Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Fragmenty książki Michała Majewskiego

OLIGARCHOWIE. Tak się kupuje polityków Urodziny jednego z najbogatszych Polaków, przedsiębiorcy zajmującego się handlem spożywczym. To był typowy biznesmen z pierwszej połowy lat 90. Wąsy, plereza, złoty łań- cuch, mokasyny z frędzelkami. W holu jego firmy zebrali się najważniejsi pracownicy, na każdego czekała torba z szynką, słodyczami i winem. Laudację dla jubilata wygłaszał poseł znany z  telewizji. Poseł wychwalał „budowniczego polskiego kapitalizmu”, rozpływał się nad smakiem produkowanych przez niego wędlin. Trzy lata później ten biznesmen wylądował za kratkami za przekręty.

 

U władzy była już wtedy inna partia. Przedsiębiorca zbyt silnie związał się z poprzednią ekipą i zapomniał, że władza nie jest nikomu dana na zawsze.

Oligarchowie trzęsący polską gospodarką przez większość III RP mają do polityków ciekawy stosunek. W  publicznych wypowiedziach zwykle odnoszą się do nich z szacunkiem. Ale kiedy przy rozmowie nie ma  kamer i  mikrofonów, często zmieniają ton wypowiedzi.

Wielu dużych przedsiębiorców uważa polityków za pijawki, które potrafią się tylko lansować w mediach, a w prawdziwym biznesie niczego by nie osiągnęły. Byłem kiedyś na obiedzie z człowiekiem z  pierwszej piątki listy najbogatszych Polaków. Wypytywał mnie o rozgrywkę, którą właśnie toczył premier

. Biznesmen w pewnym momencie przerwał mi  i  podniesionym tonem ogłosił: – Ale to jest kur..., trzeba się od niej trzymać z daleka! Zdziwiła mnie ta  wulgarność. Spytałem, czy mój rozmówca ma na myśli premiera, który jest przecież całkiem poczciwym facetem.

–  Nie, nie, skąd! Ja o polityce mówię – odpowiedział. Ten oligarcha akurat od  polityki nie trzyma się z daleka, ale był niesłychanie zręczny w  swoich układankach. Nigdy nie pchał się na pierwszą linię, nie składał żadnych politycznych deklaracji. Ale po cichu wspierał jednych, drugich, trzecich. Prawie każdego. A politycy mu się odwdzięczali.

To było rozsądne, biznesowe podejście. Nie da się ukryć, że  oligarchowie opłacali kampanie wyborcze w  latach 90. i  na  początku dwutysięcznych. Ci sprytniejsi dotowali kilka partii, by mieć zabezpieczenie na  wypadek wyborczej wpadki. To byli naprawdę zamożni ludzie, więc nie mieli z takimi inwestycjami problemu. Polityków traktowali dość instrumentalnie.

Politykę i  biznes łączy konieczność długofalowego myślenia i  planowania. Biznesmeni potrafili zadbać o odpowiednich ludzi i nie miało znaczenia, że część z nich akurat nie była u władzy.

Opozycja też się może kiedyś przydać do robienia interesów, rządy się przecież zmieniają. Lepiej mieć dobre stosunki ze wszystkimi. Obserwowałem kiedyś, jak działa duży koncern z  udziałem państwa. To  była ważna firma dla swojego regionu, która walczyła o  rynek z  innymi państwowymi firmami z pozostałych regionów Polski.

W jej interesie była budowa ponadpartyjnego sojuszu, który będzie wspierał pozycję firmy. Prezesów nie obchodziło, czy politycy z  poszczególnych partii na co dzień walczą ze sobą na śmierć i życie w setkach różnych spraw. Ci prezesi chcieli tylko, by w przypadku zagrożenia dla interesów firmy wszyscy politycy stanęli ramię w ramię w ich obronie.

I  pisali do  premiera, lobbowali, dawali mediom wywiady, zgłaszali interpelacje. Powtarzali na okrągło, że chodzi tu o interesy najważniejszej firmy w  regionie, o miejsca pracy, o perłę polskiej gospodarki.

A koncern odwdzięczał się tym, którzy go wspierali. Możliwości miał spore. Na przykład wspomniana firma była też właścicielem hotelu. I tam na pewnego polityka opozycji zawsze czekał najlepszy apartament, do którego przyjeżdżał ze swoją znajomą. Oczywiście za nic nie płacił, a wszystko odbywało się dyskretnie i nigdy nie wypłynęło.

Dla politycznych przeciwników i mediów taka informacja o bonusie i kochance byłaby cenna, ale szefowie koncernu myśleli długofalowo. Rozgłos nikomu się nie opłacał. Jeden z polskich oligarchów miał ciekawą metodę działania.

Kiedy upadała jakaś władza, przyjmował do pracy najbardziej bystrych polityków upadłego obozu. Takich, którzy rokowali, mieli jeszcze spore szanse, by kiedyś znów chwycić stery państwa.

Oligarcha nie afiszował się ze swoimi nowymi pracownikami. Dostawali ciche zadania –  doradztwo, czasem miejsce w jakiejś radzie nadzorczej. Ten biznesmen uważał zatrudnianych przez siebie polityków za darmozjadów, kłamców, intrygantów, słowem – zwykłych gnoi.

Mówił tak o nich na nieoficjalnych spotkaniach, z  obrzydzeniem i w brutalnych słowach, ale nigdy nie zdarzyło mu się to w ich obecności. Po co więc ich zatrudniał? Czysta kalkulacja.

Kiedy ich obóz wracał do władzy, oligarcha natychmiast oddawał polityce swoich pracowników. A oni znajdowali zatrudnienie w  rządzie, ważnych instytucjach, spółkach skarbu państwa. I wtedy temu przedsiębiorcy łatwiej było robić interesy.

Sztafeta cały czas biegła – jedni wrócili do polityki, więc posady u oligarchy brali przedstawiciele obozu, który właśnie stracił władzę. W  naszych polityków inwestują też międzynarodowe koncerny. Czasem są  to  długofalowe inwestycje, które zaczynają się, kiedy poseł plącze się jeszcze w ostatnich ławach Sejmu, ale ma  zadatki na  bardziej eksponowane stanowiska.

Takie inwestycje różnie wyglądają: jakaś skromna inicjatywa w regionie polityka, by mógł się nią pochwalić i zapunktować u wyborców; zagraniczne wyjazdy studyjne połączone z relaksem w drogim hotelu; dostarczanie analiz i  opłacanie współpracowników, by  wesprzeć merytoryczne zaplecze posła itd.

Politycy albo są  naiwni, albo wolą takich udawać. Inaczej musieliby się przyznać, że są kupowani lub poddani lobbingowi. Czy ktoś jest od tego wolny? Był taki biznesmen, którego kochali posłowie prawicy i lewicy, liberałowie i  populiści.

Prawdziwy filantrop, który potrafił sypnąć groszem na sport, kulturę, na Kościół i Żydów. Każdemu prawił komplementy, pamiętał o  urodzinach, inwestował i w tych u steru, i w tych, którzy chwilowo wypadli z głównego nurtu polityki.

Ten biznesmen wiedział, że fortuna rośnie dzięki państwowym kontraktom. Niezależnie od  tego, czy rządzą czarni, czy czerwoni.

ODLOT. Wino za dwieście złotych parzy w gardło

– Jest taki polityk, z którym byłem na setkach różnych spotkań i narad. I nie przypominam sobie, by choć raz przyszedł na czas. Zawsze spóźniony o kwadrans albo nawet o pół godziny – opowiada były europoseł.

– Ten polityk pokazywał w ten sposób wszystkim na zebraniu, jaki to jest rozchwytywany, ile ma  spraw na  głowie. Przekaz był dla nas jasny: „Doceńcie, że w ogóle tu jestem!”. Władza uderza do  głowy i  upaja.

W tym upojeniu część polityków zaczyna myśleć o  sobie w  kategorii pępka świata. Odlatują na coraz dalsze orbity i nawet tego nie zauważają. Ale widzą to ich współpracownicy. – Byłem szoferem ministra. Szef poleciał na urlop do Chorwacji. Pod koniec wakacji miał się nieoficjalnie spotkać ze  swoim odpowiednikiem w  tamtejszym rządzie.

I wiesz, co się okazało? Szef zapomniał z Warszawy prezentu dla tego Chorwata – opowiada mój rozmówca.

– To były jakieś spinki do mankietów i  flaszka ekskluzywnej wódki Belvedere. Wszystko oczywiście kupione z ministerialnego funduszu reprezentacyjnego. Szef gabinetu politycznego ministra wezwał mnie i kazał zawieźć te prezenty do Chorwacji. Wsiadłem do auta i pognałem do  Rijeki.

W  obie strony to  grubo ponad dwa tysiące kilometrów. Tylko po to, by zawieźć spinki i jedną flaszkę. Przecież benzyna więcej kosztowała niż te prezenty! Inny ministerialny kierowca doświadczył jeszcze większej bufonady.

– Szef kazał przyjeżdżać po siebie o szóstej rano, a mieszkał pod Warszawą. Każdego dnia wstawałem o czwartej nad ranem, wpół do szóstej byłem w ministerstwie po auto, a pół godziny później – pod jego domem – wspomina.

– Następne półtorej godziny spędzałem w samochodzie na czekaniu, bo ten minister zawsze wychodził z domu dopiero wpół do ósmej. I na nic zdawały się moje prośby, żebym mógł go odbierać o tej godzinie. Nie wiem, o co mu chodziło.

Może chciał pokazać sąsiadom, że jest wielką szychą i od świtu pod domem czeka na niego auto z kierowcą? Dla mnie to błazenada i brak szacunku do mojej pracy.

Inną historię usłyszałem od urzędnika z Ministerstwa Infrastruktury: – Mieliśmy w resorcie, na szczęście krótko, ministra, któremu kompletnie odbiło. Facet nawet nie miał czterdziestki, ale kiedy na dziedziniec ministerstwa podjeżdżała po niego limuzyna, to on do niej nie wsiadał. Czekał, aż o dziesięć lat starszy kierowca wysiądzie, okrąży samochód i otworzy mu drzwi.

To było małe i żenujące. Przecież nie mówimy o prezydencie czy premierze, których ochrania BOR. Tam trzeba się stosować do procedur, tu mieliśmy zwykłe buractwo.

Pycha i  miłość własna często kroczą przed upadkiem. Usłyszałem kiedyś historię o ministrze, który lubił zadawać szyku. Pewnego razu zaprosił na kolację kolegę z rządu, z którym chciał się politycznie zaprzyjaźnić. Spotkali się w pałacyku należącym do instytucji, którą nadzorował kochający siebie minister.

Było wykwintne jedzenie i kelnerzy w liberiach. Ale polityczne drogi obu ministrów szybko się rozeszły. Ten zaproszony na kolację opowiadał potem dziennikarzom, jak jego kolega z rządu trwoni publiczne pieniądze na zbytki. Po szykownej kolacji została tylko czkawka.

– Nasz szef po spotkaniu zarządu partii organizował obiad, a  raczej bankiet dla kilku osób – opowiadał mi były poseł lewicy. – Rachunek nigdy nie był mniejszy niż sześć, siedem tysięcy złotych. Bo przewodniczący nie miał w zwyczaju pijać wina po dwieście złotych za butelkę.

Dla niego było tak podłe, że aż parzyło go w podniebienie. Na tych spotkaniach, by pochwalić się przed kolegami z partii, potrafił parę razy odchodzić od stolika, bo niby właśnie prezydent do niego dzwonił albo redaktor naczelny największej gazety.

Żałosne popisy. Im większy polityczny odlot, tym trudniej nawiązać kontakt z rzeczywistością. Łatwo wtedy uwierzyć, że jest się niezastąpionym, wyjątkowym i  politycznie  nieśmiertelnym. Zderzenia z  ziemią bywają wtedy bolesne.

–  Był taki premier, który zaczął się wymykać spod kontroli tych, co dali mu władzę. Facetowi wydawało się, że może samodzielnie kierować biegiem spraw – opowiada poseł, który od kilku kadencji zasiada w Sejmie.

– Tego premiera lubiły media, flirtował z opozycją, a jego ludzie wysyłali sygnały, że gdyby nie ich szef, to do władzy doszliby radykałowie. On głosił taką ideę, że minął czas starych partii i  nadchodzi era wielkich ruchów społecznych. I że to właśnie on mógłby stanąć na czele takiego ruchu.

Ci, co mu dobrze życzyli, mówili wprost: „Odleciałeś!”. Ale on nie słuchał. Był przekonany, że jest nieusuwalny, bo staną za nim mniejsze partie koalicyjne – relacjonuje. Taka postawa nie spodobała się szefowi partii, która namaściła premiera.

Przewodniczący wezwał go i obwieścił, że musi się pożegnać ze stanowiskiem. Potem odbyło się jeszcze zebranie partyjnej wierchuszki. Stoły ustawione w podkowę, za nimi siedzi z dwudziestu najważniejszych polityków.

–  I  oni wstają po kolei. Każdy mówi, że powinno dojść do  zmiany na  stanowisku szefa rządu – wspomina poseł. – Zakochany w sobie premier wydukał tylko, że  musi sobie wszystko jeszcze raz przemyśleć, i opuścił naradę.

Ale do mediów już puszczono plotkę, że na zamkniętym posiedzeniu partii szef rządu zgłosił gotowość do złożenia dymisji. Oczywiście nie była to prawda, ale premier ze swoją ekipą już byli w oblężonym bunkrze.

Facet tak daleko odleciał, że za bardzo zbliżył się do słońca. I się sparzył. Miłość własna często wiąże się ze  śmiesznymi obsesjami. Może zakochani w sobie politycy nie potrafią się przyznać do własnych błędów i słabości?

Wtedy muszą na kogoś zrzucić winę za swoje porażki. Usprawiedliwić się przed światem.

Spotkałem niegdyś pewnego polityka. Jeszcze sześć, siedem lat wcześniej był – nie zawaham się użyć tego sformułowania – najważniejszą osobą w państwie, szykował się do  wyborów prezydenckich.

Kiedy znów się spotkaliśmy, był już poza polityką. Miał swój mały pokoik w pewnej instytucji, ale wybory sprzed lat wciąż tkwiły w jego głowie. Mój rozmówca został w  tamtej kampanii nieprzyjemnie potraktowany przez dziennikarza telewizyjnego. Rozmowa w studiu była napastliwa, wręcz arogancka.

Zresztą tamten dziennikarz przeprosił później za  sposób przeprowadzenia wywiadu. Prawie nikt już o tej sprawie nie pamięta. Prawie, bo mój rozmówca, dawny kandydat, nadal nią żyje. Ubzdurał sobie, że przegrał tamte wybory właśnie przez ten wywiad i przez tego dziennikarza.

Nie umiałem mu tego wybić z głowy. Przecież ten polityk dostał przy urnie taki łomot, że nie było co zbierać. Zwycięzca tamtych wyborów zgarnął pięćdziesiąt trzy procent głosów i wygrał w I turze, a mój rozmówca dostał tylko piętnaście procent i zajął dopiero trzecie miejsce.

Naprawdę nie była to wina jednego wywiadu. Swoje obsesje mają nie tylko liderzy, ale też ich przyboczni. – Nasz szef nosi kaszkiet. To jego znak charakterystyczny, jest z tego znany – opowiada działacz prawicy. – Ja też lubię to nakrycie głowy. Zdarzyło się, że na jednej imprezie publicznej obaj byliśmy w kaszkiecie.

Podeszło do mnie wtedy dwóch współpracowników szefa i zakazało mi nosić kaszkiet, bo wygląda to tak, jakbym parodiował prezesa. Dziwna sytuacja. Już nigdy nie przyszedłem na partyjną imprezę w kaszkiecie. Przywiązanie polityków do  swoich stanowisk miewa obsesyjny charakter.

Zwłaszcza jeśli łączy się z próżnością. – Szefem ważnej instytucji w Polsce był przez dekadę pewien polityk. Po  kolejnych wyborach stracił stanowisko, został jedynie wiceszefem tej instytucji – opowiada wieloletni senator. – Jego przyzwyczajenie do funkcji było bardzo silne.

Na różnych listach obecności wpisywał się w miejscu przeznaczonym dla szefa owej instytucji. Było to  dość niekomfortowe dla człowieka, który przejął po nim schedę. Ale to nie koniec dyskomfortów.

Zgodnie z tradycją tej instytucji na ścianie wywieszano tam portrety poprzednich szefów. Wisiały w ważnej sali obrad. I ten nowy szef niemal codziennie siadał centralnie pod portretem poprzednika.

W końcu zarządził remont. Po nim na ścianie pojawiły się już tylko portrety przedwojennych przewodniczących instytucji.

Bywają przywary zupełnie nieracjonalne. –  Mieliśmy w  partii wiceprzewodniczącego. Z  pozoru racjonalny, chłodno myślący polityk. Poukładany, nie działał pod wpływem emocji. Ale był jeden zgrzyt –  wspomina były popularny poseł lewicy.

– Raz w miesiącu do biura wiceprzewodniczącego przychodziła kobieta, którą przedstawiano jako socjolożkę i specjalistkę od sondaży. Miała objaśniać wiceszefowi wyniki badań, które zamawiała partia.

Mój rozmówca rozpoznał w specjalistce od  sondaży... telewizyjną wróżkę, która na ekranie stawiała widzom tarota. – Potwierdziła to sekretarka w naszym biurze, która też widziała tę babkę w telewizji –  wspomina poseł.

–  Sekretarka mówiła, że  po  konsultacjach z  wróżką nasz wiceszef podejmuje różne partyjne decyzje.

To mnie już przeraziło. Ale wiedźma jednego nie przewidziała – że wiceszef dość szybko pożegna się z posadą. I bardzo dobrze, bo ja się nie pisałem na politykę, o której mają decydować karty tarota!

MICHAŁ MAJEWSKI. „TAK TO SIĘ ROBI W POLITYCE”. Wydawnictwo CZERWONE I CZARNE. Warszawa 2018. Cena 39,90 zł

"Angora" nr 14/2018

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: