Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Niemcy w liberalnych polskich mediach to kraj dobrych płac, wysokiej etyki pracy i niedostępnych dla nas wyżyn kultury wysokiej. W mediach prawicowych to dla odmiany kraj zislamizowany, na granicy upadku. Ja na berlińskiej ulicy widzę kraj przeciętny. Mieszkam w Berlinie już prawie 15 lat. – Co to za akcent, bo już się długo zastanawiam? – Zagaduje mnie miła starsza pani w tramwaju, która przysłuchiwała się mojej rozmowie przez telefon. – A jaki pani przypomina? – odpowiadam pytaniem.

 

 – Jest pani Angielką? – Nie, jestem z Polski – mówię. Widzę grymas niezadowolenia, że pani tak przestrzeliła. Niemka ze wschodu, pewnie nie zna angielskiego – myślę.

– Moi rodzice pochodzą z Königshütte, to Oberschlesien. – Tak, wiem, to Chorzów teraz, mieszkałam tam. – Jest pani też Niemką? – Nie, jestem Polką. – Ale mówi pani tak dobrze po niemiecku, gdzie się pani nauczyła? – W Polsce. Pani patrzy na mnie przeciągle. Konwersacja zamiera. Pani zagaduje jednak do sąsiadki i mówi głośno: wszędzie ci cudzoziemcy. Obie panie kiwają głowami i nakręcają się wzajemnie, ubolewając nad upadkiem Niemiec – „Sami obcy wszędzie i mieszkania drożeją”. Wysiadam przy Ikei, panie jadą dalej, siadam na pierwszej skandynawskiej kanapie i głęboki wdech i wydech. Wschodni Berlin jakieś pięć lat temu.

***

Nigdy nie czytałam w polskiej mainstreamowej prasie krytycznego artykułu o współczesnych Niemczech. Niemcy w liberalnych polskich mediach są krajem posiadającym jakąś nadzwyczajną moc, są krajem rządzonym przez mądrych i uczciwych polityków (w odróżnieniu od polskich, którzy są tylko źli i chciwi, niezależnie od tego, kto rządzi). To kraj dobrych płac, wysokiej etyki pracy i niedostępnych dla nas wyżyn kultury wysokiej. Berlińczyk w weekendy chodzi do klubów, je falafel, pije piwo i chwali lewicową wersję wolności. Życie-marzenie liberalnej lewicy. Oczywiście, Niemcy w mediach prawicowych to dla odmiany kraj zislamizowany, na granicy upadku. Ja na berlińskiej ulicy widzę kraj przeciętny. Mieszkam w Berlinie już prawie 15 lat. Od wielu lat uczę języka polskiego i języka niemieckiego.

– Ach Ursula, szukamy sprzątaczki, możesz nam kogoś polecić? –Chętnie, ale nie znam nikogo takiego. – Ach myślałam, że wy Polacy sięwszyscy znacie, zadzwoń, jak sobie kogoś przypomnisz.

Przyzwyczaiłam się już, że w Polsce każdy ma opinię na temat tego, jak w Niemczech jest i jacy są Niemcy. Po niemieckiej stronie granicy opinię o Polakach też każdy ma, choć z wiedzą nieco gorzej. Pytanie, jakie mi zadają, brzmi: „Urszula, jacy są Polacy?”. Odpowiedź mam przećwiczoną: – Wiesz to duży naród, prawie 40 mln, wszystko znajdziesz i profesora, i bezdomnego alkoholika. – A to jak u nas… – odpowiadają z rezygnacją. Gdy w Polsce pytają mnie o Niemców, odpowiadam tylko, że są inni niż Polacy, mają inne podejście do życia, inne rzeczy są dla nich ważne.

***

To jest moja przyjaciółka z Polski, ale ona studiowała. Zastanawiam się, czy ja mogłabym kogoś przedstawić: Moja przyjaciółka z Niemiec, ale ona nie jest bogata.

***

W Polsce mówię też, że Niemcy to normalny, zwyczajny kraj. Berlin jest biedny i zadłużony, pracować trzeba, koszty życia rosną, o dobrą pracę trudno, czynsze podnoszą, czyli jest jak wszędzie. W to nikt mi nie wierzy, niektórzy podejrzewają, że celowo wprowadzam ich w błąd. Częściowo słusznie, bo choć Berlin jest biedny i jest miastem innym od wszystkich polskich miast, to jest inny także od wszystkich miast niemieckich.

Niemcy się zmieniają, za cztery lata odejdzie na emeryturę większość znanych nam polityków. Dwa miesiące po wyborach Angela Merkel ma ogromny problem z uzyskaniem poparcia i stworzeniem koalicji. Jeśli zostanie po raz kolejny kanclerzem, będzie miała zdecydowanie słabszą pozycję niż przez ostatnie lata. Gotowość na zmianę przywództwa w CDU widać już wyraźnie. Na razie wszyscy chcą być w opozycji – jasne, że łatwo będzie punktować w zasadzie każdą decyzję nowego rządu.

Problemy, przed jakimi stają Niemcy, są ciężkiego kalibru (że wymienię tylko przygotowanie się na olbrzymie zmiany na rynku pracy związane z cyfryzacją albo politykę migracyjną) i zdecydowanie łatwiej w tej sytuacji jest być recenzentem niż autorem rozwiązań. Gratuluję zatem polskiej prawicy talentów budzenia demonów. Każdy następny kanclerz będzie mniej wrażliwy na polskie kompleksy i pohukiwanie, to raczej pewne. Antyniemieckie klimaty w Polsce umiejętnie wykorzystają za to niemieccy populiści – Erika Steinbach była gościem honorowym na zjeździe AfD, poparła tę partię w kampanii wyborczej. Populiści nie boją się nowych wyborów, partia Merkel boi się i to bardzo.

 
 

Najbliższe cztery lata będziemy obserwować w Niemczech stopniową radykalizację postaw i mam tutaj nie tylko na myśli oddawanie posłom AfD mikrofonu w Bundestagu. Większą troskę budzi we mnie zaostrzenie kursu pozostałych partii. Już w tej chwili bawarska CSU prawie nie odbiega w tonie od populistów. Ta sama partia, która latami dumna była z tego, że na prawo od niej jest już tylko ściana. Okazało się, że było tam wystarczająco dużo miejsca, by Alternatywa dla Niemiec uzyskała w Bawarii fenomenalny wynik – 12%. Dla CSU był to najgorszy wynik od 1949 roku czyli od początku istnienia partii.

Nie mogłam uwierzyć, jak długo ignorowano w kampanii wyborczej problemy migracyjne. Jedna z teorii zakładała, że jakiekolwiek mówienie o migrantach – obojętnie czy pro czy kontra – podbijało słupki populistom. Niemówienie o nich okazało się równie zgubne. Partie próbowały podrzucać wyborcom inne tematy – a to emerytury, a to prognozy gospodarcze i cyfryzacja itd. Nic nie chwytało.

Dla mnie było to oczywiste, każda rozmowa obojętnie z kim na temat polityki dotyczyła tylko i wyłącznie problematyki migracyjnej i uchodźczej. Jako, że od lat pracuję z uchodźcami i znam wiele osób zajmujących się aktywnie migrantami, to nieustannie rozmawialiśmy o tym, jak straszne skutki możne mieć to zaniechanie i brak odwagi czy wyobraźni politycznej. Przyznawaliśmy populistom wysokie noty za ocenę nastrojów społecznych i umiejętne kanalizowanie tych emocji. Było to tak proste, że tylko arogancja nie pozwoliła niektórym uwierzyć, że może być również skuteczne.

Tymczasem pokłady arogancji wielu aktorów niemieckiej sceny politycznej są nieskończone, a AfD mówi to, co ludzie z klasy średniej boją się zwerbalizować a niskoopłacany pracownik mówi głośno przy grillu. Oni planują marsz po władzę za kolejne cztery lata. Optymiści wygłaszają opinie, że ta partia sama się rozegra, liderzy się pozagryzają w walkach wewnętrznych, a na koniec znikną w odmętach dziejów. Nawet zakładając, że tak będzie, pozostaje kilka milionów wyborców, którym nie podoba się to, co jest, i tej masy nie można zignorować, co więcej ona nie pozwoli się już ignorować. Zawsze znajdzie się ktoś, kto się tymi ludźmi zaopiekuje.

Wszystkie ugrupowania będą teraz walczyć o prawicowego wyborcę. Skutki tego będą dla wielu zaskakujące. Słyszałam głosy tutejszych Polaków, którzy autentycznie się cieszyli, że jest wreszcie partia, której program rozumieją i która zrobi porządek z uchodźcami. Za obcych uważają tylko muzułmanów, wierzą, że sami są z kategorii „obcy” wykluczeni. Nie rozumieją, że są raczej wykluczeni z kategorii „swój, czyli prawdziwy Niemiec”.

Jest na to nowe słowo – „biodeutsch”. Pomaga ono zdefiniować, kto jest „rdzennym, prawdziwym, czystym Niemcem”, a przy tym nie boli tak, jak terminy z czasów nazistowskich. Czy zmiana słowa to zmiana paradygmatu? Każdy, kto ma innych niż oryginalnie niemieckich rodziców już nie jest bioNiemcem. Ta prawda jeszcze do „polskich Niemców” nie dotarła. „My dobrze pracujemy” – mówią. Na ścianie wschodniej, czyli przy całej granicy z Polską AfD zanotowała najwyższe wyniki, często powyżej 30%. Wielu Polaków nie widzi związku przyczynowo-skutkowego, że to oni są na tych terenach obrazem cudzoziemca i w rozmowach wyraża poparcie dla niemieckiej prawicy. Zdumiewająca bezmyślność.

Mnie niemiecki nacjonalizm przeraża, choć jest inny niż polski. Powiedziałabym, że polski nacjonalizm jest silny w gębie i okazjonalnie agresywny. Niemiecki ma mocną podbudowę ideologiczną, jest zracjonalizowany, skuteczny w działaniu i może zabijać, licząc na ochronny parasol różnych instytucji, co doskonale pokazuje proces NSU, wschodnioniemieckiej bojówki nazistowskiej odpowiedzialnej za zamachy i morderstwa dokonywane przez wiele lat.

Teraz po 4 latach od rozpoczęcia procesu a po 17 latach od pierwszego udokumentowanego morderstwa na tureckim właścicielu kwiaciarni w Hesji, nie wygląda na to, by komisja śledcza i proces sądowy dały odpowiedź na pytania, kto ich latami chronił, kto niszczył później akta, kto dostarczał im broń. Ta sprawa nie była chyba komentowana w polskich mediach a pokazuje niezwykle ciekawy obraz ukrytych narracji w tym kraju. Polecam też przyjrzenie się jakiejś neonazistowskiej demonstracji, jakie często mają miejsce w Berlinie. Ten ryk długo zostaje w pamięci.

***

Polacy wierzą Angeli Merkel bardziej niż jej rodacy, nawet gdy ogłasza najniższe bezrobocie od lat. Media w Polsce nie sprawdzają publikowanych statystyk, nie wyłapują niespójności w propagandowym przekazie dnia. Tak jakby niemieccy politycy nigdy nie mijali się z prawdą czy nie uprawiali kreatywnej księgowości. Co dziwne w Polsce, gdzie panuje niezwykle dynamiczny model debaty polityczniej i profesjonalizm dziennikarski mierzy się agresywnością wobec rozmówcy, ten sam dziennikarz od razu rzuciłby się rządzącym do gardła, wyszukując w ułamku sekundy argumenty obalające ich słowa.

Politycy w Polsce kłamią, a w Niemczech chcą dobrze dla kraju. Tak potężna jest siła stereotypu Niemiec jako kraju dobrze zarządzanego. Wieczny kompleks biednego sąsiada ze wschodu nie pozwala dostrzec rys na tym wizerunku. Bogaty jest widocznie i mądrzejszy. Ulegają temu nie tylko polskie sprzątaczki, które w pociągu do Szczecina obgadują swoich niemieckich pracodawców, a w poniedziałek prawią im komplementy i podlizują się, byle tylko roboty nie stracić, ale i ludzie mediów.

Niemcy na wschodzie przez dwa lata krzyczeli na ulicach Drezna, że prasa kłamie. Na braku dialogu z takimi grupami urosło kilka aktualnych karier politycznych i nagle przestanie to być problem lokalny, gdzieś tam na wschodzie. Najniższe niemieckie bezrobocie od lat miało pomóc Angeli Merkel, ale nie pomogło.

Również dlatego, że mówić można wszystko, ale rzeczywistość wokół skrzeczy, 5,5% bezrobocia (wrzesień 2017) ukrywa wszystkich trwale bezrobotnych powyżej 58 roku życia (oni statystycznie już zawsze będą niewidzialni), ukrywa ludzi przebywających na zwolnieniach lekarskich, ukrywa każdego, kto pracuje na umowach zwanych „1 Euro Job” (ktoś pracuje, ale zarabia tylko 1€ na godzinę, resztę do minimum socjalnego dopłaca państwo) ukrywa tych, którzy biorą udział w jakimkolwiek kursie zawodowym, językowym, siódmym treningu pisania CV itd.

Prawdziwa skala bezrobocia i biedy to skala wypłacania zasiłku Hartz IV. Pobierało go w Niemczech od czasu wprowadzenia tych zasiłków co najmniej 14,5 mln osób. W Berlinie w 2016 roku według danych statystycznych zasiłek pobierało 16,4% ogółu mieszkańców, przy 8,7% oficjalnego bezrobocia. W Wedding, dzielnicy, w której pracowałam ponad 10 lat, aż jedna trzecia mieszkańców żyje tylko z zasiłków socjalnych, dzielnica zmieniła się w getto socjalne, a leży w niemal samym centrum miasta. Nie jest tak cool jak Kreuzberg, to po prostu zwykła bieda, śmieci po sylwestrze leżą jeszcze w marcu.

Na garnuszku pomocy znajdują się razem osoby, które przepracowały 25 lat i osoby, które nigdy nie pracowały. Taki podział publicznej pomocy wprowadził rząd Gerharda Schrödera, kanclerza, który o dochody nie będzie musiał się już martwić nigdy.

Mój turecki uczeń powiedział głośno, ze Niemcy to niesprawiedliwy kraj, bo on „po ponad dwudziestu latach pracy dostaje taki sam zasiłek, co arabski diler narkotyków, który nawet dnia legalnie nie przepracował i jeździ BMW”. To cytat. Czuł się upokorzony. Miał parę lat do emerytury, zerowe szanse na rynku pracy, nie znał niemieckiego, był za stary i był wściekły. Na moje pytanie, jak to możliwe, że po tylu latach nie zna niemieckiego, odpowiedział, że w latach 80. nikt go nie pytał, czy chce się czegoś uczyć, miał pracować i pracował od pierwszego dnia po rejestracji do dnia zamknięcia zakładu.

– Ja też budowałem ten kraj, tyle lat uczciwej pracy i co teraz mam wyjeżdżać? Gdzie? Dzieci do Turcji wcale nie chcą jechać, co mam tam robić? A tutaj teraz nagle obcy się zrobiłem, w urzędach czuję się jak śmieć. Hassan miał rację, całe dziesięciolecia problem zamiatano pod dywan. Udawano, że gastarbeiterzy pojadą kiedyś do domu.

Również niemiecka wściekłość była długo tłumiona, nie było na nią miejsca w przestrzeni publicznej. Jak żyć w bogatym kraju, gdy stać cię tylko na najtańsze produkty w supermarkecie? Miało się wrażenie, że zapóźnienie gospodarcze wschodu jest czymś stałym, jak śnieg zimą, wszyscy się z tym pogodzili, aż coś się nagle popsuło w tej maszynie.

Byłam na wsi brandenburskiej, godzinę drogi z Berlina. Nie ma tam ani jednego sklepu. O 11.00 przyjeżdża za to bus z podstawowymi produktami, chlebem i ciastem z kruszonką. Po pół godzinie bus rusza do następnej wsi. Wszyscy młodzi ludzie wyjechali do miasta za pracą. Reszta mieszkańców na zasiłkach albo już na rencie. Przez cały dzień widziałam może trzy osoby, w tym jeden pan przyszedł zapytać mnie (chyba żartem), czy wyjdę za niego za mąż, bo Polki to dobre żony, robotne.

Opowiedział o innym sąsiedzie, który przywiózł sobie „żonę węgiel”. W pierwszym odruchu nie zrozumiałam tej wypowiedzi, dopiero potem dotarło do mnie, że chodzi o czarnoskórą dziewczynę. Zaniemówiłam, to był nieznany mi język. W Berlinie nigdy nie słyszałam takiego określenia, co oczywiście nie oznacza, że takiego języka nie ma. Nie ma go w moim otoczeniu. Powinnam napisać: nie ma go w mojej bańce.

Niektórzy komentatorzy jeszcze niedawno gładko formułowali tezy o niedojrzałości demokracji na wschodzie (Węgry, Polska, w wewnątrzniemieckiej wersji – Saksonia). Czuć było w tych tekstach marnie skrywaną pogardę. Ci sami dziennikarze odczuwają teraz brak środków wyrazu, by opisać to, co się dzieje w USA czy w bliższej im Austrii. Upada narracja „Standard na wschodzie, wypadek na zachodzie”, zaczyna się czas bicia w piersi i wołania „byli głupi”, z którego nic nie wyniknie, bo za późno już na skruchę. Nie ma chętnych do słuchania. Poszli sobie.

Wspólna dla wschodu i zachodu jest wściekłość za brak uczestnictwa w doskonałych wynikach ekonomicznych gospodarki krajowej. Skoro PKB rośnie, eksport rośnie, to dlaczego pensje stoją od lat w miejscu? Kto konsumuje ten zysk? Za co płacimy tak dużo, że nie stać nas na lepsze wypłaty dla pracowników? Dlaczego Włosi i Francuzi są bogatsi od Niemców, skoro ich państwa są biedniejsze i tyle się mówi o problemach gospodarczych tych krajów? Te pytania padają często. Lewica mówi o chciwym kapitale, prawica o kosztach przyjmowania imigrantów, ratowaniu upadających gospodarek euro jak Grecja – i sieje panikę, że w kolejce po niemieckie pieniądze stoją już kolejne kraje na południu Europy. Lęki prawicy sprzedają się lepiej niż diagnozy lewicy.

– Ile lat można żyć z zaciśniętymi zębami? – Zapytała mnie pewna pani z biedniejącej klasy średniej i zwolenniczka AfD. Gołym okiem widać, że Niemcy mogą tak dłużej niż ktokolwiek inny. To karne społeczeństwo, szanujące prawo. Jak byli naziści, to służyli do końca nazistom, przyszli komuniści, to stworzyli najstabilniejszy komunistyczny kraj w bloku (po 1953 roku zero buntów, opozycja mizerna, niektórzy do dziś wierzą, że był to najlepszy ustrój społeczny).

Przyszła demokracja, to będą wzorcowymi demokratami. Inaczej niż w Polsce, władzy się tu nie podważa, władzy się służy, uczciwie pracując. Zapytałam żartem byłego opozycjonistę ze wschodniego Berlina czy założą państwo podziemne, gdy za 4 lata wygra AfD. Odpowiedział mi całkiem poważnie: „Niemcy nie są zdolni do konspiracji przeciw władzy, masowego buntu nie będzie”.

 
 

Rozczarowanie, gorycz i osamotnienie Niemców ze wschodu to nie abstrakcja. Wszyscy, którzy skończyli studia przed 1989 rokiem, musieli poddać się procesowi weryfikacji wykształcenia. Moja koleżanka miała w roku zjednoczenia praktyki w najlepszym wydawnictwie w NRD i obietnicę pracy, parę miesięcy później wydawnictwo zostało wykupione przez zachodnioniemieckie i napłynęli nowi współpracownicy z zachodu, objęli absolutnie wszystkie szczeble. Tak działo się dosłownie wszędzie, na wschodnich uniwersytetach szefami do dziś w większości są Niemcy z zachodu.

Pracownicy z NRD byli i są dalej niewykwalifikowani do obsługiwania demokracji. Zatem wielu tęskni za NRD, a czas łagodzi trudne wspomnienia z młodości. Początkowo nie mogłam w to uwierzyć, bo mnie się PRL z niczym dobrym nie kojarzył, nie byłam dumna z tego modelu wychowania, inaczej niż moi koledzy ze wschodniego Berlina, którym skolonizowano w 1990 roku ojczyznę. Zjednoczenie ukradło im przyszłość, mieli wykształcenie, zaczęli kariery zawodowe, często jako nastolatki podpisali zobowiązanie współpracy z wiadomymi służbami i nagle zostali z niczym, a niektórzy gorzej, bo z zapisaną kartoteką.

To zamyka wiele dróg. Oczywiście znam też osoby doceniające przemiany ostatniego ćwierćwiecza. Wspomniana koleżanka mówi, że to wspaniale żyć w kraju, z którego w każdej chwili można wyjechać. Zgadzam się, to wyzwalające.

Od momentu powstania RFN do dziś, czyli przez 68 lat, było tylko 8 kanclerzy, łącznie z Merkel! W Bawarii od 1957 roku rządzi ta sama partia. Już samo porównanie tych liczb pokazuje niesamowitą różnicę miedzy stylem uprawiania polityki w Polsce i w Niemczech. To jest diametralnie inna mentalność, pragmatyczna i nastawiona na wygraną.

Po meczu na ostatnich mistrzostwach Europy, które rozegrały nasze kraje, zapytałam rano kolegę w pracy jak się czuje po remisie, a on na to „wiesz jak się jest Niemcem, to ma się większe oczekiwania“. Nawet teraz czuję mój szok po tej wypowiedzi. Mecz nie wygrany, to mecz przegrany. Po południu czytałam w polskiej prasie o radości polskich kibiców. W Niemczech, przynajmniej w mojej pracy, była żałoba. Wieczorem zadzwonił inny kolega i powiedział, że był za Polską, bo tyle już lat czekamy na zwycięstwo, że mu nas żal. Nie wiem, co gorsze.

Bardzo łatwo jest znaleźć Polaków w Berlinie, którzy będą mówić z zachwytem o Niemczech. Ta miłość jest często tak bezkrytyczna, że każdy sprzeciw, to prawie zamach. Polacy chętnie podkreślają każdą ułomność polskiej polityki, piętnują rasizm w warszawskim tramwaju, ale ignorują ataki rasistowskie na sąsiedniej berlińskiej ulicy. Tam będzie to skandal, tutaj to tylko nic nie znaczący incydent.

W komunikacji miejskiej młody Niemiec obrzucił rasistowskimi wyzwiskami matkę z dziećmi i nasikał na siedzące dzieci. Ich pochodzenie określono jako wschodnioeuropejskie, czyli jak mniemam była to romska rodzina, bo tak się utarło określanie migracji z Bałkanów, Rumunii czy Bułgarii. Sprawa wyszła na jaw, bo ktoś zadzwonił na policję, w międzyczasie matka i dzieci uciekli, policja prosiła o ich zgłoszenie się, ale chyba bezowocnie. W berlińskich statystykach za 2016 rok podano 2677 zgłoszonych przypadków przestępstw na tle rasistowskim i jest to równo 850 więcej niż rok wcześniej.

Gdy dwa tygodnie temu wychodziłam z ośrodka dla uchodźców, grupka dzieci w wieku szkolnym rzucała w moją stronę wyzwiska, zakładając, że skoro stamtąd wychodzę, mam ciemne włosy, to nie znam niemieckiego. Kiedy zwróciłam im po niemiecku uwagę, dzieci uciekły. Skąd znają język nienawiści rasowej i skąd to poczucie, że mogą go używać?

Nigdy nie miałam złudzeń, że w Niemczech od 1949 roku mieszkają tylko wielbiciele amerykańskiej wersji demokracji, a cała brunatna reszta po prostu się rozpłynęła, wymarła albo została skutecznie zdenazyfikowana. Opiniotwórczy „Die Zeit” publikował kilka lat temu serię reportaży o zasiedlaniu całych miejscowości na północ od Berlina przez ugrupowania neonazistowskie. Zakładali przedszkola, kluby piłkarskie, staż pożarną i budowali swoją wersję kraju prawdziwych Niemców.

Po takich reportażach nie powinien zostać ślad po tych strukturach, ale nic się nie wydarzyło. Nikt o tym już nie mówi, więc tematu nie ma. W Saksonii-Anhalt w miejscowości Töglitz miał działać dom dla 40 uchodźców, dom podpalono, a burmistrza, Markusa Niertha naziści zmusili do rezygnacji – zrezygnował z pełnionej funkcji w trosce o bezpieczeństwo swojej rodziny, gdy neonazistowskie grupy zaczęły wystawać przed jego domem. O tym na szczęście prasa pisała, jednak burmistrz na odchodnym powiedział głośno ciekawą rzecz o braku politycznego wsparcia w regionie: „Zostałem sam”.

***

Początek nowego tysiąclecia, oglądamy pierwsze monety euro i jedziemy na grilla do rodziców jednego z kuzynów mojego byłego męża nad jezioro w Meklemburgii. Widzę po jakiejś godzinie, że ojciec kuzyna rzuca cały czas jakieś uwagi o moim pochodzeniu tak, bym usłyszała. Kuzyn trochęjuż zażenowany, ja staram się usunąć z pola widzenia, ale starszy pan jakimś cudem co chwilę ląduje na krzesełku obok mnie i coś tam mruczy o „Polacken” (to mocno obraźliwe słowo). Sytuacja staje się ciężka.

Do konfliktu włącza się mama: „Daj już spokój tej dziewczynie, niech zje w spokoju, co ona winna”. Patrzę zdumiona, czego to niby mam być winna albo nie. Mama natychmiast opowiada, że F. był w SS i był w Polsce pod koniec wojny, ale nikogo nie zabił, miał tyko siedemnaście lat i gotował grochówkę, kucharzem był w oddziale, kuchcikiem na zapleczu, a potem w obozie siedział w Rosji i w NRD był prześladowany, dzieci nie mogły studiować, matury nawet zrobić, ciężkie życie miał, a teraz słyszy mój akcent, więc się złości. Zamarłam z wrażenia, na co ów rosły starszy pan nagle zadowolony mówi: „Mnie się bardzo podobało w Polsce, pojechałbym tam jeszcze raz”.

***

Druga historia, której bohater pochodzi z zachodnich Niemiec.

O czwartej nad ranem wracamy grupą metrem z imprezy, dość dużo wypiliśmy, niektórzy trochę przysypiają, trasa długa. Siada koło mnie kolega dziennikarz i widzę, że łzy płyną mu ciurkiem po policzkach. Patrzęna niego przerażona i próbuję zrozumieć, co się w ogóle stało. Opowiada mi o swoim ojcu, który jest dumny ze swoich pięciu synów. Mój kolega jest najmłodszy. – Ojciec był już stary jak się urodziłem – dodaje. Ojciec siedział do 1955 roku na Syberii, wykupił go Adenauer. Był oficerem, byłnazistą i jest nazistą. Wysyła synom wycinki z gazet. Pokazuje mi jeden z nich, wyjmuje go z portfela, patrzę, a tam zdjęcie z berlińskiego metra, ludzie stoją w wagonie. Nie rozumiem, o co chodzi.

Kolega pokazuje mi dopisek długopisem „Czy to są jeszcze Niemcy?”. Patrzę jeszcze raz, na zdjęciu prawie wszyscy są czarni i śniadzi. Kolega mówi, że w kopercie od ojca był tylko ten wycinek. Następnego dnia przeprosił mnie za ten wybuch emocji. Polubiłam go i jednego z jego braci. Obaj byli świadomi odpowiedzialności za czyny poprzedniej generacji, niczego nie usprawiedliwiali w imię lojalności wobec rodziny. Kochali ojca, ale wszędzie dostrzegali ukryty rasizm swoich rodaków. Mieli sensory wyczulone na prawicowe treści i nie znosili filmu Lista Schindlera. Mówili, że to jest kolejna opowieść o dobrym Niemcu i że tak się właśnie kształtuje nową pamięć.

***

Z grupą z Berlina jeżdżę od wielu lat raz w roku do Polski. Zwiedzamy mój kraj wzdłuż i wszerz. Wszędzie jesteśmy przyjmowani serdecznie, nigdy nie spotkało nas nic nieprzyjemnego, nikt nas nigdy nie oszukał, a wręcz przeciwnie często nam bezinteresownie pomagano i zapraszano ponownie. Wszędzie znajdujemy pasjonatów swoich regionów, ludzi, którzy zakładają małe prywatne muzea, gospodarstwa ekologiczne, mają coś do powiedzenia o historii, są światli i otwarci. Wiem, że jest także inna Polska, ale przez te lata jej nie spotkaliśmy albo nie doszła przy nas do głosu. Byliśmy w dużych miastach, małych miastach, miasteczkach i wsiach, w każdym regionie i wszędzie było fajnie.

Te parę dni w Polsce żyjemy jak rodzina, wymieszana rodzina. Ja, większość Niemców, czasami paru Anglików, dziewczyna z Kanady i Japonka, która nie lubi przyrody. Niektórzy podnoszą już głos, że zaczynają znać lepiej Polskę niż Niemcy i powinnam organizować dla nich wycieczki po Niemczech. – W innym życiu – odpowiadam. Lubimy się, chciałabym, by tak zostało.\

URSZULA PTAK  http://krytykapolityczna.pl

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: