Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Nie ma pewności, czy jest w Polsce ktoś, kto rozumie, co naprawdę dzieje się w  polskim sądownictwie. Bo  w  deklarowaną misję ministra Zbigniewa Ziobry, który chce dokonać obiecanej w  kampanii wyborczej rewolucji poprzez zmiany wyłącznie kadrowe, nie wierzą już nawet młode wilczki w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Kadrowy walec przejechał przez prokuraturę, sądy niższych instancji oraz Krajową Radę Sądownictwa; przeorał Trybunał Konstytucyjny – instytucję niewielką, o abstrakcyjnych dla przeciętnego obywatela kompetencjach – i ruszył w stronę Sądu Najwyższego. Wtedy ktoś bystry spostrzegł, że znienacka zaczynają się schody. Walec więc przystanął. Nad problemem pochylili się zainteresowani. Problemem stała się pierwsza prezes sądu prof. Małgorzata Gersdorf, która okazała się podlegać dwóm nierównoważnym aktom prawnym. Ustawie i Konstytucji RP.

 

Ustawa decyduje, że sędzia, który wchodzi w wiek emerytalny, nie może sprawować prezesury, zaś Konstytucja RP daje prezes SN sześć lat nieograniczonej pracy na posadzie. Obie strony, czyli politycy i sędziowie, czytają oba akty prawne w ten sposób, by wychodziło na ich.

Powstał pat. Prezydent Andrzej Duda zaprosił więc do pałacu pierwszą prezes SN prof. Małgorzatę Gersdorf, z którą odbył uprzejmą rozmowę (co jest aktem niepowodującym konstytucyjnej odpowiedzialności) i przyjął do wiadomości, że pani prezes udaje się na urlop, a zastąpi ją w tym czasie sędzia Iwulski, który towarzyszył swej szefowej na spotkaniu u prezydenta.

Andrzej Duda nie krył zadowolenia, że Iwulski zastąpi Gersdorf, gdyż dyrektywa z Nowogrodzkiej była po żołniersku krótka i jasna: Gersdorf ma zniknąć.

Duda uznał więc kobietę za  emerytkę i pozbył się kłopotu, uznając jednocześnie, że zastępca pierwszej prezes automatycznie zostaje jej następcą, choć sensu nie miało to  żadnego.

Sędzia Iwulski jest bowiem od  Gersdorf starszy, więc i jego obejmują zapisy ustawy, którą według prezydenta można znosić artykuły ustawy zasadniczej.

Sponiewierana logika sprawiła, że tu i ówdzie zrodziła się myśl, iż strony się po cichu dogadały. Wszak bezkonfliktowe załatwienie sprawy jest korzystne dla wszystkich!

Po  miłym, niezobowiązującym spotkaniu strony się rozeszły w  poczuciu zadowolenia. Prezydent nie skalał się podpisaniem żadnego aktu prawnego, za co bez wątpienia trafiłby pod Trybunał Stanu.

Niemniej kilka godzin później prezydencki urzędnik Dera oświadczył mediom, że Andrzej Duda wysłał listy do 11 najstarszych sędziów, także do sędziów Naczelnego Sądu Administracyjnego, że szczęśliwie osiągnęli wiek emerytalny, więc pora im iść do domu odpocząć.

Takie pismo bez żadnego znaczenia w sensie prawnym (– To list informacyjny –  objaśnił minister Dera) otrzymała też sędzia Gersdorf.

Zatem zwolniona przepisem ustawy powinna złamać Konstytucję RP, która jest – jak nas uczono – aktem prawnym (naj)wyższym i nie może być znoszona aktem niższym.

To  przypominam celowo, bo podobnie jak kilka milionów Polaków niewiele rozumiem z gry o Sąd Najwyższy. Według Konstytucji RP Małgorzata Gersdorf nadal pozostaje pierwszą prezes Sądu Najwyższego.

I nie ma następcy, choć ma  zastępcę, gdyby chciała pójść na przykład na urlop. A sędzia Gersdorf na  urlop iść chce! I  od  tego poniedziałku jest na urlopie, więc Sąd Najwyższy nie ma szefa! Klasyczny unik, tylko po co?

Być może to gra na przeczekanie, a może prędzej na wyczekanie, orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w  sprawie przerwania jej kadencji.

Już raz Trybunał pokazał lwi pazur i sprawił, że rozchodzi się swąd, jaki pozostał po ministrze Szyszce i jego białowieskim wyrębie, może więc teraz okaże się, że miłująca prawo i sprawiedliwość ekipa rządząca znów się myli i musi wycofać się na niechciane pozycje.

Wtedy pani pierwsza prezes wróci z urlopu i znów będzie prezesowała.

Zastanawia tylko, dlaczego mając poparcie swego środowiska, wszak wsparło ją 63 sędziów zebranych na ostatnim Zgromadzeniu Ogólnym Sądu Najwyższego, uznając, że  Gersdorf pozostaje nas stanowisku jeszcze dwa lata, nie skierowano sprawy do rozstrzygnięcia  do  Trybunału Konstytucyjnego, który mógłby orzec, że  obowiązuje konstytucyjna sześcioletnia kadencja pierwszej prezes albo też że ważniejsza jest ustawa, która egzekwuje wiek sędzi, więc odsyła ją na emeryturę.

Byłby to nie lada zgryz dla nieprzepracowujących się sędziów Trybunału, którzy, albo okazaliby wierność konstytucji albo solidarność z politykami.

O co więc chodzi w bitwie PiS-u o Sąd Najwyższy? Trudno powiedzieć. Jeszcze trudniej zrozumieć. Niejasny i  budzący uczucie zawodu był wynik spotkania u prezydenta Dudy.

Zamiast się postawić i powiedzieć prezydentowi, że łamie konstytucję, pani pierwsza prezes gaworzyła o urlopie i sędzim, który ją w tym czasie zastąpi.

Czy nie mają więc racji komentatorzy, upatrujący w tym tajnego porozumienia się pani pierwszej prezes z PiS-em? Osobiście w taki obrót rzeczy wątpię, bo sytuacja raczej przypomina ostatnie minuty meczu Polska – Japonia.

Pamiętamy te chwile, kiedy jedni zawodnicy piłkę sobie podawali tylko między sobą, zaś drudzy stali jak manekiny, nie krzesząc z siebie wysiłku, by dla pozoru do piłki choćby podbiec.

To mało eleganckie zachowanie, dalekie od fair play, gwarantowało jednym i drugim bezpieczny finał, w którym korzystne było uniknięcie utraty bramki.

Tak wygląda dziś kampania o Sąd Najwyższy. Obie strony, czyli władza wykonawcza i Sąd Najwyższy, ostatni bastion niezależnego sądownictwa, sprawiają wrażenie, że zakiwały się na amen. Straciły wolę walki.

I nikt nie chce już rzucać się do indywidualnej akcji, bo można więcej stracić niż zyskać. Lepiej więc przeczekać...

I to by było na tyle, mawiał niezapomniany Jan Tadeusz Stanisławski...

HENRYK MARTENKA "Angora" nr 28/2018

 

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: