Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Dwa lata wytrzymywałem namiętne naprawianie naszej najnowszej historii przez obecną władzę, a zwłaszcza przez jej zbrojne ramię, czyli prokuraturę pamięci narodowej, zwaną – chyba dla żartu –  instytutem. Słowo „instytut” kojarzy się w naszym języku z pracą naukową i w definicjach encyklopedycznych oznacza „samodzielną jednostkę badawczą lub jednostkę badawczą w  strukturze uczelni, większą od katedry i mniejszą od wydziału”. O prokuratorach śledzących postacie historyczne definicje nie wspominają. Wyklęci Związani z tą instytucją lub pozostający pod jej wpływem nasi najbardziej aktywni naprawiacze historii, to z reguły ludzie z  trudem pamiętający czasy późnego Gierka, kiedy w krótkich jeszcze majteczkach oglądali „Misia z  okienka”.

Ich działania dotyczące wcześniejszych okresów opierają się na badaniu „wiarygodnych dokumentów” i politycznych przekonaniach lub koniunkturalnych upodobaniach. Na  zasadzie „sprzężenia zwrotnego” wpływają na część polityków, a politycy ukierunkowują nie tylko ich badania, ale i świadomość.

Jestem od nich zapewne słabszy intelektualnie, nie jestem historykiem, ale mam jedną przewagę. To, o czym oni piszą i z czego usiłują wyciągać wnioski, widziałem już względnie rozumnymi oczkami.

Chyba nie ulegam nadmiernym emocjom, ale pierwszy raz zaczęto mnie denerwować, kiedy postanowiono hurtowo gloryfikować „żołnierzy wyklętych”. Było ich wielu, kilku szeregowych i  dawno nieżyjących znałem jeszcze z  czasów warszawskiego powstania. Wielu też zasługuje na najwyższe uznanie.

Ale były też – i to także dość liczne – oddziały, które nie tylko paliły posterunki milicji i zabijały milicjantów, gminnych urzędników i  Żydów, paliły wiejskie zabudowania i  mściły się na  rolnikach „pomagających władzy ludowej”.

Były też takie, które przekształcały się w zwykłe bandy rabunkowe albo – jak przypomniana ostatnio przez obecnego premiera Brygada Świętokrzyska NSZ – współpracowały z cofającą się niemiecką armią. Historia żadnego kraju nie jest czarno-biała. A  nasza ma  szczególnie dużo szarości.

Brygada Świętokrzyska mieści się właśnie w grupie o szarym, a nawet prawie czarnym odcieniu. Było w niej – jak zresztą we wszystkich oddziałach partyzanckich – wielu młodych ludzi, którzy przyłączyli się do niej, bo chcieli walczyć z okupantem i taki „złapali” kontakt. Nie mieli bladego pojęcia o zabarwieniu politycznym NSZ.

W wieku 16 – 18 lat, szczególnie jak się mieszka na wsi lub w małym mieście, nie ma się zresztą także i dzisiaj ugruntowanych poglądów politycznych. Równie dobrze mogli trafić do AK AL czy BCh i  też byliby  zadowoleni.

Tych chłopców uważam za częściowo usprawiedliwionych – wykonywali rozkazy swoich dowódców.

Brygada

Ale Brygada miała pecha do dowódców, którzy w  miarę zbliżania się wschodniego frontu stawali się coraz bardziej antyrosyjscy, antyradzieccy, antykomunistyczni, a  także antyżydowscy.

Zaczęli walczyć nie tylko z Niemcami, ale także z lewicową polską partyzantką, spadochronowymi dywersantami i radiotelegrafistami radzieckimi, z wszystkim, co kojarzyło im się z  lewicą, Żydami i  tworzeniem państwa politycznie uzależnionego od ZSRR. Czasem nawet z AK.

Odmówili wykonania rozkazu rządu polskiego w Londynie i nie zgodzili się połączyć z AK.

W końcu przestali walczyć z Niemcami, mieli u siebie oficerów łącznikowych z Wehrmachtu, a nawet z SS, stawali się stopniowo sprzymierzeńcami niemieckiej armii i uzyskiwali od niej zaopatrzenie i zgodę na  bezkolizyjne przejścia przez okupowane tereny Czech – w kierunku frontu zachodniego.

Po drodze mieli pozytywny epizod wyzwolenia więźniarek niemieckiej filii obozu koncentracyjnego w Maliszewie. Wprawdzie militarnie nie była to wielka bitwa, bo załoga obozu poddała się po kilkunastu minutach strzelaniny, ale poprawiła reputację Brygady w amerykańskiej armii, jak już do niej doszli.

Mimo to później ją rozwiązano, część żołnierzy zaczęła pracować w niemieckich przedsiębiorstwach, część weszła w skład tzw. kompanii wartowniczych. Tam właśnie kilku spotkałem we  Frankfurcie nad Menem.

Sympatyczni chłopcy, którzy niezmiernie się dziwili, że wraz z kilkoma kolegami, Powstańcami z obozów jenieckich, wybieramy się do kraju. Oczywiście odradzali. Patrząc na historię tej Brygady, nie widzę nic złego w tym, że przejeżdżający przez Monachium Polak, pan X, Y czy M, składa kwiaty pod postumentem poświęconym jej żołnierzom.

Może miał wśród nich kogoś z dalekiej czy bliskiej rodziny albo jest zawziętym rusofobem czy „antykomunistą” i jej historia mu nie przeszkadza. Ale jak składa kwiaty premier rządu Rzeczypospolitej – to już jest manifestacja polityczna.

A jeśli robi to, poruszając w tym czasie temat Holocaustu i  odpowiadając na pytanie dotyczące konkretnego incydentu donoszenia na Żydów przez Polaków –  to  już jest znaczący błąd polityczny.

Drażniące pomniki, drażniące nazwy Nasi naprawiacze historii wpadli też w ostatnich miesiącach w amok niszczenia wszystkiego, co – ich zdaniem –  przypomina „komunizm”. Oczywiście w  trosce o  młodzież. Nie można jej deprawować przypominaniem nawet komuny paryskiej, a  tym bardziej rewolucji październikowej w Rosji.

I  trzeba za  wszelką cenę wyplenić wszelkie oznaki sympatii dla „radzieckich okupantów”, którzy przecież walczyli z Niemcami tylko po to, aby nas „zniewolić”.

Jak patrzę na tę walkę z nazwami ulic, tablicami pamiątkowymi i pomnikami, to  jest mi  wstyd. Prawie we  wszystkich stolicach Europy są ulice Karola Marksa, a na uczelniach – także w Oksfordzie – trzeba zdać egzamin wykazujący chociaż pobieżną znajomość tez zawartych w „Kapitale”.

W Paryżu są ponadto ulice Liebknechta i Róży Luksemburg oraz wielu lewicowych działaczy francuskich. Trudno się dziwić, bo honor Francji w czasie hitlerowskiej okupacji ratował de Gaulle i partyzanci z  oddziałów organizowanych głównie przez partię komunistyczną.

Antykomunistyczne zacietrzewienie naszych relatywnie młodych historyków i  polityków sięga tak daleko, że zdejmuje się nawet pomniki w postaci oryginalnych rosyjskich czołgów, któ- rych załogi – także polskie – walczyły na naszych ziemiach. Z reguły upamiętniają one dni czy tygodnie wyzwalania danej miejscowości właśnie przez takie czołgi.

Pomniki powinny być bowiem świadectwem historii, a nie aktualnych politycznych upodobań władzy. Dlatego w Chile stoi pomnik skrajnie lewicowego prezydenta Salvadora Allende, zamordowanego przez wojskową juntę pod wodzą generała Pinocheta, za życia chętnie odwiedzanego przez przedstawicieli naszej prawicy.

Mimo że  politycznie kraj po  faszystowskim epizodzie odszedł jednak dość daleko na prawo, pomnik prezydentowi postawiono. Dlatego też w Rosji bolszewicy nie burzyli pomników carów.

W Petersburgu turyści zawsze oglądają pomnik założyciela miasta –  Piotra Wielkiego i ogromny pomnik ulubionej carycy ministra Suskiego. I dlatego w tymże Petersburgu nadal stoi w porcie „Aurora” – okręt będący jednym z symboli rewolucji. Jeśli kogoś w takich działaniach naśladujemy, to tylko tzw. Państwo Islamskie. O  mieszczącej się w  tym amoku naprawiania historii paranoicznej akcji zmiany nazw ulic już kiedyś pisałem.

Niech mi  ktoś logicznie wytłumaczy, dlaczego dla PiS-u są złe takie nazwy jak: 1 Maja, Armii Ludowej, Świerczewskiego, Berlinga, Gierka, Dąbrowszczaków, Wolności, Gorkiego. Czegoś lub kogoś nie było? Czy nie zostawiono śladu w historii?

Czy ten ślad jest tak zły, że musimy o nim zapominać? Czas, w którym nas nie było Zmiany nazw i  burzenie pomników wiążą mi się niepokojąco z tezą, że do 1980 r. właściwie nie było Polski, a zwłaszcza państwa polskiego. Kiedy w październiku 1945 r. wróciłem z niewoli do Warszawy, była ona morzem gruzów.

To nie krasnoludki ją odbudowywały. I to nie krasnoludki budowały potem nawet 200 tys. mieszkań rocznie. Ciasnych i nienowoczesnych, ale do dzisiaj mieszkają w nich setki tysięcy Polaków. Nie krasnoludki także rozbudowywały przemysł i  uruchamiały uczelnie, które potem kształciły także dzisiejszych naprawiaczy historii.

Ktoś to musiał organizować. Państwo polskie było politycznie zależne od wielkiego sąsiada, ale organizowało i rozwijało się samodzielnie –  zwłaszcza po  1956 roku.

Gdyby premier Morawiecki urodził się wcześniej i widział ponad milion ludzi właśnie w październiku 1956 r. spontanicznie i  entuzjastycznie witających wypuszczonego z więzienia Gomułkę, to może by zrozumiał, że niektórymi wypowiedziami obraża dwa pokolenia Polaków.

Takiego wiecu poparcia potem już nie było i chyba długo nie będzie.

Holocaust

Apogeum naprawiania historii osiągnęliśmy przez wywołanie międzynarodowej awantury niepotrzebną, niezręczną, politycznie głupią zmianą ustawy o IPN.

W hurrapatriotycznym uniesieniu ścigamy się teraz w szukaniu i podkreślaniu przykładów naszych zasług w ocaleniu Żydów w czasach Holocaustu i – jak zwykle – najwięcej o tym wiedzą ci, których wtedy nie było.

Dodam im otuchy i  na  zakończenie krótko opowiem, jak to wyglądało w moim otoczeniu. Dokonałem wiwisekcji pamięci i  uznałem, że  w  czasie okupacji ja i moi rodzice mieliśmy około 80 przyjaciół i  dobrych znajomych, w tym moich najbliższych kolegów z konspiracyjnych Szarych Szeregów i ze szkoły.

To – oczywiście – zbyt mała „próbka”, ale jednak pozwalają- ca na  częściową weryfikację poglą- dów. W tym otoczeniu znane mi są trzy przypadki bezpośredniej, aktywnej pomocy Żydom.

Tylko jeden z  nich był dosłownym ukrywaniem żydowskiego małżeństwa w  dużym jednorodzinnym domu w Płudach pod Warszawą, w którym na strychu zrobiono im znośne mieszkanie.

Drugi przypadek polegał na wyrobieniu fałszywych dokumentów i zatrudnieniu relatywnie młodego człowieka o „aryjskim wyglądzie” w domu znanego sędziego w Babicach w charakterze ogrodnika – złotej rączki do wszystkiego.

I trzeci, polegający na dołączeniu 16-letniego uciekiniera z getta do kilkuosobowej grupy starszych harcerzy, którzy zdecydowali się zamienić miejską konspirację na otwartą walkę i dołączyć do „chłopców z lasu”. Miałem już po wojnie wiadomość, że udało mu się dojść, spisywał się tam dzielnie i przeżył.

Jak oceniam stosunek reszty mojej „próbki” do Zagłady Żydów? Około 20  proc. przeżywało Holocaust jako narodową tragedię, starało się pomagać zaprzyjaźnionym rodzinom żydowskim przez dostarczanie do getta żywności – póki nie było szczelnie zamknięte.

Pamiętam panie, które zdążyły jeszcze odwiedzić przyjaciół w getcie i płakały na samo wspomnienie tych wizyt. Ponad 40 proc. wykazywało obojętność. Dzieje się źle, bo robią to Niemcy – czyli nasi wrogowie.

Nie uwielbiamy Żydów, może nawet w Polsce powinno ich być mniej, ale hitlerowskie metody są niedopuszczalne. Nie należy się narażać, ale jak jest okazja, to powinno się pomagać. I także 40 proc. – niestety – nie chwaliło wprawdzie otwarcie Niemów, ale dawało do zrozumienia, że „Żydom się należało”.

Ci ludzie pochodzili z rodzin, w których i przed wojną były utrwalone nastroje i przekonanie antysemickie. Sądzę jednak, że nawet oni nie zdawali sobie do końca sprawy, że chodzi o masowe zabijanie ludzi.

Pamiętam pewnego znajomego mego ojca, inteligenta, inżyniera, który tłumaczył mi, że Niemcy zamkną tylko Żydów w obozach, wykorzystają do darmowej pracy w czasie wojny, a potem wyślą do Palestyny albo –  jeśli wygrają z  Rosją – na zagospodarowanie Syberii.

Nie znam w tej grupie przypadków „szmalcownictwa”, choć mówiło się o nich dużo jako o zjawisku występującym głównie w małych miasteczkach. W inteligenckim środowisku okupowanej Warszawy, nawet jeśli takie przypadki były, to na pewno nikt się nimi nie chwalił.

Moje opowiadanie w  tej części może się więc podobać „naprawiaczom historii”. Antysemityzm Polaków sięgał szeroko, ale był to głównie antysemityzm werbalny. I moim zdaniem niewiele się zmieniło.

Źli generałowie

Ostatnim osiągnięciem naprawiaczy jest rządowa koncepcja pozbawiania stopni wojskowych generałów i – być może – innych oficerów, którzy byli „źli” i odpowiadali za wprowadzenie stanu wojennego. Jestem – jak powiedziałem – niedouczony, ale nie znam w naszej historii takich przypadków.

To  byłoby historyczne osiągnięcie PiS-u, godne zapisania w  podręcznikach. W  II Rzeczypospolitej honorowano wszystkie stopnie wojskowe nadane w armii rosyjskiej i  austro-węgierskiej.

Bolszewicy honorowali stopnie nadane za czasów carskich. Nie pozbawiono stopni wojskowych generała Franco, Pinocheta, generałów i  marszałków niemieckich z czasów Hitlera.

Pétaina tytułowano marszałkiem nawet po skazaniu na karę śmierci. I  nagle u  nas ma  się „pośmiertnie zdegradować” generałów Jaruzelskiego, Kiszczaka i tych wszystkich, którzy wchodzili w skład WRON – z pierwszym i jedynym polskim kosmonautą, generałem Hermaszewskim włącznie. Komu to potrzebne?

Jaruzelski widocznie to przewidział, bo na swoim grobie kazał napisać tylko skromnie:  „żołnierz”. Mogę się założyć, że  i  tak – mocą społecznego przyzwyczajenia i akceptacji – wszyscy i zawsze będą o nim mówili „generał Jaruzelski”.

Czy nie dostrzegają –  Szanowne Panie i Szanowni Panowie naprawiacze historii –  dziecinady i  śmieszności tych „patriotycznych” działań?

Czy naprawdę dążycie do tego, aby w mentalności rodaków wywołać i  utrwalić obraz Polski jako jedynego kraju, który zawsze był krystalicznie czysty, zaludniony przez pobożne anioły nieulegające (cytuję klasyka!) podszeptom diabła?

Kraju męczennika, którego nikt nie rozumie i nie docenia jego zasług? To błąd. Świat nie jest ogródkiem jordanowskim. Jak ktoś upadnie przy nieudolnym wstawaniu z kolan, to będą po nim deptać.

TADEUSZ WOJCIECHOWSKI  "Angora" nr 10/2018

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: