Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

„Lać ich! Oni są  sami”. Ten okrzyk rozległ się w Champigny-sur- Marne, na bliskich przedmieściach Paryża w sylwestrową noc. W ruch poszły pięści. Ofiarami byli młoda policjantka i jej przełożony. Niemal doszło do linczu. Hangar w tak zwanej strefie przemysłowej niezwykle długiego miasta ciągnącego się wzdłuż Marny. To miasto robotnicze. W hangarze jego właściciel urządził dla znajomych (bagatela – 200 osób) sylwestrową prywatkę. Nielegalną. Nie mieli na to zezwolenia mera ani prefekta.

 

Przed wejściem zebrał się tłum chętnych, którzy też chcieli się pobawić. Gospodarz nie chciał ich jednak wpuścić, bo nie było miejsca. Tłum gęstniał i napierał. Zebrało się 300 – 400 osób. To nie byli emigranci. To byli biali, czarni, śniadolicy arabskiego pochodzenia, skośnoocy mieszkańcy Champigny. Wszyscy Francuzi. Już ten i ów znalazł się na ziemi. Deptali po nim inni. Pod naciskiem ludzkiej masy najpierw runął rachityczny murek ogrodzenia.

Potem puściły stalowe pręty zabezpieczenia wejścia do  hangaru od  tyłu. Wynajęci ochroniarze byli bezradni. Właściciel magazynu zadzwonił po policję. Przybył zakuty w zbroję od nakolanników, po tarcze, hełmy i  naramienniki specjalny oddział CRS. To formacja policji szkolona do  rozpędzania nielegalnych manifestacji. Doszło do regularnej bitwy.

Z  jednej strony użyto gazów łzawiących, z drugiej – prętów, cegieł, kamieni i zrabowanych w magazynach po sąsiedzku gaśnic przeciwpożarowych. CRS-owcy strzelali Flash Ball. Osiemnastoletni Ali pokazuje gigantycznego krwiaka na łydce – to tam go trafił policyjny pocisk. To on, Ali, okaże się w końcu bohaterem.

Na razie on i inni naoczni świadkowie przyznają, że „to była katastrofa”. Dookoła płonęły podpalone magazyny i samochody, w któ- rych  stalowymi prętami wybijano szyby. Demolka na całego. – Różne przedmioty latały w powietrzu. Ludzie biegli jak oszalali we wszystkich możliwych kierunkach. Apokalipsa – opowiada 55-letni Manu. To  wtedy dwoje policjantów –  młoda dziewczyna i  jej przełożony –  zostało nagle odizolowanych od reszty oddziału. Napastnicy natychmiast zorientowali się w sytuacji. Około dwudziestu z nich otoczyło ich i powaliło uderzeniami pięści na ziemię, a wtedy w ruch poszły kopniaki wymierzane na oślep.

– Oni chcieli tę parę policjantów zmasakrować – mówi Ali, który złapał dziewczynę i zawlókł do swojego samochodu. A potem, rozpychając się w tłumie, dopadł jej przełożonego, którego praktycznie „wrzucił” do auta swoich przyjaciół. Udało się ich wywieźć. Prezydent Emmanuel Macron zapowiedział wszczęcie natychmiastowego dochodzenia, by bezzwłocznie znaleźć sprawców. To nie była napaść o charakterze rasistowskim.

Policja szczególnie na  przedmieściach wielkich miast jest najbardziej znienawidzoną grupą społeczną. Potem strażacy, bo  gaszą pożary, które wywołują rozrabiacze. Tak było i tym razem. Obiektem ataków przy użyciu kamieni były także wozy strażackie, czyli ludzie najlepiej we Francji wyszkoleni, bo nie tylko walczą z ogniem, ale również przyjmą poród i zdejmą kota z dachu. Tutaj nie wzywa się pogotowia. W nagłych przypadkach najpierw dzwoni się po strażaków.

Zaatakowano także pojazd Obrony Cywilnej, która śpieszyła z pomocą poszkodowanym. Władze, na sylwestra i Nowy Rok, zmobilizowały 140 tysięcy policjantów, żandarmów i żołnierzy. Głównie w obawie przed atakiem terrorystycznym i głównie w Paryżu. Zapomniano o przedmieściach i o chuliganach.

Znęcanie się rozjuszonego tłumu nad parą policjantów zmobilizowało funkcjonariuszy do protestów. Nieśli transparenty z napisami: „Bezkarność przestępców” i „Mamy dość tej antypolicyjnej nienawiści”. Protestowali nie tylko w Champigny-sur-Marne, ale i Saint-Etienne, Tuluzie, Bordeaux i Lille.

(MB) Na podst.: Le Figaro, BFM TV

Uprawnienie do komentowania tylko dla zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: