Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Rozmowa z dr. ROBERTEM SZYMCZAKIEM – himalaistą, zdobywcą trzech ośmiotysięczników, pracownikiem Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, lekarzem trwającej zimowej wyprawy na K2

 – Z daleka brał pan udział w akcji ratunkowej na Nanga Parbat.

–  To  była pomoc płynąca z  dobrego serca, na  zasadzie dobrego samarytanina. Kilka takich ratunkowych akcji górskich online mam za  sobą. Jestem lekarzem medycyny ratunkowej. Nauczyłem się przez wiele lat, jak sobie radzić z  decyzjami dotyczącymi ratowania życia ludzkiego. Był już zatem mniejszy stres, spokojnie można było podejmować decyzje. Trzeba znać własne możliwości, mniej wtedy wątpliwości, a łatwiej o właściwe decyzje. W tej akcji wiedziałem, jakie mamy szanse.

 

– Jak ta akcja zaczęła się dla pana?

– Odezwał się do mnie Jacek Czech, himalaista. Byłem z  nim 8 lat temu na wyprawie właśnie na Nanga Parbat. Napisał o potrzebie ratunku Tomka Mackiewicza i Elisabeth Revol.

– Słyszał pan wcześniej o wyprawie Polaka i Francuzki?

– Tak. Moim zdaniem długo przebywali w  strefie ekstremalnej wysokości. Można było mieć obawy, przeczucia, że coś niedobrego może się wydarzyć. Jestem bardzo szczery – wie pan, że nie byłem do  końca pewien, czy chłopaki z wyprawy na K2 zdecydują się na akcję ratunkową.

– Dlaczego?

–  Nie chcę wywoływać dyskusji, zwłaszcza z  tymi, którzy  uważają, że  Tomasz Mackiewicz spełniał swoje marzenia i to supergość. W środowisku górskim to była kontrowersyjna postać. Chodził w swoim stylu. U mnie budziło to  szacunek; kiedyś nawet uważałem, że  to  romantyczne zdobywanie szczytów, choć przecież pozbawione większej organizacji.

Miał swoją drogę, której nie neguję, ale trzeba mieć jednak przynajmniej minimalne zabezpieczenie, można spełniać, zaspokajać swoje marzenia, ale w górach trzeba mieć jednak i plan B.

Według mnie trzeba się trochę przemóc, by takiej osobie pomóc. Można to w pewnym stopniu porównać do wewnętrznego początkowego sprzeciwu, z jakim musi poradzić sobie lekarz w szpitalu, kiedy musi ratować człowieka, który doznał poważnego urazu w wypadku, ale prowadził samochód pod wpływem alkoholu.

Wysłałem do chłopaków pod K2 mail; Napisałem, że uszanowana będzie każda ich decyzja, że pewnie pojawiają się wątpliwości; podkreśliłem, że łatwo „rękoma z daleka” czegoś wymagać, ale oprócz nich nie ma nikogo, kto może pomóc.

–  Wielu powie:  nie mieli innego wyjścia!

–  Łatwo wypowiadać takie słowa tym, którzy nie znają realiów, nigdy nie byli w  skrajnie trudnej sytuacji. Przed laty, wyczerpany po  zdobyciu ośmiotysięcznika Dhaulagiri, przekonałem się, że  nie byłbym w  stanie pomóc innej osobie.

Czterech chłopaków, którzy ruszyli na  ratunek Tomkowi Mackiewiczowi, zasługuje na ogromny szacunek. W tej grupie znaleźli się ci, którzy mają doświadczenie wysokogórskie związane z  akcjami ratunkowymi. Także zakończonymi tragediami. Pewne historie mają przemyślane, przynajmniej podświadomie.

–  Jak wyglądała organizacja tej akcji?

–  Znalazłem się w  międzynarodowej grupie – między innymi włoskich i francuskich alpinistów –  chcącej pomóc też z oddali. Znałem pakistańskie realia wypraw, byłem tam kilka razy. Wiedziałem, że jeśli w Pakistanie nie będzie pieniędzy na stole, to żaden śmigłowiec nie poleci w góry.

Członkowie tej grupy długo mieli pretensje, że ciągle na to zwracam uwagę. Moje przypuszczenia szybko znalazły potwierdzenie. Okazało się, że potrzeba 50 tysięcy euro. Tomek nie miał ubezpieczenia, a to, które miała Eli, nie było wystarczające. Nie ma  ubezpieczenia, to  nie ma kasy, nie ma ratunku.

W ambasadzie Polski w Pakistanie nie było środków finansowych, by  natychmiast pokryć koszty. Zadzwoniłem do żony Tomka i jej brutalnie o tym powiedziałem. Chciałem ją zmotywować do  działania. Rozpoczęła się zbiórka w  mediach społecznościowych. W międzyczasie efekt przyniosły mocne działania pana Zbigniewa Wyszomirskiego, radcy w ambasadzie w Islamabadzie.

Został bardzo ważną, nawet kluczową osobą w tej akcji. Dostał zielone światło z naszego MSZ. Francuzi taką decyzyjnością dyplomatyczną się nie wykazali. Pojawiły się pieniądze na stole, ale minęło też sporo czasu.

– Trzeba było czekać, by helikoptery mogły przerzucić naszych alpinistów spod K2 w okolice Nangi.

–  Była nerwowa atmosfera, bowiem pogoda nie sprzyjała lotom. Był plan, by skorzystać z ekipy pakistańskiej, którą starali się zorganizować francuscy przyjaciele Eli. Kiedy poinformowałem o tym pana Wyszomirskiego, słusznie zauważył, że to przecież głównie akcja ratowania uwięzionego Polaka.

Jeśli Francuzi chcą, to niech sami załatwiają helikoptery dla pakistańskich ratowników. To było bardzo rozsądne z jego strony. Pogoda szczęśliwie się poprawiła, ale gdy czterech chłopaków znalazło się w rejonie Nanga Parbat, było już późno. Zaskoczyli mnie natychmiastową, szybką, nocną akcją.

Znam Nangę, pamiętam, że w czasie mojej wyprawy, i to latem, kilka zespołów musiało kłaść liny, by dotrzeć do obozu II, a tutaj wręcz trudno było uwierzyć, że Adam Bielecki i Denis Urubko w zimowych warunkach zasuwali w fantastycznym tempie. Dotarli do  Francuzki błyskawicznie. Czapki z  głów. Ogromny szacunek.

Jestem pod wielkim wrażeniem ich możliwości, sportowego wyczynu, motywacji.

–  Miał pan wtedy z  tą  czwórką łączność?

– Grzał się mój telefon, bo miałem satelitarny kontakt z Jarkiem Botorem, a on miał radiowe połączenie z Bieleckim. Słowa uznania dla Jarka i Piotrka Tomali. Oni zostali niżej, nie mieli namiotu, tylko śpiwory przetrwania. Ważne było, by w tej akcji wszystko zagrało.

Konieczne było niemal dokładne wyliczenie, o  której w niedzielę mają się pojawić po nich helikoptery. Były opracowywane wcześniej różne warianty, także te pełne marzeń o  szczęśliwym finale. Wszystko jednak zależało od  informacji, jakie o  Tomku miała przekazać chłopakom Eli. Okazało się, że nie ma szans na jego uratowanie.

Według mnie wiedziała, że to niemożliwe. Miał obrzęk mózgu. Eli podjęła trudną decyzję. Czy ma sens śmierć razem z osobą, która nie ma już szans na przeżycie? Jej przyjaciel, z którym miała kontakt SMS-owy, cały czas ją motywował. Chodziło, by nie poddawała się.

Niektórzy nie są w stanie tego zrozumieć, ale na polskich drogach dzieje się to codziennie. Ratujemy tylu, ilu jesteśmy w stanie, kogo można. Zajmowanie się osobą, która nie rokuje, spowoduje, że zmarnujemy wtedy czas i nie pomożemy tym, którzy mają szanse na przeżycie. Trzeba podejmować racjonalne decyzje.

Błędnymi można uspokajać tylko sumienie.

– Akcja sprowadzenia francuskiej himalaistki to kolejny wyczyn polskiej grupy ratowniczej.

–  Adam Bielecki miał nadzieję, że  może śmigłowiec dotrze wyżej, ale okazało się to nierealne. Chłopaki sprowadzili Eli trudną drogą, trzeba brać pod uwagę osłabienie Francuzki.

Trwały i inne działania, należało w miarę precyzyjnie określić godzinę przylotu helikoptera, bo Pakistańczycy jasno mówili, że każda godzina jego oczekiwania to kolejne 5 tysięcy dolarów. Wybrano szpital w Islamabadzie, do którego miała zostać przetransportowana alpinistka. Nawiązałem kontakt z lekarzem w tamtejszej ambasadzie Francji.

Miałem też łączność z doktorem Cauchy w Chamonix.

– To specjalista leczenia ludzi, którzy ucierpieli w górach.

– Kilka dni przed wylotem członków wyprawy na  K2 przeczytałem artykuł francuskiego lekarza. Emmanuel Cauchy pisał o leczeniu odmrożeń na polu walki, chodziło o  terapię prostaglandyną dwóch himalaistów nie w  warunkach szpitalnych, a jeszcze w bazie i – co ciekawe – w czasie wyprawy na K2.

Skonsultowałem to z najlepszym polskim specjalistą leczenia odmrożeń, z doktorem Adamem Domanasiewiczem. On kurację prostaglandyną stosował u himalaistów po  wyprawie na  Makalu w  2010 roku. Rozmawiałem też z  innym lekarzem, moim kolegą Pawłem Podsiadłą.

Utwierdzili mnie w przekonaniu, że taki lek powinien znaleźć się na wyposażeniu aptecznym naszej wyprawy. Udało się niemal w ostatniej chwili. Zamówiłem ampułki prostavazinu, bo  pod taką nazwą występuje wspomniany środek. Był do odebrania w dniu wylotu ekipy.

Marta Naczyk, dietetyk himalaistów, pędziła z Gdańska na lotnisko i szczęśliwie przekazała chłopakom jakże cenną paczuszkę. Okazało się, że tego lekarstwa nie było w szpitalu w stolicy Pakistanu. Jarek Botor kilka ampułek przekazał Eli Revol.

Pozostałe są nadal w apteczce naszej grupy pod K2. Wiele spraw zagrało fantastycznie w tej akcji. Jestem pod wrażeniem, czego dokonała ta wspaniała czteroosobowa grupa. To najwyższa forma himalaizmu.

To jest egoistyczny sport, szczyty zdobywa się dla siebie. Dla sławy, pieniędzy i powodzenia u kobiet, jak to mawiał niezwykły himalaista Artur Hajzer.

Bielecki, Botor, Urubko i Tomala zrobili coś wyjątkowego dla kogoś innego, narażając siebie na duże niebezpieczeń- stwo. Przypominają mi się słowa pewnego starszego duchownego: „Nie wiecie, gdzie współcześnie szukać świętych? Szukajcie w  tych, którzy ratują życie w górach”.

Ratownicy dali świadectwo człowieczeństwa. Żeby ratować innego, postawili swoje życie na szali. Ta wspaniała czwórka może być przykładem, wzorem dla innych. Uważam, że  takie historie utwierdzają wszystkich w przekonaniu, że dobro zwycięża.

– Pan był tym piątym z daleka...

...tak napisał do mnie Jarek Botor. To  miłe, ale ja  w  taki sposób realizuję obecnie swoją pasję. Zawiesiłem górską działalność

– Jest pan „uśpionym” himalaistą?

– Tak to można określić. W tej akcji miałem poczucie bliskości z chłopakami, ale jednocześnie wiedziałem, gdzie jestem. To tak jak podczas schodzenia ze szczytu; człowiek, mając niedotleniony mózg, żyje jakby w dwóch przestrzeniach.

– Miał pan w czasie wysokogórskich wypraw halucynacje?

– Właśnie schodząc z Nanga Parbat. Wiedziałem, że idę do namiotu, a jednocześnie pojawiło się przede mną pakistańskie dziecko i  migało mi  latarką. Pomyliłem drogę i minąłem obóz.

– W czasie, gdy był pan czynnym himalaistą, zrobił pan doktorat.

– Napisałem pracę – „Wpływ przewlekłej hipoksji, czyli niedotlenienia wysokogórskiego, na  wybrane parametry życiowe człowieka”. Badałem wpływ wysokości na funkcje poznawcze i sprawy wydolnościowe, zaburzenia snu.

– Obrzęk mózgu to jedna z chorób wysokościowych.

– Kolejne to obrzęk płuc, ostra choroba górska i deterioracja, czyli wycieńczenie wysokościowe.

– Jakie są objawy?

– Obawiam się takich porównań, ale przykładowo trafne jest skojarzenie ostrej choroby górskiej z samopoczuciem, kiedy mamy kaca. Boli głowa, występuje apatia, nudności. Obrzęk mózgu występuje, kiedy jesteśmy na dużej wysokości zbyt długo lub za szybko tam się znaleźliśmy. Objawy są  podobne do  tych, kiedy przesadzi się z alkoholem.

Nawet badania pokazują, że  zaburzone są  te same ośrodki mózgu. Traci się równowagę, pojawia się chwiejny krok, wymioty, urywa się film. Występuje senność lub agresywność. Konsultowałem kiedyś filigranową dziewczynę, która po wejściu na Mont Blanc stała się wobec innych agresywna.

–  Nie stosuje się środków farmakologicznych?

– Każdy z uczestników obecnej zimowej wyprawy na  K2 ma  przy sobie zastrzyk z dexametazonem – lekiem, który zmniejsza obrzęk. Ale to tylko kupowanie czasu, zwiększenie szans na to, że  będziesz mógł samodzielnie zejść. To działanie objawowe, a nie leczące.

– A worek hiperbaryczny?

– Też jest na wyposażeniu ekipy. Trudno w  nim kogoś transportować, może mieć zastosowanie w  bazie. Będąc w worku, jak go napompujemy, to jesteśmy w stanie uzyskać ciśnienie wyższe o 0,2 atmosfery. A to oznacza, jakbyśmy byli 2000 m niżej. Są dowody naukowe, że narażanie się na przebywanie bez tlenu na dużych wysokościach pozostawia ślad w  mózgu.

Niejako świadomie lub nie himalaiści wybrali niemal taki sam sport jak boks zawodowy. Tylko tutaj nie ma stawek jak za walkę w ringu.

– Doświadczony, zaaklimatyzowany alpinista ma też niedotleniony mózg?

– Oczywiście i podejmowanie właściwej decyzji może być wtedy obarczone błędem. Funkcje poznawcze stają się ograniczone i na przykład założenie, że zdąży wejść jeszcze na szczyt może być złudne.

–  Leczenie chorób wysokościowych jest proste?

–  Najważniejsze, by  zauważyć, nie zbagatelizować objawów, szybko zareagować. Wtedy wzrastają szanse na ratunek. Leczenie to zejście w dół. Jak w  Nowym Testamencie: 

„Byłem głodny, nakarmiliście mnie, było mi zimno, odzialiście mnie”. Tutaj nie ma wielkiej filozofii, nie przeprowadza się operacji na otwartym sercu. Wystarczy sprowadzić, ogrzać, napoić, odżywić, zmotywować.

Na himalaistę czyhają różni „zabójcy”. Już powyżej 5500 m nie jesteśmy w  stanie, mimo aklimatyzacji, dostarczyć tyle tlenu, ile organizm potrzebuje. A to działa na mózg. Drugim zabójcą jest wychłodzenie, które w sytuacjach ekstremalnych narasta.

Widoczne jest z tego powodu zaburzenie świadomości. Człowiek traci przytomność, zasypia, stopniowo umiera.

–  Jeszcze głośniej stawiane są  obecnie pytania o  sens wypraw w wysokie góry.

–  A  wyścigi Formuły 1  mają sens? A boks czy skoki narciarskie? Himalaista robi to, co lubi, tak jak kierowca czy skoczek, tyle że nie ma z tego kasy. Ryzyko pewnie jest większe, nie można jednak nikomu odbierać marzeń.

Gdyby himalaistom płacono grube miliony jak za walkę bokserską, to może nie byłoby pytań, dlaczego się wspinają. Może to właśnie ludzi dziwi, jest niezrozumiałe, że to, czego dokonuje himalaista, jest tak bezsensowne w kwestii materialnej. To ma ulotny sens, jest nim tylko to, co czuje ten człowiek, a nie coś wymiernego.

–  Wybitny himalaista Artur Hajzer przywoływał często słowa żyjącego w  XVIII wieku prekursora alpinizmu Baltazara Hacqueta. Uważał, że  na  wyprawy górskie powinni wybierać się tylko kawalerowie. Z dwóch powodów, by nie zaprzątać sobie myśli rodziną, a pozostawiona w domu żona nie myślała o pokusach.

– Z Arturem byłem na kilku wyprawach. Przypominał te słowa, bo też uważał, że niewiele straciły z aktualności. Tomek Mackiewicz jest pierwszym Polakiem, który wszedł zimą na Nanga Parbat.

Sukcesem jest wejście na  szczyt, a  porażką śmierć. Góra nie za  darmo oddała szczyt. Jako lekarzowi medycyny ratunkowej łatwiej mi jest się nie rozczulać. Myślę sobie, że jeśli ktoś miał satysfakcję, był dobrym człowiekiem, miał załatwione wszystkie historie życiowe, zostawił świat spokojny, to można myśleć o jego pięknej śmierci.

Ale nikt nie wie, czy ten, który odchodzi w górach, jest z tym pogodzony. Czasami śmierć, która dla bliskich jest tragedią, nasze myślenie posuwa do przodu. Nie każda śmierć nie ma sensu. Wydarzenia sprzed kilku dni, zwłaszcza akcja ratunkowa, powinny pobudzić ludzi, nas wszystkich, tylko do czegoś dobrego.

TOMASZ ZIMOCH  "Angora" nr 6/2018 

Zamieszczamy,  w celach informacyjno-edukacyjnych, mniej niż 10% przedruków  zawartości   ANGORY. Do poczytania kilkadziesiąt ciekawych  stron https://www.angora.com.pl  lub wydanie papierowe  w każdy poniedziałek. Cena tylko 5 zł.                                                                                                       

   Tygodnik ANGORA dostępny  również na iPad i iPhone darmowa aplikacja.

 Wpisz w przeglądarkę: https://itunes.apple.com/app/tygodnik-angora/id428646005

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: