Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

W ubiegłym tygodniu w Tajlandii prowadzona była dramatyczna akcja ratownicza. Ponad tysiąc żołnierzy, policjantów, geologów, kartografów, ochotników usiłowało odnaleźć dwunastu chłopców oraz ich opiekuna, którzy zaginęli w jaskini Tham Luang. Do akcji włączyli się czterej najlepsi nurkowie brytyjscy oraz około 30 amerykańskich specjalistów wojskowych z Hawajów. Na  pomoc przybyli eksperci z Australii, Japonii i Chin. Użyto dronów, podwodnego robota i psów tropiących.

W ulewnym deszczu zalewającym pieczarę toczył się rozpaczliwy wyścig z czasem. Mnisi buddyjscy, duchowni muzułmańscy modlili się o ocalenie dzieci. Szamani odprawiali rytuały, aby uśpić drzemiące pod ziemią złe moce. Złożono ofiary miejscowej bogini Nang Non. Jaskinia Tham Luang ukryta jest w masywie górskim w północnej części kraju w pobliżu granicy z Mjanma (Birma). Składa się z rozległych komór połączonych wąskimi korytarzami, ma około 10 km długości.

 

Pieczara stanowi atrakcję turystyczną; wiadomo jednak, że w porze deszczowej, która trwa od  czerwca do  października, często zalewana jest przez wodę. Przed tym niebezpieczeństwem ostrzegają ustawione przy wejściu znaki.

W pobliskim mieście Chiang Rai działała amatorska młodzieżowa drużyna piłkarska Moo Pa (Dzik). Zawodnicy w wieku od 12 do 16 lat często wędrowali po jaskini. Weszli do pieczary także w sobotę 23 czerwca po południu.

Wcześniej rozegrali mecz. Nastolatkami opiekował się 26-letni trener Ekkaphol Chantharawong. Mieli ze sobą trochę prowiantu i pochodnie. Zniknęli w mrocznych korytarzach i nikt więcej ich nie widział.

Nagle z ciemnych chmur spłynęły strumienie wody, zaczął padać deszcz, jakiego dawno nie widziano. Woda błyskawicznie zalała wejście do jaskini i dzieci ze swym opiekunem nie mogły już się wydostać.

Kilka godzin później strażnik parku narodowego odnalazł pozostawione przed pieczarą rzeczy – rowery, plecaki, buty piłkarskie – i wszczął alarm. Zaniepokojone brakiem kontaktu rodziny chłopców zawiadomiły władze.

Tego samego dnia wieczorem rozpoczęto operację ratowniczą. Pod Tham Luang założono obóz z agregatami prądotwórczymi. Zainstalowano 17 700 metrów wodoszczelnych kabli.

Szybko okazało się, jak bardzo zadanie ratowników jest trudne. Nie było widać końca ulewy. Sprowadzono ok. 50 potężnych pomp przemysłowych, ale nawet one nie obniżyły poziomu wody, który w środę wzrastał z szybkością 15 cm na godzinę.

W czwartek masy wody stały się tak niebezpieczne, że nurkowie tajskiej marynarki wojennej wycofali się z jaskini i trzeba było na kilka godzin przerwać pompowanie.

Także doświadczeni nurkowie brytyjscy nie zdołali wejść daleko – zatrzymały ich silne prądy. W jaskini panuje mrok, a widoczność w zamulonej wodzie przypominającej zimną kawę wynosi zaledwie kilka centymetrów, więc nawet wytrawni nurkowie nie potrafią wiele zdziałać.

Eksperci pocieszali, że  w  jaskini panuje relatywnie wysoka temperatura (do 25 stopni Celsjusza), zaś przez porowatą ścianę piaskowca przedostaje się tlen, więc jeśli chłopcy dotarli do położonego wyżej suchego miejsca, czyli trzeciej komory zwanej Pattaya Beach, mogą przetrwać długo.

Ratownicy znaleźli na ścianach pieczary błotniste ślady dłoni i stóp, które zapewne zostawiły dzieci. Przed jaskinią zebrali się rodzice zaginionych.

Niektórzy próbowali zachować spokój. Sudsakorn Sutham, ojciec chłopca o imieniu Prachak, powiedział: „Sytuacja staje się coraz lepsza. Akcja ratownicza prowadzona jest na  wielką skalę.

Jestem pewien, że znajdą mojego syna, pewien na milion procent, że przeżyje. Jest przecież silny, to sportowiec, piłkarz”.

Inni błagali z płaczem: „Wróć do mamy”, „Wróć do taty”. Ratownicy za pomocą dronów poszukiwali innych wejść do jaskini, jednak wysiłki te utrudniał porastający górę gęsty las.

Wiercono otwory, aby dostać się przez nie do pieczary, a także inne, przez które miała spłynąć woda. Ale nie osiągnięto wiele. Istnieją obawy, że wiercenia spowodują zawalenie się sklepienia jaskini.

Przez kilka otworów wrzucono do  pieczary dziesiątki plastikowych „pudełek survivalowych”, w  których umieszczono żywność, wodę, lekarstwa, telefony komórkowe, a  także mapy.

W  pudełkach znajdowały się też instrukcje zalecające, aby chłopcy zaznaczyli na mapie miejsce, w którym się znajdują, i postarali się odesłać pudełka wraz z nurtem wody. Nie było jednak żadnej odpowiedzi.

Na miejscu akcji pokazywali się różni dygnitarze i szefowie policji. W piątek przybył premier Prayuth Chan-Ocha. Szef rządu zadeklarował: „Potrzebna jest wiara. To wiara sprawia, że wszystko kończy się sukcesem”.

Komentator dziennika „The Bangkok Post” zasugerował, że operacja ratownicza zmieniła się w narodowy spektakl, a politycy wykorzystują tragedię do zdobycia popularności. Nikt jeszcze nie traci nadziei.

Eksperci podkreślają jednak, że nawet jeśli uda się odnaleźć dzieci, wyprowadzenie ich z jaskini stanie się możliwe dopiero wtedy, gdy wody opadną.

Trzeba więc będzie zaopatrywać uwięzionych pod ziemią przez wiele tygodni. W sobotę 30 czerwca deszcz wreszcie ustał. Nurkowie tajskiej marynarki wojennej przygotowali się do wejścia do komory Pattaya Beach.

(KK)  "Angora" nr 27/2018 Na podst.: The Bangkok Post, BBC, CNN, Reuters, AFP

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: