Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

To jeden z największych skandali w historii niemieckiej medycyny. Przed sądem w Essen stanął 13 listopada 47-letni aptekarz Peter S. z Bottrop. Jest oskarżony o to, że chorym na raka pacjentom dostarczał rozcieńczone przez siebie lekarstwa. Niektóre zawierały tylko kilka procent substancji leczniczych. Inne składały się wyłącznie z roztworu soli kuchennej lub glukozy. Za zmanipulowane przez siebie preparaty wiarołomny farmaceuta otrzymywał od kas chorych pełny zwrot kosztów.

Według aktu oskarżenia (liczy 820 stron) Peter S. uprawiał swój proceder od stycznia 2012 do listopada 2016 roku. Zarobił fortunę. Zdaniem prokuratury cyniczny aptekarz wyrządził szkody oceniane na ponad 56 milionów 180 tysięcy euro i naruszył prawo o lekach w 61 980 przypadkach.

Przypuszczalnie rozwodnione preparaty otrzymało 4600 pacjentów z sześciu landów. Niektórzy zmarli. Ale Peter S. oskarżony jest tylko o oszustwa oraz o usiłowanie uszkodzenia ciała w 27 przypadkach. Proces toczy się przed izbą gospodarczą sądu. Aptekarzowi grozi utrata prawa do wykonywania zawodu i 10 lat za kratami. Chorzy, którym podawano bezwartościowe „lekarstwa”, są oburzeni. 19 spośród nich występuje jako oskarżyciele posiłkowi.

Domagają się, aby farmaceuta został oskarżony o usiłowanie zabójstwa, i to przed sądem przysięgłych. – To, co uczynił ten człowiek, przekracza wszelkie granice bezczelności – oświadczyła Christiane Piontek, jedna z oskarżycielek posiłkowych.

50-letnia kobieta leczyła się na raka piersi. Po „terapii” preparatami, które przygotował chciwy oszust, jej choroba powróciła. Cierpiąca na  nowotwór Cornelia Thiel nie kryła oburzenia: – I taka miernota decydowała o moim życiu! Chciałabym się dowiedzieć, ile lat ukradł mi ten człowiek.

Prokuratura tłumaczy, że nie mogła oskarżyć farmaceuty o zabójstwo, ponieważ nie ma pewności, czy ciężko chorzy odzyskaliby zdrowie, gdyby otrzymali pełnowartościowe lekarstwa.

Peter S. był właścicielem Starej Apteki (Alte Apotheke) w Bottrop (Nadrenia Północna-Westfalia). Ta firma prowadzona jest przez jego rodzinę od 150 lat. Ale Peter, opisywany przez szkolnych kolegów jako samotnik, nie chciał zostać farmaceutą. Marzył o majątku i karierze bankiera. Przejął aptekę po wielu namowach ze strony matki i ojca, a jest to przedsiębiorstwo zatrudniające 90 pracowników.

 

Specjalizuje się w preparatach onkologicznych do chemioterapii i terapii przeciwciałami. Ma własne laboratorium sporządzające lekarstwa przeciwnowotworowe. W Niemczech zezwolenie na to ma tylko 200 aptek. Peter S. postanowił się wzbogacić, manipulując preparatami i księgowością. Osobiście sporządzał co bardziej kosztowne lekarstwa.

Przywoził je też do klinik i szpitali. – Pozdrawiał nas uprzejmie, nawet dawał nam prezenty, małe latarenki ze świeczkami. Pytał, jak się czujemy, a przecież wiedział, jaką krzywdę nam wyrządza. Trudno to sobie wyobrazić – opowiadała Christiane Piontek. Reporter „Bilda” Kai Feldhaus relacjonował:

– Gdy mój ojciec zachorował na nowotwór, otrzymywał leki ze Starej Apteki. Dziwiliśmy się, jak dobrze znosi chemioterapię, nie wypadają mu włosy, nie ma  skutków ubocznych. Jeździł do szpitala na rowerze, byliśmy pewni, że z tego wyjdzie.

Ojciec zmarł, mając lat 63. Perfidny aptekarz opływał za  to w  dostatki. Kupował nieruchomości i  dzieła sztuki. Postawił luksusową, oszkloną willę ze zjeżdżalnią z przestronnej sypialni do basenu. W mieście uchodził za filantropa, bo hojnie sponsorował m.in. hospicjum, w którym umierali jego pacjenci.

Jednak pojawiły się podejrzenia. Już w 2013 roku były mąż pracownicy apteki zawiadomił władze, że w firmie fałszowane są preparaty. Ale Peter S. odpowiedział za pośrednictwem adwokatów:

– Nawet mi przez myśl nie przeszło, aby zwiększać ludzkie cierpienia, o  skracaniu życia nie wspominając. Dochodzenie zakończono, choć zdaniem prokuratury w Essen aptekarz kontynuował działalność.

Zbrodnicze machinacje wykrył Martin Porwoll, dyrektor Starej Apteki ds. sprzedaży. Jeden z pracowników firmy ostrzegł go: – Jeśli masz w rodzinie lub wśród przyjaciół chorego na raka, nie pozwól, aby go leczyli onkolodzy, których zaopatrujemy, bo nigdy nie wyzdrowieje. Porwoll nie uwierzył, ale sprawdził dokumenty.

Okazało się, że apteka kupowała najwyżej 40 procent substancji leczniczych, za które wystawiała rachunki. Pewna pracownica firmy również nabrała podejrzeń i zaniosła torebkę z płynem infuzyjnym na policję. Badania wykazały, że w torebce znajduje się roztwór... soli kuchennej.

26 listopada 2016 roku Peter S. trafił za kratki. Milczy, reprezentuje go czterech adwokatów. Proces potrwa może nawet do marca przyszłego roku. Ofiary farmaceuty demonstrują przed Starą Apteką, domagając się sprawiedliwości. Mają zawieszone na szyjach torebki z płynem do infuzji.

(KK) "Angora" nr 48/2017Na podst.: Bild, Der Spiegel, Die Welt, Der Westen, Süddeutsche Zeitung

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: