Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Tajskie media ogłosiły, że stał się cud. Po dziesięciu dniach odnaleziono 12 chłopców i ich trenera, którzy 23 czerwca zaginęli w jaskini Tham Luang Nang Non. Dzieci znajdują się 800 metrów pod ziemią, jakieś 4 km od wejścia do pieczary, dostają żywność, lekarstwa i napoje. Ale wyprowadzenie ich na powierzchnię będzie trudnym przedsięwzięciem i może potrwać długo. Trwa dramatyczny wyścig z czasem i wodą.

Jest, niestety, pierwsza ofiara śmiertelna operacji ratowniczej. W  piątek 6 lipca o godz. 2 nad ranem czasu miejscowego podczas akcji stracił życie nurek Saman Kunan, 37-letni ochotnik, były żołnierz elitarnej jednostki tajskiej marynarki wojennej. W pieczarze stracił przytomność, gdy skończył mu się tlen. Podjęte przez kolegów próby reanimacji skończyły się niepowodzeniem. Kunan zginął, wynosząc puste zbiorniki tlenu. Chłopcy w wieku od 11 do 16 lat z  drużyny piłkarskiej „Dzik” weszli do jaskini o długości 10 kilometrów znajdującej się w prowincji Chiang Rai, w północnej części kraju. Przed wejściem do jaskini zostawili rowery i plecaki, zdjęli obuwie. Byli po treningu, a w jaskini zamierzali zostawić na skalnej ścianie odciski dłoni w ramach zwyczajowego rytuału inicjacyjnego. Według niektórych weszli do groty sami, a trener poszedł ich szukać.

 

Mieli latarki, trochę prowiantu i wody. Jaskinię już trochę zalewała woda, więc młodociani sportowcy brodzili, ale byli pewni, że powrócą bezpiecznie. Zniknęli w mroku i ślad po nich zaginął.

I wtedy zaczęły się ulewne deszcze monsunowe, niezwykłe nawet jak na tajską porę deszczową trwającą od czerwca do września lub października. Woda błyskawicznie wypełniła wąskie korytarze.

„Dziki” wraz z 25-letnim opiekunem nie mogli już wrócić, pozostała im tylko ucieczka w głąb góry porośniętej gęstym tropikalnym lasem.

Rodziny zaginionych oraz strażnicy parku narodowego Khun Nam Nang Non, którzy spostrzegli rowery i  plecaki przed wejściem do Tham Luang, wszczęli alarm. 23 czerwca rozpoczęto akcję ratowniczą, która szybko zmieniła się w największą i najbardziej niezwykłą operację w historii. Bierze w niej udział ponad tysiąc osób – żołnierzy, geologów, speleologów, grotołazów, ochotników.

Na pomoc pospieszyli specjaliści z Chin, Japonii, Australii, Holandii, Birmy. Stany Zjednoczone przysłały około 30 komandosów ze  sławnej jednostki 17 Air Force, z  Wielkiej Brytanii przybyło trzech wytrawnych nurków jaskiniowych, mających za  sobą wiele udanych akcji ratowniczych.

Rodziny zaginionych czekały bezradnie przy wejściu do pieczary, a duchowni różnych religii wznosili modły, błagając niebiosa o wsparcie.

Ale nawet najlepsi nurkowie, wybrani z wybranych, mieli ogromne kłopoty. W wąskich zatopionych labiryntach widoczność w wodzie jest bliska zeru i nawet silne źródła światła niewiele  pomagają, a na dodatek nurkami miotają potężne prądy.

Podjęto próbę obniżenia poziomu wody za  pomocą kilkudziesięciu wydajnych pomp przemysłowych, ale te wysiłki na niewiele się zdały.

W pewnym momencie poziom wody wzrósł do tak niebezpiecznego poziomu, że trzeba było wycofać ludzi i przerwać pompowanie. Nie udało się też znaleźć innego wejścia do jaskini.

Eksperci pocieszali, że pod ziemią panują relatywnie wysokie temperatury (do 25 stopni Celsjusza), a chłopcy mają dostęp do  wody kapiącej ze  stalaktytów. W takich warunkach zaginieni mogą przeżyć tygodnie.

Mimo tych zapewnień ratownicy i bliscy dzieci powoli tracili nadzieję.

Ale akcję ratowniczą prowadzono z ogromną energią. 30 czerwca przestał padać deszcz i nurkowie brytyjscy oraz ich tajscy koledzy z doborowego oddziału marynarki wojennej zwani „Fokami” (ang. Navy Seals), przystąpili do dzieła, czyli penetracji podziemnej komory Pattaya Beach, w której, jak przypuszczano, nastolatkowie znaleźli schronienie.

Ratownicy z narażeniem życia przedzierali się przez wąskie korytarze całkowicie zalane wodą.

Odnalezieni w mroku

W poniedziałek 2 lipca dwaj nurkowie brytyjscy, John Volanthen i Rick Stanton, dotarli do Pattaya Beach, lecz nie znaleźli nikogo, ta komora była już częściowo zatopiona.

Ratownicy ruszyli dalej, choć zostało im tylko pięć metrów liny. Już mieli zawrócić, gdy spostrzegli dzieci siedzące wraz z opiekunem na półce skalnej w miejscu zwanym z powodu osobliwego kształtu Noen Nom Sao, co mniej więcej znaczy Kobiece Piersi. Była godzina 21.38.

Wywiązała się wtedy niezwykła rozmowa.

Ratownik: – Ilu was jest?

Chłopcy: – Trzynastu.

Ratownik: – Trzynastu? To wspaniale!

Ratownik: – Nas jest dwóch. Musieliśmy nurkować.

Ratownik: – Nadchodzimy. Wszystko jest OK. Przybędzie wielu ludzi.

Chłopcy: – Jaki jest dziś dzień?

Ratownik: – Poniedziałek. Byliście tu dziesięć dni. Jesteście silni. Bardzo silni.

Do tej pory dzieci, ubrane w stroje piłkarzy angielskich, zgodnie z tajskim obyczajem starały się zachowywać wobec dorosłych z szacunkiem i powściągliwie.

Ale w pewnej chwili jeden z nastolatków zwrócił się po tajsku do kolegi: – Powiedz im, że jesteśmy głodni.

– Nic nie jedliśmy – rzekł chłopiec po tajsku. A potem po angielsku: – Musimy jeść, jeść, jeść! Inny uspokajał go, że to już zostało powiedziane.

– Jutro przybędą „Foki” z żywnością, lekarzem i wszystkim innym. Macie tu światło? Damy wam więcej latarek – zapewnił jeden z ratowników.

Angielscy śmiałkowie wyruszyli w drogę powrotną do bazy wypadowej, którą założono w trzeciej komorze pieczary. Ale dotrzymali słowa.

Nazajutrz, we wtorek 3 lipca, nurkowie marynarki dotarli do Noen Nom Sao. Byli z nimi lekarz i pielęgniarz. Ratownicy przywieźli wysoko proteinową żywność w płynie, napoje z elektrolitami, antybiotyki, środki przeciwbólowe, latarki.

Do jaskini pompowany jest tlen. Medycy ogłosili, że chłopcy wprawdzie są wycieńczeni, ale ogólnie zdrowi. Młodociani piłkarze pytali tajskich komandosów, kto awansował do ćwierćfinału mistrzostw świata. – Ciągle pytają o mundial.

Powiedziałem im, że wszystkie sławne reprezentacje zostały już odesłane do domu – relacjonował jeden z żołnierzy. W środę tajska marynarka wojenna opublikowała na Facebooku nagranie pokazujące odnalezionych nastolatków.

Na  filmie można zobaczyć chłopców owiniętych w koce z folii izotermicznej.

Każdy z nich, patrząc do kamery, wypowiada pozdrowienie „wai”, zgodnie z tajskim obyczajem składa ręce, pochyla głowę, przedstawia się z imienia i mówi: „Mam się dobrze”.

W jaskini zostanie położona linia telefoniczna, dzięki której chłopcy będą mogli rozmawiać z bliskimi.

Radość po „cudzie”

Wśród ratowników, a  także wśród rodzin nastolatków doszło do eksplozji radości. Panupat Vibulrungreung, wujek 11-letniego piłkarza o imieniu Chanin, obiecywał:

– Gdy tylko chłopiec wydostanie się na powierzchnię, kupię mu rower. Chanin zawsze marzył o rowerze, sam będzie mógł wybrać sobie w sklepie. Wokół „cudownego ocalenia” zaczęły powstawać legendy.

Za jednego z ojców sukcesu uznano wybitnego buddyjskiego mnicha o imieniu Kruba Boonchum Yannasangwalo, który odprawił przed pieczarą stosowne rytuały.

Wcześniej, 27 czerwca, właścicielka restauracji Nattanuch Prasertong ogłosiła na Facebooku, że we śnie ukazała się jej bogini Nang Non, która powiedziała, że nie wypuści chłopców z jaskini, dopóki mnich buddyjski nie pomodli się przed podziemnym światem, aby zmienić karmę.

W baśni Nang Non była księżniczką, która zaszła w ciążę ze stajennym. Dziewczynę zabił jej rozgniewany ojciec, a krew księżniczki zmieniła się w wodę w pieczarze.

Podczas akcji ratowniczej Kruba Boonchum Yannasangwalo przepowiadał, że chłopcy zostaną odnalezieni, co rzeczywiście się stało.

Tham Chanthawong, ciotka trenera nastoletnich piłkarzy, którym jest Ekkapol Chanthawong, cieszyła się jak mała dziewczynka: – Kiedy tylko wróci, wezmę go w objęcia. Ileż to sekund upłynęło w czasie tych 10 dni? Tęskniłam za nim w każdej, w każdej sekundzie.

Tham Chanthawong wychowała Ekkapola, który w wieku 7 lat stracił rodziców i brata, ofiary epidemii. – Był smutnym i samotnym chłopcem, dopóki nie został wysłany do klasztoru buddyjskiego. Tam nabrał siły – opowiadała Tham Chanthawong.

Kiedy młodociani sportowcy zostali uwięzieni przez wodę w jaskini, trener Ekkapol Chanth awong uczył ich technik medytacji, aby nie poddali się strachowi.

Polecił im także, żeby leżeli nieruchomo, aby nie tracić energii. W czwartek 5 lipca poinformowano, że nastolatkowie przez cały czas przebywali w komorze Pattaya Beach, i dopiero kilka godzin przed nadejściem ratowników, ścigani przez wodę, wycofali się do Noen Nom Sao.

To miejsce ma około ośmiu metrów szerokości i trzy wysokości. Ale za dziećmi jest tylko skała. Stąd nie ma ucieczki.

Według niektórych informacji trener jest najsłabszy z całej grupy, bowiem nic nie jadł. Rozdzielił całą żywność między chłopców.

Zdążyć przed deszczem

Tak więc po  godzinach radości powrócił niepokój. Zaginieni żyją, ale jak ich wyprowadzić?

Kapitan tajskiej marynarki wojennej Anand Surawan i inni sugerowali, że w „najgorszym scenariuszu” chłopcy będą musieli pozostać pod ziemią do czterech miesięcy, aż skończy się pora deszczowa i wody opadną.

Ale taka możliwość nie została wzięta pod uwagę. Teoretycznie organizmy i psychika nastolatków powinny wytrzymać nawet tak długie „więzienie”, ale wiele wskazuje na to, że niebezpieczeństwo się zbliża.

Synoptycy zapowiadają kolejne ulewy, więc miejsce, w którym schronili się młodociani piłkarze, może zostać zatopione. –  Prowadzimy wyścig.

Jeśli powrócą deszcze i poziom wody zacznie wzrastać, musimy obliczyć, ile pozostało jeszcze czasu.

Ile mamy godzin, ile mamy dni? – takie pytania stawiał Narongsak Osotthanakorn, dowodzący akcją ratowniczą gubernator prowincji Chiang Rai.

Władze zdecydowały więc, że dzieci zostaną nauczone podstawowych technik nurkowania i  tak wydostaną się z pułapki. Chłopcy dostali już maski nurków i rozpoczęli szkolenie.

Akcja będzie się odbywać etapami, weźmie w niej udział tylko ten, kto będzie „w 100 procentach gotowy”. Władze przyznały w końcu, że trzech chłopców jest mocno osłabionych.

Ale czy taki ratunek może się udać? Śmierć ratownika, doświadczonego byłego komandosa jednostki UDT, świadczy o tym, jak wysokie jest ryzyko.

Większość „Dzików” nie umie nawet pływać. Specjaliści przewidują, że nastolatek w masce lub hełmie zakrywającym całą głowę, do którego tłoczone jest powietrze, będzie powoli przesuwał się pod wodą, trzymając się rozciągniętej uprzednio solidnej liny, asekurowany przez dwóch nurków – jednego z przodu, drugiego z tyłu.

Niektórzy eksperci – jak Amerykanin Cade Courtley, weteran elitarnej jednostki Navy Seals, specjalizującej się w operacjach podwodnych i desantowych – ostrzegają jednak, że taka ucieczka z  uwagi na  ekstremalnie trudne warunki panujące w pieczarze skończy się śmiercią kilku chłopców.

Courtley uważa, że najpierw należy podjąć próbę obniżenia poziomu wody za  pomocą potężnych pomp o  wydajności tysiąca galonów na minutę. Operacja pompowania rzeczywiście trwała przez cały tydzień.

Niestety, choć pompy usuwały 180 tysięcy litrów wody na godzinę, niektórzy ratownicy amatorzy pracowali tak nieudolnie, że kierowali wodę z powrotem do pieczary.

W czwartek 5 lipca udało się obniżać poziom wody o centymetr na godzinę. Zatamowano strumienie, z których woda spływała do jaskini.

Stopniowo osuszono półtora kilometra podziemnych korytarzy, ale wielu obawia się, że jeśli spadną zapowiedziane deszcze, może dojść do tragedii.

Być może uda się ocalić chłopców, działając od góry. Uwięzieni 800 metrów pod ziemią opowiadali, że słyszeli szczekanie psów i pianie kogutów. Niewykluczone, że istnieje inne wejście do pieczary, przez które uda się przeprowadzić ewakuację.

Tego otworu na zboczach góry szuka 30 zespołów ratowniczych, śmigłowce i drony.

Somboon Sompiang jai, którego 16-letni syn Peerapat uwięziony jest w pieczarze, nie traci ducha. Jest pewien, że doświadczeni komandosi wyprowadzą chłopców na powierzchnię:

– Nie zmartwię się, jeśli dzieciaki będą musiały nurkować i pływać – powiedział ojciec. Na filmie widać było, że chłopcy są w dobrych nastrojach, nawet po wielu dniach spędzonych w podziemnym mroku.

Międzynarodowa Federacja Piłkarska FIFA 6 lipca poinformowała, że jeśli chłopcy zostaną szczęśliwie wyprowadzeni z jaskini, wraz z trenerem zostaną zaproszeni na finałowy mecz mundialu.

7  lipca poinformowano, że  trener i chłopcy wysłali krótkie listy do rodzin.

„Dziękuję wszystkim za  wsparcie moralne i  przepraszam wszystkich rodziców” – napisał Ekkapol Chanthawong.

15-letni Nick wyznał: „Kocham cię, mamo, kocham cię, tato. Gdy stąd wyjdę, chcę urządzić grilla”. Jego przyjaciel, 14-letni Brew, pocieszał rodziców: „Nie martwcie się, po prostu zniknąłem na dwa tygodnie. Kiedy wrócę, codziennie będę wam pomagał w sklepie".

(KK) "Angora" nr 28/2018  Na podst.: The Bangkok Post, BBC, Reuters, AP, The Guardian

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: