Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Dziś skończyłby 90  lat, gdyby nie zmarł na  piąty zawał serca miesiąc przed swymi 63. urodzinami. Latami flirtował ze śmiercią, kokietował ją, oswajał. – To stanie się pewnego zimnego dnia; nie, w nocy! Noc jest piękniejsza, seksowniejsza. Opowiadał o niej jak o erotycznych fantazjach, alkoholu, ulubionych papierosach czy surrealistach, ale mówił też o niej obrazoburczo, przyjmował pozy cynika, stoika, nihilisty.

Fantazjował o samobójstwie, przedawkowaniu narkotyków, zapiciu się na śmierć. Gdy przyszła w nocy, był sam. Spał. Przyszła do jego paryskiego domu przy rue Verneuil 5 w samym sercu Saint-Germain-des-Prés, by domknąć życie artysty z udręczoną gębą buntownika, prowokatora, skandalisty.

 

Życie ikony francuskiej kultury – Serge’a Gainsbourga, „brzydala” nazywanego neandertalczykiem, na co reagował bon motem, że: „Brzydota ma więcej zalet niż piękno, zawsze i wszystko przetrwa”.

Po śmierci Gainsbourga flagi opuszczono do  połowy, a  prezydent Mitterrand porównał go do  Baudelaire’a i  Apolli naire’a. Mury domu przy Verneuil pokryły murale, graffiti, wyznania: Gains bourg for Ever. Serge, mon grand amour. Gainsb’Art Urbain. Amusez-Vous! La vie est Fête! (Bawcie się! Życie jest świętem!).

Są do dziś i ciągle ich przybywa, bo ciągle wraca wspomnienie wiecznego chłopca w kryzysie beznadziei. W czasach niepewnego jutra wraca echem swego No Future, „kiedy nawet miłość fizyczna jest w ślepym zaułku”.

Z okazji urodzin w kilku miejscach zorganizowano wystawy i wspominki, a w Bistrot de Paris, niedaleko wygraffitowanego domu przy Verneuil, można przy jego stoliku (nr 46) skrzywić gębę à la Gainsbourg i, popijając tequilę, posłuchać głosu przeszłości.

Serge Gainsbourg urodził się w Paryżu w rodzinie rosyjskich Żydów. Dorastał w  dzielnicy Nouvelle Athénes, między domami George Sand i Gustave’a Moreau. Chodził do  rosyjskich kabaretów, bratał się z bohemą, grywał w pianobarach, a w wolnych chwilach wspomagał siłę rewolucji seksualnej.

Przygodę ze sztuką zaczynał jako malarz. Uczył się w akademii Montmartre kierowanej przez Fernanda Légera, ale malarstwo porzucił, niszcząc swoje obrazy, ponieważ uznał, że być malarzem to albo takim jak Francis Bacon, albo żadnym.

Próbował zostać pisarzem, poetą, tekściarzem, kompozytorem, aktorem, reżyserem... Śpiewać zaczął późno, bo po trzydziestce – jazz, rock, funk, charleston, rytmy kubańskie, angielski pop, reggae, a nawet rap. Świadomie działał na wielu terytoriach, grając artystę bez sztuki, któ- ry swe dzieło buduje z treści własnego życia.

Abnegat o deficycie szyku i urody, uwodzący najpiękniejsze kobiety, wspomagając je w swych karierach: Juliette Gréco, Brigitte Bardot, Jane Birkin, Isabelle Adjani, Vanessa Paradis.

Chwalony przez Borisa Viana, sam przechwalał się, że uprawiał seks w łóżku Salvadora Dalego (klucze do mieszkania malarza miała zdobyć jego pierwsza żona, sekretarka przyjaciela wielkiego surrealisty).

Po dwóch rozwodach, z kolejnymi coraz młodszymi partnerkami żył już tylko w wolnych związkach, o których chętnie opowiadał. Jego współpraca z  Brigitte Bardot zmieniła się w  skandalizujący związek, którego apogeum była ich oda do miłości fizycznej: Je t’aime... moi non plus, zawierająca symulację odgłosów kobiecego orgazmu („zbliżam się, zbliżam i wpływam, i wypływam na twe łono”).

Piosenka zakazana w wielu krajach, a przez Watykan „eks komunikowana”. Gdy BB wstrzymała jej publiczne rozpowszechnianie, Gainsbourg nagrał Je t’aime... z Jane Birkin, „kobietą dzieckiem, kobietą kwiatem, kobietą zwierzakiem”.

Zostali kochankami, a ich „kopulacyjna pieśń” odniosła planetarny sukces, sprzedana w ciągu kilku tygodni w ponad czterech milionach egzemplarzy. Jej erotyzm wciąż jest żywy.

Były i inne kontrowersyjne utwory, jak „Lizaki”, które nawiązują do  seksu oralnego, napisane dla nastoletniej triumfatorki Eurowizji, albo „Cytrynowe kazirodztwo” nagrane z 12-letnią córką Charlotte.

Były głośne albumy: „Złe nowiny gwiazd” (tytuł jego ulubionego rysunku Paula Klee) czy „Historia Melody Nelsen”, opowiadający historię fatalnej miłości dojrzałego mężczyzny i dziewczyny à la lolitka w wieku „czternastej jesieni i piętnastego lata”.

W  ostatniej dekadzie życia Gainsbourg stał się bohaterem negatywnym.

Śpiewał Marsyliankę a cappella w wersji reggae, spalił w telewizyjnym studiu 500-frankowy banknot, wykrzykiwał I want to fuck her w obecności młodziutkiej Whitney Houston.

Stale towarzyszyły mu tequila, wódka i szampan, co pogrążało go w alkoholowej komie. Przed kamerami był pijany lub skacowany, zarośnięty, z gitanem w ustach i czarnymi okularami na czerwonych oczach.

Śpiewał coraz mniej, aż w końcu przestał śpiewać, zaczął niezrozumiale pomrukiwać i bełkotać.

„Poeta nie śpiewa, poeta mruczy”, a on chciał być przeklętym poetą życia, kimś w rodzaju nieprawego wnuka Arthura Rim bauda, co idzie jego śladem i „szcza wysoko ku chmurom na niebie”.

Bo „niebo to tylko inne piekło”, toteż upadły dandys zaczął robić ze swego życia medialno-ekshibicjonistyczny spektakl, w którym wszystko było na pokaz: życie prywatne, rodzina, nawet dzieci.

Gwiazdą tego piekielnego spektaklu uczynił wyczekiwaną śmierć. Ona ma zawsze przyszłość, zawsze i  wszystko przetrwa.

Więc: Bawcie się! Życie jest świętem!

 LESZEK TURKIEWICZ  "Angra" nr 15/2018

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: