Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Sąd będzie musiał odpowiedzieć na niełatwe pytanie: w czyim interesie mogło leżeć faszerowanie komputera Piotra T. tysiącami pedofilskich zdjęć i filmów? I czy ktokolwiek mógłby to robić przez kilka lat? Działająca na znanym portalu społecznościowym grupa „#Uwolnić Piotra” nie ma  wątpliwości: oskarżany o  posiadanie i  udostępnianie pedofilskich zdjęć oraz filmów Piotr T. jest niewinny. Zdjęcie słynącego ze  skuteczności specjalisty od  kreowania wizerunku, nauczyciela wielu polityków i ulubieńca mediów zawisło obok fotki Tomasza Komendy, niesłusznie skazanego za gwałt i morderstwo, wypuszczonego po osiemnastu latach spędzonych w więzieniu. – Ta historia niczego was nie nauczyła! – krzyczy podpis pod zdjęciami, lecz zwolennicy Piotra T. zapominają, że w tej sprawie sąd dopiero zabierze głos. Jeden z najgłośniejszych procesów ostatniej dekady z  pedofilią w  tle właśnie się rozpoczął.

 

Psychoza pedofilii

Rodzina Piotra T. mówi, że  było to rutynowe, choć dobrze płatne, szkolenie.

A  że  na  sprzedaż czekało też jedno z jego mieszkań – Piotr w październiku zeszłego roku postanowił przyjechać do Polski z Azji, gdzie od  dawna spędzał większość czasu ze  swoją nową dziewczyną, 20-letnią Kambodżanką.

Czy aby na pewno 20-letnią? Kiedy zdjęcia niezwykle młodo wyglądającej Azjatki wywołały kilka miesięcy wcześniej burzę w kolorowych pismach, na plotkarskich portalach i internetowych forach, spekulacje próbował przeciąć sam Piotr T. „Jakaś potworna w Polsce psychoza pedofilii...

Ośmieliłem się zakochać ze wzajemnością (...) w pełnoletniej, 20-letniej Kambodżance, która śmie wyglądać jak większość Azjatek na młodszą niż jest, i która jest o trzydzieści kilka lat ode mnie młodsza (...).

Jeśli pedofilią jest związek dwojga pełnoletnich ludzi z ewentualnie tylko dużą różnicą wieku i wyglądem kobiety trochę młodszym niż jej rówieśnic w Polsce, to, Kochani Moi, ja nie mam nic przeciwko temu” – napisał na jednym z portali.

21 października ub.r., w  hotelu na warszawskim Okęciu, podczas szkolenia dla menedżerów firmy ubezpieczeniowej, do  sali weszło dwóch policjantów. Poczekali, aż wykładowca skończy i pokazali mu postanowienie prokuratora o zatrzymaniu.

Piotr T. usłyszał zarzut – posiadanie i udostępnianie materiałów pedofilskich. Według relacji osoby znającej kulisy śledztwa, 55-letni dziś T. nie był zaskoczony. Może dlatego, że nie był to pierwszy raz.

Pierwsze rysy na  wizerunku specjalisty od  wizerunku pojawiły się w  2007  r. podczas policyjnej akcji dotyczącej ściągania i  zamieszczania w internecie „treści pornograficznych z  udziałem nieletnich”.

Policja miała namierzyć komputer Piotra T., ale po  zatrzymaniu i  przesłuchaniu go w charakterze świadka mężczyznę zwolniono, a na komputerze i zarekwirowanych płytach CD nie znaleziono nic zakazanego.

Kolejny cios Piotr T. otrzymał blisko trzy lata temu – w ramach antypedofilskiej akcji niemiecka policja przekazała polskiej numery IP komputerów, na które ściągano dziecięcą pornografię.

Wśród nich był m.in. komputer T. Specjalistę od wizerunku znów przesłuchano, znów w charakterze świadka i  znów bez zarzutów zwolniono do domu.

– Musiałbym być kompletnym zboczeńcem i idiotą, by trzymać u siebie coś takiego – zapewniał wówczas T., dodając, że na jego laptopa lub pendrive’y ktoś musiał „podrzucić lub próbować podrzucić” pedofilskie treści.

Zarekwirowanych urządzeń policja jednak wówczas nie oddała, a dziś wiemy, że przez kolejne miesiące informatycy badali ich zawartość.

Przede wszystkim dawną, czyli taką, którą posiadacz usunął, ale miejsca po niej na dysku nie zapisał innymi danymi. Krok po kroku eksperci analizowali elektroniczne ślady, odzyskując pedofilskie zdjęcia i filmy.

W wyniku ich pracy w październiku ub.r. Piotr T. usłyszał po zatrzymaniu zarzuty posiadania oraz udostępniania filmów i zdjęć o charakterze pedofilskim, za co grozi mu 12 lat więzienia.

Decyzją kolejnych sędziowskich składów nauczyciel prominentnych polskich polityków spędził ostatnie osiem miesięcy w areszcie, czekając na proces.

Dom otwarty

–  Spodziewałem się, że  ABW lub CBA kiedyś mnie zaatakuje, ale ten argument zatrzymania, czyli treści z  udziałem nieletnich, po  prostu ściął mnie z nóg – w jednym z najpopularniejszych telewizyjnych programów Piotr T. oprowadza dziennikarza po obejściu domu tuż po zatrzymaniu w 2007 r.

– Wcieliłem się w rolę typowego zatrzymywanego bandyty i otworzyłem im w slipkach, bo ich zawsze w slipkach zatrzymują. Policjantów było ośmiu, przeszukali wszystko i wszystkich z  wyjątkiem Jarosława i  Lecha oraz pałacu, który wybudowałem dla tego ostatniego.

To był duży błąd – kpi Piotr T., wskazując dwa kaczory przechadzające się dumnie przed drewnianą kaczą budką.

– Chciałem podkreślić, że przez moje zatrzymanie Lech i Jarosław były cały dzień głodne, co  jest niewybaczalne – żartuje, by po chwili, już na poważnie, odpierać podejrzenia śledczych.

– Wiem jedno: żadnych materiałów z  nieletnimi, zwierzętami czy sadomaso nikt nigdy na moich nośnikach nie znajdzie, bo znam siebie 44 lata i takimi materiałami nigdy nie byłem zainteresowany –  Piotr T. po wyjściu z przesłuchania całuje bliskich, a obok niego stoi m.in. znany detektyw Krzysztof Rutkowski, który dodaje, że niejedną imprezę z niejedną dziewczyną spędził w towarzystwie Piotra T.

W reportażu występują też najbardziej znani znajomi i klienci specjalisty od wizerunku, m.in. Andrzej Lepper, Leszek Miller czy lider zespołu Ich Troje Michał Wiśniewski.

Prócz nich – przypomnijmy –  specjalista Piotr T. miał uczyć „mowy ciała”, kreowania pozytywnego wizerunku i  innych technik skutecznej komunikacji m.in. Mariana Krzaklewskiego i Michała Kamińskiego.

Piotr T. był jednak w błędzie. A kiedy śledczy blisko dekadę później odzyskali z jego komputera i pendrive’ ów pedofilskie zdjęcia, filmy i grafiki, nie mówił już, że  „to  niemożliwe”.

Twierdził, że  pendrive’y nie należały do  niego i zostały mu podarowane, a poza tym prowadził tzw. dom otwarty, gdzie każdy z licznie odwiedzających go kursantów, przyjaciół i postronnych osób miał dostęp do laptopa czy innych nośników. Miał dostęp, a zatem mógł zamieścić tam pliki.

Nie było to nic nowego, argumentami o „domu otwartym” Piotr T. przekonywał opinię publiczną już po przesłuchaniu w 2015 r.

Sprawa pozornie prosta

Wprowadzony w  miniony wtorek na salę warszawskiego sądu na Pradze Piotr T., wychudzony i z ziemistą cerą, w niczym nie przypominał bagatelizującego działania policji dowcipnisia.

Zapytany przez dziennikarzy przed wejściem, czego oczekuje, powiedział krótko: „Sprawiedliwego procesu”.

Choć prokuratura chciała, by sprawa w całości toczyła się jawnie (z wyjątkiem przedstawienia opinii biegłych oraz prezentacji pedofilskich materiałów), adwokaci oskarżonego wnieśli o wyłączenie jawności także podczas wyjaśnień Piotra T. i zeznań jego matki – świadka w sprawie.

Powód? Możliwość ujawnienia wielu informacji intymnych dotyczących nie tylko oskarżonego, ale też innych,  postronnych dla sprawy osób. Prowadząca rozprawę sędzia Magdalena Garstka-Gliwa przez blisko trzy godziny wysłuchiwała Piotra T. za zamkniętymi drzwiami.

Co mówił? Z całą pewnością nie przyznał się do winy, a jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, jego tłumaczenia nie odbiegały od tych, które wcześniej słyszał prokurator. To z kolei oznacza, że  sprawa... nie będzie dla sądu łatwa.

Pozornie rzecz wydaje się prosta: na trzynastu zabezpieczonych nośnikach pamięci znaleziono ślady ponad trzech i pół tysiąca (!) usuniętych wcześniej pedofilskich plików oraz kilkaset takich, które nie zostały usunięte.

Poważniejszy zarzut – udostępnianie plików innym osobom –  dotyczy kilkuset filmów z dziecięcą pornografią i kilku... ze zwierzętami.

Jednak diabeł tkwi w szczegółach: nie ma żadnego dowodu, by jakakolwiek inna osoba fizycznie ściągnęła zakazany plik z komputera Piotra T., a udostępnianie własnych zasobów podczas ściągania materiałów z internetu za pomocą programu typu „peer to peer” (jak miał to robić Piotr T.), sądy nie zawsze traktują jako rozpowszechnianie pedofilskich treści.

Choć nie znamy wyjaśnień złożonych w sądzie przez oskarżonego, wiemy, jak tłumaczył sytuację wcześniej, w prokuraturze. – Początkowo twierdził, że pliki mogła wgrać na jego nośniki inna skonfliktowana z nim osoba; wskazywał jej imię i nazwisko – mówi Marcin Saduś, rzecznik Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga.

– Gdy tę możliwość wykluczyliśmy, podejrzany stwierdził, że pliki mógł podrzucić ktoś inny i przypuszcza, że była to forma zemsty politycznej.

Najbliżsi Piotra T., którzy bezgranicznie wierzą w jego niewinność, dodają, że przyczyną rzekomej zemsty mogło być kilka publicznych wystąpień sprzed kilkunastu miesięcy, w których Piotr T. ostro krytykował obecnie rządzących, a w szczególności prezydenta Andrzeja Dudę.

Tyle że rządzących krytykowały w ostatnich latach, i to w bardziej dosadny sposób, setki innych osób publicznych, a  nikt im nie podrzucał kompromitujących materiałów, których posiadanie jest przestępstwem.

Z drugiej strony fakt, że Piotr T. nie wie, kto podrzucił mu pliki, nie może działać na  jego niekorzyść. To  jemu trzeba udowodnić winę, a zatem wykluczyć jego linię obrony.

Teoria spisku

Prokurator odbija piłeczkę badaniami informatyków, którzy nie znaleźli na zabezpieczonym komputerze i pendrive’ach „wirusów ani śladów złośliwego oprogramowania”.

Napisali też, że  oskarżony posługiwał się typem komputera szczelnie chronionym przed potencjalnymi atakami hakerów.

Ostatni argument nie jest jednak zbyt mocny: system stosowany przez amerykańskiego Apple’a, z którego korzystał Piotr T., padał już ofiarą hakerów. Mocniej brzmi inny dowód.

Śledczym udało się odkryć daty i godziny wprowadzenia do  komputera usuniętych później zdjęć i  filmów. Ustalono też, że w tym samym czasie na komputerze zapisywano inne pliki ewidentnie związane z osobą Piotra T.

– W datach pojawiania się pedofilskich plików zapisywano też inne dane, których autorstwa podejrzany się nie wypiera, np. bilety lotnicze, wizy na jego nazwisko, a także zdjęcia Piotra T. ze znanym politykiem.

Czy podejrzany mógł nie dostrzec, że w tym samym czasie na jego komputerze dzieje się coś złego? – retorycznie pyta prokurator Saduś.

Piotr T. ma jeszcze jeden argument. Jego rodzina twierdzi, że już w 2009 r. miał zgłaszać w  jednym z  warszawskich komisariatów próbę podrzucenia na jego komputer pedofilskich treści.

– Potwierdzam, było takie zgłoszenie, ale w tej sprawie odmówiono wszczęcia postępowania [oznacza to brak uzasadnionego podejrzenia popełnienia przestępstwa – aut.], a sam Piotr T. decyzji tej nawet nie skarżył – informuje prokurator Saduś.

– Przypominam, że zgłoszenie to miało miejsce już po zatrzymaniu i  przeszukaniu domu Piotra  T. w  2007  r., a  zatem mogło chodzić o przekierowanie zainteresowania śledczych na inne, fałszywe tory i osoby.

Na korzyść Piotra T. działa też fakt, że  śledczy nie ustalili żadnych przejawów jego rzekomych pedofilskich skłonności w „realnej” rzeczywistości.

Ma dwoje dzieci, miał kilka żon (obecnie jest rozwiedziony), nigdy nie stronił od towarzystwa jak najbardziej pełnoletnich kobiet. Rodzina podkreśla też, że przeprowadzone w śledztwie badanie seksuologiczne Piotra T. nie stwierdziło jego skłonności pedofilskich. Zdaniem prokuratora, opinia biegłych „nie jest jednoznaczna”, a podejrzany mógł podczas badania maskować swoje naturalne zachowania.

Marcin Saduś przypomina też, że w akcie oskarżenia nie ma zarzutu pedofilii oskarżonego, a tylko posiadanie takich materiałów. – Dla oskarżonego w tym procesie jest tylko jedno dobre wyjście.

Prawomocne uwolnienie od  wszystkich zarzutów pozwoliłoby mu zachować twarz i nadal funkcjonować jako osoba publiczna – podsumowuje osoba znająca kulisy śledztwa w sprawie Piotra T.

– Aby to osiągnąć, musiałby przynajmniej uprawdopodobnić, że sprawa od początku była skierowanym przeciwko niemu spiskiem. Pozostaje pytanie: po co ktoś miałby przez kilka lat sukcesywnie faszerować pedofilskimi zdjęciami komputery dawnego doradcy polityków i celebryty, który od dawna na własne życzenie był na uboczu publicznego życia?

PIOTR KRASKA  "Angora" nr 24/2018 

Zamieszczamy,  w celach informacyjno-edukacyjnych, mniej niż 10% przedruków  zawartości   ANGORY. Do poczytania kilkadziesiąt ciekawych  stron https://www.angora.com.pl  lub wydanie papierowe  w każdy poniedziałek. Cena tylko 5 zł.                                                                                                       

   Tygodnik ANGORA dostępny  również na iPad i iPhone darmowa aplikacja.

 Wpisz w przeglądarkę: https://itunes.apple.com/app/tygodnik-angora/id428646005

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: