Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Nowe unijne przepisy doprowadzą do ograniczenia materiałów zamieszczanych w sieci, do masowej inwigilacji i cenzury. Najbardziej popularni w internecie artyści, tacy jak Adele czy Taylor Swift, ruszą po milionowe odszkodowania do platform typu YouTube. Zaś memy wykorzystujące objęte prawami autorskimi dzieła sztuki, fotografie, ujęcia z filmów lub programów telewizyjnych, przejdą do historii.

Komisja Prawna Parlamentu Europejskiego (JURI) zagłosowała za regulacjami mającym położyć kres kradzieży własności intelektualnej w internecie. Według Unii zasada godziwej zapłaty za pracę artystyczną powinna obowiązywać każdego i wszędzie – czy to w świecie fizycznym, czy wirtualnym. A  ponieważ ostatnie zmiany przepisów dotyczących ochrony własności intelektualnej w sieci były przyjęte 17 lat temu, więc są już bardzo przestarzałe.

– Dzisiejszy internet jest zasadniczo inny niż ten w 2001 roku – mówi niemiecki eurodeputowany Axel Voss, stojący na czele zespołu przygotowującego przepisy. Słuszny cel, czyli zapewnienie twórcom należnych zysków z publikacji ich dorobku, okazał się jednak trudny do osiągnięcia. Unijne pomysły wylewają dziecko z kąpielą.

Dokument o nazwie „Dyrektywa dotycząca Praw Autorskich na Jednolitym Rynku Cyfrowym” jest bez litości krytykowany przez internautów, internetowe przedsiębiorstwa, prawnicze autorytety i pionierów internetu.

Siedemdziesiąt osobistości z sir Timem Bernersem-Lee,  brytyjskim fizykiem i  programistą, twórcą usługi WWW, oraz założycielem Wikipedii, Jimmym Walesem na czele, napisało list otwarty ostrzegający, że ryzyko wprowadzenia przepisów przeważa nad korzyściami.

Nazwali dyrektywę bezprecedensowym krokiem w kierunku zmiany internetu z otwartej platformy udostępniania i innowacji w narzędzie do zautomatyzowanego nadzoru i kontroli jego użytkowników.

Kontrowersje budzi szczególnie art.13 zwany podatkiem od Google. Do tej pory firmy nie były karane za naruszenie praw autorskich, jeśli ktoś wysłał na ich platformę obrazek, film, czy muzyczny remix zawierający fragment cudzego utworu. Artykuł 13. ma to zmienić.

Wymaga bowiem, aby wszystkie treści publikowane przez Europejczyków na portalach i stronach internetowych były filtrowane. W rezultacie Facebook, YouTube czy Google będą zmuszone do zbudowania złożonego systemu automatycznego skanowania treści, sprawdzającego każdy nadesłany materiał, zanim zostanie on udostępniony.

Gdy system znajdzie jakieś zapożyczenie z  dzieła objętego prawami autorskimi, materiał zostanie odrzucony. Jeśli firma tego nie zrobi, będzie pociągnięta do odpowiedzialności.

Dla takich potentatów jak Facebook, który ma 2,19 miliarda użytkowników miesięcznie, to zadanie wykonalne. Małe platformy nie poradzą sobie finansowo, będą więc karane, i w rezultacie zamykane. Artykuł 13. to kolejne prawo promujące gigantów, twierdzą krytycy ustawy.

– Podatek od Google jest przykładem tego, jak prawa autorskie zostały wypaczone – mówi dr Eoin O’Dell, profesor z dublińskiego Trinity College.

– Historycznie ochrona praw autorskich miała być nagrodą za kreatywną, innowacyjną pracę. Jednak efektywnie, pod wpływem dużych firm, stała się modelem biznesowym.

Ich zdaniem zautomatyzowany system kontroli nie jest dobrym sposobem egzekwowania prawa, bo  inwigiluje się wszystkich, a nie tylko tych, którzy je łamią. Wątpliwości budzi też skuteczność takiego systemu.

Istniejące dziś narzędzia – obsługiwane oczywiście przez największe firmy – wciąż błędnie identyfikują materiały chronione prawem autorskim i wiele zupełnie niewinnych utworów oraz niewinnych internautów jest wyrzucanych z portali. Algorytmy nie są w stanie właściwie oceniać treści.

Na przykład jeśli w filmie zamieszczonym na YouTube występuje człowiek w koszulce z nadrukiem przedstawiającym okładkę płyty jakiegoś zespołu, program może zablokować wyświetlanie filmu, bo uzna nadruk za dzieło chronione.

Kolejny sporny punkt unijnej Dyrektywy, artykuł 11., z pozoru brzmi słusznie – platformy będą musiały płacić za  umieszczanie linków do materiałów chronionych prawem autorskim.

I tak Google musi kupić licencję od wydawców wiadomości, gdy cytując fragmenty tekstów, na  przykład z  internetowych wydań gazet, będzie zamieszczał do nich linki.

Sęk w tym, że Google na to stać, a mniejszych firm już nie. Małe agregatory wiadomości pobierające artykuły z różnych źródeł wymrą.

Wydawcy prasy też mogą stracić wielu czytelników, gdy znikną linki odsyłające do ich portali.

Europosła Axela Vossa ten problem nie martwi: – Jeśli prasa jest zależna od wyszukiwarek, silnych firm, to po prostu nie mamy już niezależnej prasy.

W Komisji Prawnej za ustawą opowiedziało się 14 posłów, przeciwko było 9. To źle wróży ostatecznemu głosowaniu w Parlamencie Europejskim.

(EW) "Angora" nr 27/2018 Na podst.: Irish Times, Deutsche Welle, Daily Mail

Zamieszczamy,  w celach informacyjno-edukacyjnych, mniej niż 10% przedruków  zawartości   ANGORY. Do poczytania kilkadziesiąt ciekawych  stron https://www.angora.com.pl  lub wydanie papierowe  w każdy poniedziałek. Cena tylko 5 zł.                                                                                                       

   Tygodnik ANGORA dostępny  również na iPad i iPhone darmowa aplikacja.

 Wpisz w przeglądarkę: https://itunes.apple.com/app/tygodnik-angora/id428646005

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: