała ta  machina oniemiała.

Newsweekowi udało się z  pytaniem „co teraz?” dodzwonić do ludzi zatrudnionych wyłącznie do tworzenia wizerunku Lewandowskich, którzy obiecali oddzwonić, po czym przez cały dzień nie odbierali telefonu.

„Im więcej ludzi pracuje nad wizerunkiem Lewandowskich, tym bardziej ten wizerunek cierpi” – pisze Newsweek. Co tam jednak wizerunek – cierpią kibice!

Póki grał jak anioł, mógł się lansować w  najbardziej szmirowaty sposób. Sprawozdawcy mogli rozczulać się nad „śliczną główką Lewandowskiego”, z której miałaby zostać tylko – umyta odpowiednim szamponem – fryzura?

Ciężki, ciężki los, czasy Nawałki i Smuty. To znaczy Smudy

Michał Ogórek  "Angora" nr 28/2018 

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: