Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

W minioną sobotę na cmentarzu w podwarszawskim Radzyminie pochowano Wojciecha Pokorę. Nie był aktorem pierwszoplanowym, ale zawsze grał charakterystyczne role. I właśnie za to kochali go widzowie. Często mówiono, że jest królem polskiej komedii. Obruszał się, bo był zawsze skromny i prawie zawsze miał tremę. Aktor Cezary Żak wspomina swojego kolegę po fachu tak:

 

– To był facet tak cichy i spokojny, że  czasami nie wiedziałem, czy jest w teatrze.

Gdy Artur Barciś dowiedział się o  śmierci Wojciecha Pokory, napisał na Facebooku: „Nie żegnam Cię, Mistrzu, bo Twoje role zostaną z nami na zawsze...”.

Krystyna Janda wspomina go tak: – To był aktor, który jak mówił szeptem, było go słychać na ulicy. Taką miał nieprawdopodobną technikę.

– Zawsze w dyskretny sposób przechodził między tragicznością a komicznością –  wyznał reżyser Waldemar Śmigasiewicz.

Olgierd Łukaszewicz pamięta, że  Wojciech Pokora był bardzo zamkniętym w sobie kolegą, ale na scenie rozkwitał temperamentem. –  Przy  swojej kruchej sylwetce i wysokim głosie uzyskiwał efekt niebywały, osoby naiwnej, zaangażowanej, osoby ciągle zdumionej, zaskakiwanej.

Poczucie humoru Wojciecha Pokory oceniła Zofia Czerwińska: – Rzadko zdarza się człowiek z takim talentem, który potrafi rozśmieszać innego aktora. A przecież wzbudzanie uśmiechu jest trudniejsze od wywołania łez. A jego jakby życiowym celem było rozśmieszanie ludzi, zawodowo i prywatnie.

Dawał radość i smutek

Dziś przyjaciele żegnają magika sceny i planów filmowych, bo często tak o nim mówili.

Olga Lipińska zapamiętała swojego aktora z kabaretu jako człowieka, który nigdy nie przeklina. –  Zawsze był bardzo wrażliwy i delikatny.

Maja Komorowska doda: – Po prostu kochany człowiek...

Kościół Środowisk Twórczych pod wezwaniem św. Brata Alberta i  św. Andrzeja Apostoła stoi na warszawskim placu Teatralnym. Obok Teatru Narodowego. To idealne i symboliczne miejsce na pożegnanie aktora. Po kameralnej świątyni niesie się dźwięk organów, bo chorał Jana Sebastiana Bacha rozpocznie mszę żałobną. Na cokole nad wieńcami stoi czarna urna z prochami artysty, ozdobiona kremowo żółtymi różami.

Ksiądz profesor Andrzej Luter niejednego już żegnał artystę. O Wojciechu Pokorze powie tak:

–  Dzięki niemu nasza doczesność była lepsza. Pokazywał nam swój  talent, dawał nam radość, a  czasami smutek, nadzieję i refleksje. Mogę wręcz powiedzieć, że przez całe moje życie zawsze był Wojciech Pokora.

Wychowywałem się na  jego rolach, bo potrafił pokazać czułość i tkliwość, często ludzką bezradność, ale też niezależność i szaleństwo. A to wszystko jest przecież w każdym człowieku: i dobro, i zło. Donośny głos duchownego przebija serca żałobników. – I nie był to – jak by się mogło wydawać – aktor wesoły, bo jego humor miał wymiar gogolowski.

Jego śmiech był mądry, bo zmuszał do myślenia o najważniejszych sprawach.

Jak tam jest w tym Niebie?

W  słowa księdza wsłuchuje się Hanna Pokora. Byli małżeństwem 61 lat, wychowali dwie córki i doczekali się pięciorga wnucząt. Na początku ich znajomości – a poznali się już w liceum – nic nie zapowiadało jednak wielkiej miłości, bo  pani Hanna uważała go za  zarozumiałego człowieka.

– W pewnym momencie zorientowałam się, że w tym zarozumiałym Wojciechu się zakochałam! Strzała Amora trafiła mnie w drodze do filharmonii, gdy Wojtek – widząc kałużę –  przeniósł mnie przez nią na  rękach –  wyznała w  książce „Z Pokorą przez życie”. Jeszcze niedawno mówiła: –  Czas, kiedy mąż wychodzi na dwie godziny do teatru, jest dla mnie torturą. Nie mogę się doczekać, aż wróci...

– Pan Wojciech już wniebowstąpił, a my pytamy: Jak tam jest w tym Niebie, Panie Wojciechu? Do zobaczenia, bo kiedyś dołączymy do Pana – kończy mowę pogrzebową ksiądz Andrzej Luter.

Aktor Jerzy Bończak znał zmarłego prawie pół wieku. – Spotkania z Wojtkiem były dla mnie okazją do nauki zawodu. Podglądałem Twój aktorski kunszt, wdzięk i lekkość i wszystkie Twoje tajemnice wykorzystywałem egoistycznie w swojej pracy.

A teraz, jako uczeń, stoję nad Tobą i  wygłaszam swoją skromną mowę pogrzebową, chociaż dla mnie wcale nie odszedłeś.

Barbara Krafftówna jeszcze niedawno występowała z  Wojciechem Pokorą na scenie. –  Wszyscy widzieliśmy, że  jest już bardzo słaby, że dużo wolniej chodzi. Ale nie byliśmy pewni, czy on przypadkiem nie rozwija w  ten sposób swojej roli, że chce jakoś przekształcić spektakl.

Z Żerania do teatru

Aktorem został przez przypadek, bo od dziecka bez przerwy dociekał, jak skonstruowany jest samochód. Większość jego rodziny to  inżynierowie, dlatego i  on wybrał Technikum Budowy Silników Samolotowych, a później pracował w FSO na Żeraniu.

Tam z  ciekawości poszedł na  zajęcia kółka teatralnego, a później – już jako absolwent szkoły teatralnej –  prawie  przez ćwierć wieku pracował w warszawskim Teatrze Dramatycznym, a później w Teatrze Nowym i Teatrze Kwadrat.

W  filmie debiutował u  Andrzeja Munka w „Zezowatym szczęściu”. Na początku lat siedemdziesiątych cała Polska poznała go jako służącą Marysię w filmie „Poszukiwany, poszukiwana”.

Sam przeżywał traumę z powodu tej roli i szczerze jej nie znosił. „To się trochę spod kontroli wymknęło i było przerażające. Kilkakrotnie zmieniałem numer telefonu, bo ludzie robili sobie żarty.

Dzwonili i  pytali, czy gosposia nie potrzebuje pracy. Na  ulicy dzieci wołały za mną: „Marysiu!”, a na plaży krzyczały: „Marysiu, zupa ci kipi!” – opowiadał w wywiadach.

Ale reżyser Stanisław Bareja go pokochał. Zagrał w  jego najbardziej kultowych filmach: w  „Misiu”, „Nie ma róży bez ognia”, „Brunecie wieczorową porą”, „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?”, a także w serialu „Alternatywy 4”.

Poznaliśmy go również jako hrabiego Żorża Ponimirskiego w „Karierze Nikodema Dyzmy” i jako niesympatycznego oficera Milicji Obywatelskiej z serialu dla dzieci „Przygody psa Cywila”. Grał również u Janusza Majewskiego w „CK Dezerterzy”.

Po raz ostatni pojawił się na ekranie przed dwoma laty w serialu „Na  Wspólnej”.

Był też związany z „Och-Teatrem” Krystyny Jandy. Zawód aktora uważał za wspaniałą przygodę, choć nie uznawał aktorstwa za misję.

–  Może w  jakimś maleńkim procencie wpływamy na  samopoczucie czy postawę życiową widzów, ale lekarz –  a  szczególnie chirurg – naprawdę ratuje życie – zwierzał się dziennikarzom.

Przez ostatnie lata miał kłopoty z sercem, przeszedł zawał i udar. Pytany o  samopoczucie i  zdrowie odpowiadał zazwyczaj: „Jestem bardzo, ale to  bardzo dorosłym panem”. Ale też zapewniał: „W życiu mi się powiodło”.

Od początku tego roku był w szpitalu – zmarł nad ranem 4 lutego. Miał 83 lata.

Z cukrem na składaku

Wojciech Pokora spoczął na cmentarzu Bohaterów Bitwy Warszawskiej 1920 r. w Radzyminie pod Warszawą. Nieprzypadkowe to miejsce pochówku, bo nieopodal artysta miał ukochaną działkę, na której od wielu lat spędzał każdą wolną chwilę.

Zgodnie z  wolą rodziny była to skromna uroczystość pogrzebowa. Przyszli jednak mieszkańcy Radzymina.

Pan Krzysztof znał zmarłego aktora, bo często spotykali się w sklepie. Zapamiętam go jednak najbardziej z filmu „Poszukiwany, poszukiwana”: – Znam ten film na pamięć, ale ilekroć go oglądam, to śmieję się do rozpuku.

Zawsze mam w  oczach pana Pokorę jadącego na  składaku z  torbami rozsypującego się cukru. I  tak mi zostanie.

A rola w „Czterdziestolatku”? Przecież nikt się tak pięknie nie krztusił jak docent Gajny, gdy zobaczył zdjęcie inżyniera Karwowskiego w gazecie...

JACEK BINKOWSKI  "Angora" nr 7/2018

Zamieszczamy,  w celach informacyjno-edukacyjnych, mniej niż 10% przedruków  zawartości   ANGORY. Do poczytania kilkadziesiąt ciekawych  stron https://www.angora.com.pl  lub wydanie papierowe  w każdy poniedziałek. Cena tylko 5 zł.                                                                                                       

   Tygodnik ANGORA dostępny  również na iPad i iPhone darmowa aplikacja.

 Wpisz w przeglądarkę: https://itunes.apple.com/app/tygodnik-angora/id428646005

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: