Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.

Pomóż pomagać

                                                                                                     Zasady działania zbiórki

 

1. 17 lat walki o zdrowie i życie                  

 

A A A

W poniedziałek 3 kwietnia Prokuratura Krajowa ogłosiła zamiar postawienia rosyjskim kontrolerom ruchu lotniczego ze  Smoleńska zarzut umyślnego sprowadzenia katastrofy w ruchu powietrznym. Wytoczone są więc najcięższe działa, ale czy mamy do nich amunicję?

Zarzut umyślnego sprowadzenia katastrofy w ruchu powietrznym wydaje się być zupełnie nieuzasadniony. Bo co on oznacza? Że rosyjscy kontrolerzy celowo rozbili naszego Tu-154M pod Smoleńskiem?

A tak to wygląda, choć polskie prawo ma swoje niuanse i na upartego taki zarzut nie jest pozbawiony sensu. W polskim prawie istnieje bowiem coś takiego, jak zamiar ewentualny, czyli że jeśli okoliczności będą sprzyjać, to  sprawca wykorzystuje okazję i swoim działaniem wspiera ślepy los, tak by do katastrofy doprowadzić.

Cały dowcip polega na tym, że zamiar ewentualny też trzeba udowodnić. Dodajmy, że przed sądem rosyjskim, bo przecież o żadnej ekstradycji winnych do Polski nawet nie ma mowy.

 

W  świat pójdzie jednak informacja, że Polacy oskarżają rosyjskich kontrolerów o celowe doprowadzenie do katastrofy. Nikt nie będzie wnikał w szczegóły polskiego prawa i analizował owego zamiaru ewentualnego.

A na logikę, celowe doprowadzenie do katastrofy Tu-154M przez dwóch rosyjskich kontrolerów – operatorów radaru precyzyjnego podejścia do lądowania – jest zupełnie absurdalne.

Dlaczego? Ano dlatego, że realizacja takiego zamiaru wymagałaby współdzia- łania ze strony polskiej załogi. Bo to załoga doprowadziła do nadmiernego zniżenia, a  kontrolerzy swoimi błędnymi informacjami tylko przypieczętowali los samolotu.

 

Przypomnijmy, że załoga nie polegała wyłącznie na informacjach kontrolerów. Na pokładzie samolotu znajdowały się dwa sprawne wysokościomierze ciśnieniowe i  jeden radiowysokościomierz, a także odbiornik nawigacji GPS pokazujący pozycję samolotu.

Radiowysokościomierz pokazujący wysokość nad terenem bezpośrednio pod samolotem był w Smoleńsku bezużyteczny ze względu na ów jar znajdujący się przed lotniskiem, ale to właśnie z niego korzystał nawigator odczytujący na głos wysokość.

Skąd mieli o tym wiedzieć rosyjscy kontrolerzy? Zakładali, że załoga wioząca prezydenta jest dobrze wyszkolona, skąd mieli wiedzieć, że część członków załogi nie zakończyła szkolenia?

Dobrze działająca załoga jest w stanie określić, czy znajdują się na  właściwej ścieżce, korzystając ze wskazań wysokościomierzy ciśnieniowych i wskazań odległości od pasa podawanych przez GPS.

Właściwe położenie to wysokość będąca połową odległości: 6 km – 300 m, 4 km – 200 m, 2 km – 100 m itd. Wystarczy spojrzeć na wysokościomierz i  zaraz potem na  odległość, i wszystko jasne.

Operator radaru ma w tym wypadku korygować błędy i uszczegółowiać informacje podawane przez systemy samolotu. Gdy załoga dostrzeże różnice pomiędzy informacjami pokazywanymi przez własne przyrządy i  informacjami podawanymi z  ziemi, ma  dwie opcje do wyboru:

– własne przyrządy pokazują błędnie, a naziemny kontroler podaje prawdziwe informacje;

– własne przyrządy pokazują właściwie, a naziemny kontroler podaje błędne informacje.

Co należy zrobić w obu tych przypadkach? Natychmiast przerwać lądowanie! Nie wolno podejmować nieuzasadnionego ryzyka w tak złych warunkach.

 Odejść na drugie zajście i skierować się na własne lotnisko, a przynajmniej na lotnisko zapasowe, na którym panuje lepsza pogoda i dodatkowo jest do dyspozycji system lądowania ILS, którego wskazania rozstrzygnęłyby kwestię sprzeczności.

Bo wskazania ILS albo by się zgadzały ze wskazaniami innych przyrządów pokładowych, albo i  nie, a wówczas załoga powinna wiedzieć, co ma dalej robić.

 

Kontrolerzy w żadnym razie nie mogli wiedzieć, że załoga błędnie interpretuje wskazania własnych przyrządów. Nawet żeby im udowodnić tzw. zamiar ewentualny to  trzeba udowodnić, że  mieli świadomość, że załoga popełnia fatalny w skutkach błąd.

Gdyby faktycznie wiedzieli, że załoga leci na spotkanie ziemi, a oni w tej sytuacji podawali błędne informacje, to wtedy sprawa jest oczywista – wtedy można by mówić o celowym działaniu.

Rzecz w tym, że sama prokuratura mówi, że nasz samolot z ich radaru znikał, więc oni nie wiedzieli, gdzie naprawdę jest.

Chcąc ukryć fatalne nieprzygotowanie lotniska i zapewne zakładając, że załoga wioząca prezydenta państwa nie popełnia szkolnych błędów, pletli bzdury „na kursie, na ścieżce, w porządku”.

Fatalnie się na tym przejechali.

 

Ich wina nieumyślna jest nie do podważenia. To, że  załogę wprowadzali w błąd, jest faktem. To, że mogli być ostatnią deską ratunku, ale swojej szansy na uratowanie samolotu – przez fatalne lekceważenie swoich obowiązków –  nie wykorzystali, jest faktem.

Ale że celowo rozbili polski samolot? Moim skromnym zdaniem to absurd.

 

Uważam, że  kontrolerom należało postawić zarzut nieumyślnego sprowadzenia katastrofy w ruchu powietrznym. Taki zarzut jest bezsporny, łatwy do udowodnienia i całkiem zrozumiały.

W opinii znajomych prawników wina umyślna jest znacznie trudniejsza do udowodnienia.

Przy postawieniu takiego zarzutu, jeśli kontrolerzy nie poniosą żadnych konsekwencji, opinia publiczna i inne państwa będą miały pełną świadomość, że winni są Rosjanie – to oni nie przyjmują do wiadomości oczywistych zarzutów, to oni są stronniczy, to oni nie wyciągają konsekwencji wobec winnych.

Ale w obecnej sytuacji wszyscy staną po stronie Rosjan. To Polska stawia absurdalne (bo tak to zostanie odebrane) zarzuty, to strona polska jest nieobiektywna.

Wtedy my jesteśmy ci źli, a Rosjanie tylko słusznie bronią swoich obywateli przed nierozsądnymi, nieuzasadnionymi zarzutami. Robimy więc tak, jak byśmy sami chcieli, żeby kontrolerzy nie ponieśli odpowiedzialności.

Przy takim zarzucie Rosjanie nie będą z nami współpracować, niechętni przecież do współpracy nawet przy pierwotnych zarzutach mających mocną i oczywistą podstawę.

 

A swoją drogą, to jak w końcu było – samolot zniszczyły wybuchy na pokładzie, czy został on rozbity przez rosyjskich kontrolerów? Albo jedno, albo drugie. Niezależnie od przyjętej wersji, rezultat będzie jeden – wielu winnych tego, co się stało, nie poniesie żadnych konsekwencji.

MICHAŁ FISZER "Angora" nr 16/2017

Zamieszczamy,  w celach informacyjno-edukacyjnych, mniej niż 10% przedruków  zawartości   ANGORY. Do poczytania kilkadziesiąt ciekawych  stron https://www.angora.com.pl  lub wydanie papierowe  w każdy poniedziałek. Cena tylko 4 zł.                                                                                                       

   Tygodnik ANGORA dostępny  również na iPad i iPhone darmowa aplikacja.

 Wpisz w przeglądarkę: https://itunes.apple.com/app/tygodnik-angora/id428646005

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: