Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Rozmowa z MICHAŁEM RYNKOWSKIM – dyrektorem Polskiej Agencji Antydopingowej

– Wierzy pan w czysty sport?

– Dlaczego miałbym nie wierzyć?

– Choćby dlatego, że trwają zimowe igrzyska w Pjongczang, a nie wiadomo, kto ostatecznie wywalczył medale na poprzednich – w Soczi.

 

– To prawda, ale przecież przez 10 lat od momentu pobrania do badania próbki z moczem, nie możemy z pełnym przekonaniem mówić, że ten zawodnik, który był najlepszy w rywalizacji, jest rzeczywiście mistrzem bądź medalistą olimpijskim.

– To normalne?

–  Tak zdecydował świat sportu. W kształtowaniu obowiązującego obecnie prawa brały aktywny udział międzynarodowe federacje sportowe, Światowa Agencja Antydopingowa, ale też i rządy państw.

– Ale do 2028 roku nie będzie wiadomo, czy serio traktować wyniki rywalizacji na obecnych igrzyskach?

–  Rzeczywiście tak może się zdarzyć. Trzeba jednak pamiętać, że długi dziesięcioletni okres przetrzymywania i badania próbek miał być narzędziem do  skutecznego odstraszania zawodników nawet od myślenia o zażywaniu niedozwolonych środków. Rozwój nauki pozwala po upływie wielu lat na wykrywanie zabronionych substancji. Okazało się, że  u  wielu zawodników startujących w  2008 roku w  igrzyskach w Pekinie dopiero po badaniach kilka lat później stwierdzono stosowanie dopingu. Pierwotne badanie ich próbek moczu na to nie wskazywało.

– Cztery lata temu w Soczi oszustwo było jeszcze większe.

–  Praktyki, by  państwo wspierało zawodników w  stosowaniu dopingu, nie powinno mieć miejsca. Tak było przed laty w NRD i tak działo się ostatnio w Rosji. Badano tylko zawodników, którzy zajmowali odległe miejsca, a tych, którzy byli w czołówce, pomijano. To był świadomy mechanizm. Dobrze, że  go ujawniono.

W czasie zimowych igrzysk w  Soczi przy udziale Federalnej Służ- by Bezpieczeństwa, szefów Rosyjskiej Agencji Antydopingowej, pracowników laboratorium antydopingowego w Moskwie, dochodziło do tuszowania stosowania u sportowców zabronionych substancji poprzez wymianę moczu, bądź takie przygotowanie zawodników, by w trakcie badania w czasie igrzysk byli już „czyści”. Zamiana próbek odbywała się w laboratorium w Soczi.

Poprzez dziurę w  ścianie oddawano probówki, wylewano z nich mocz zawierający zabronione substancje, a wlewano ten z „czystego banku”. Rosjanie ewidentnie byli nastawieni na to, by odnieść sportowy sukces i to za wszelką cenę.

– A jak będzie w Korei?

– Jestem spokojniejszy. Koreańczycy są już od pewnego czasu wnikliwie obserwowani przez Światową Agencję Antydopingową i Międzynarodowy Komitet Olimpijski. Ponadto wydaje się, że to nie jest kraj, który będzie stosował takie same metody jak Rosja. Mam nadzieję, że będziemy mieli do czynienia z uczciwą rywalizacją sportową.

–  Ale kontrolerzy postawieni są na nogi?

–  To  normalne. Już od  roku zdecydowanie zwiększona była intensywność badań antydopingowych. Widoczna była wzmożona koncentracja na  przeprowadzaniu indywidualnych czy grupowych badań u zawodników, którzy potencjalnie mogli wystąpić w Pjongczang.

– Jest coś nowego, na co kontrolerzy muszą być szczególnie uczuleni?

– Pojawiają się nowe substancje. Trzeba być wyczulonym na  doping genetyczny, który od pewnego czasu funkcjonuje już w różnych formach. Ponadto znane już substancje mogą być stosowane w  taki sposób, że  ich wykrycie będzie utrudnione. Wiemy, że w Rosji podawano sportowcom steroidy anaboliczne androgenne, ale w mieszaninie z  alkoholem.

Mężczyźni dostawali chivasa, szkocką whisky, a  kobiety martini. Tym roztworem płukano usta, przez błonę śluzową substancja wchłaniała się do organizmu. Dzięki takiemu zabiegowi zredukowano czas detekcji, czyli wykrycia niedozwolonych środków o 10 dni. Zabronione substancje, które przekładały się na konkretny wynik sportowy, mogły być już niewykrywalne w czasie przeprowadzania analiz. Możliwości detekcji są obecnie niepomiernie większe.

– Co to znaczy?

– Laboratoria są już w stanie wykrywać substancje w bardzo niskich stężeniach, co wcześniej było absolutnie niemożliwe. Zdecydowanie większa jest także wiedza na temat, w jaki sposób substancja może być rozbijana na poszczególne metabolity. Jeszcze niedawno w przypadku jednej z nich wiedzieliśmy o 8, a dzisiaj już o 12 metabolitach. I ten 12. utrzymuje się w organizmie najdłużej ze wszystkich dotąd znanych. To pozwala wydłużyć czas wykrywania.

–  Często wskazuje się jednak na naruszenie przepisów przy przeprowadzanych badaniach.

–  Szalenie istotna jest zatem praca kontrolerów, by później nie podważać wiarygodności badań. Nie może być żadnych wątpliwości, co do właściwie wykonywanych obowiązków przy pobieraniu próbek, sportowiec musi być o wszystkim dokładnie poinformowany. Dzisiaj trudniej zawodnikom, ale zawsze znajdą się sportowcy, którzy będą chcieli system oszukać. Zdarzało się przecież, że pojawiali się na badaniach ze sztucznymi waginami czy penisami, w których znajdował się nieskażony mocz.

– Wierzyć zawodnikom?

– Hm... no wierzyć, ale tak jak na drodze w  ruchu samochodowym, trzeba zachować ostrożność. Są tacy, którzy  kłamią, oszukują nas kibiców, ale doświadczenie pokazuje, że zdecydowana większość sportowców chce rywalizować bez stosowania dopingu.

–  Zatem ufać, ale jednak kontrolować.

–  Gdyby bezgranicznie ufać, to  nie byłoby badań, nas kontrolerów, agencji antydopingowych. Nasza rola jednak jest konieczna. Trzeba ciągle skutecznie odstraszać zawodników, by nie sięgali po niedozwolone środki. Niekiedy trzeba przekonać także tych, co zawsze byli uczciwi, ale dopada ich kryzys.

W okresie załamania stają przed ścianą swoich możliwości i nabierają przekonania, że niczego więcej nie osiągną bez dopingu. Szkoda tylko, że są jednak niereformowalni sportowcy, którzy będą go stosowali do końca życia.

– Przed letnimi igrzyskami w Rio w 2016 roku wybuchła polska afera dopingowa. Teraz takich zaskakujących zdarzeń nie będzie?

– Wyniki, które do nas spłynęły, napawają optymizmem. Do tej pory szczęśliwie nie stwierdzono żadnego pozytywnego wyniku badań, czyli u zawodników z kadry olimpijskiej nie wykryto stosowania dopingu.

– Ale z waszej strony to nie był tzw. doping kontrolowany?

–  Zdecydowanie nie. Zdarzało się w przeszłości, że zbierano zawodników i musieli sikać na rozkaz. Wydanie certyfikatu czystości i tak niczego by obecnie nie gwarantowało. Kontrole nie są zapowiadane, muszą być takie. Nie spodziewam się świadomego przypadku stosowania dopingu. Trzeba jednak zakładać pewien margines.

Nieświadoma wpadka może się zdarzyć, trzeba by to było przyjąć z pokorą. Mogą być przecież zanieczyszczone produkty spożywcze czy odżywki. Doświadczenie pokazuje też, że dopingowe błędy popełniali zawodnicy, którzy powinni szczególnie zachować należytą staranność. Dlatego coraz większe środki przeznaczane są na szeroką edukację. Nieustannie zwracamy uwagę, by zawodnicy dbali o siebie i nie narażali się niepotrzebnie na przykre konsekwencje.

Przestrzegamy przed stosowaniem leków doraźnych bez konsultacji z lekarzem. Zachęcamy, aby stołować się w  oficjalnych punktach gastronomicznych. Odradzamy nawet spożywanie makowców, bo znane są przypadki, że bułka z makiem może dać pozytywny wynik na obecność morfiny. W ubiegłym roku mieliśmy dwa takie przypadki.

–  Do  dzisiaj przypominana jest, nawet wyśmiewana, historia o barszczyku i paszteciku...

– ...który na  igrzyskach w  Calgary w  1988 roku miał zaszkodzić polskiemu hokeiście. Wstydliwa jest też historia z 2010 roku, kiedy to na igrzyskach w Vancouver zabroniony środek wykryto u jednej z naszych biegaczek narciarskich. Miejmy nadzieję, że pozostaniemy wyłącznie przy tych zimowych polskich historiach dopingowych.

TOMASZ ZIMOCH  "Angora" nr 7/2018 

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: