Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Jest wszechstronnie wykształcony. Członek Agencji Stars Impresariat – wystąpił w  kilku serialach, produkcjach filmowych oraz w pokazach mody. Jest ambasadorem misji humanitarnej do Gambii. Obok tytułu Mistera Polski zdobył tytuły Mistera Publiczności, Mistera Social, Mistera Programu Telewizyjnego „Pytanie na Śniadanie”.

– Z natury jest pan uparty i ambitny?

 

– Na pewno jestem ambitny, bo stawiam sobie zadania, które są dla mnie wyznacznikiem i kursem, gdyż trzeba mieć w życiu cel. Bez tego jestem jak okręt bez sternika, czyli dryfuję i pływam w różnych kierunkach. A jeżeli mam cel, który sobie wyznaczam, to wiem, dokąd idę, i robię wszystko, żeby go osiągnąć.

– Zapytałem, bo  w  2015 roku brał pan udział w wyborach Mistera Polski i wtedy nie otrzymał pan żadnego tytułu... – Byłem wówczas przegrany na całej linii i wiem, co się czuje, gdy dopada nas przegrana. Poświęciłem wszystko, żeby dobrze się przygotować do tamtego konkursu, i gdy wróciłem do domu i na drugi dzień spojrzałem na siebie w lustrze, powiedziałem do siebie: No trudno, Kuba, nie udało się, ale trzeba żyć dalej i wyznaczać nowe cele. Nie przypuszczałem wtedy, że za dwa lata znów wystartuję w tym samym konkursie, że przeprowadzę się z Poznania do Warszawy.

– Ta przeprowadzka też nie była chyba łatwym krokiem dla pana?

– Oj, nie była, zostawiłem rodzinę, znajomych. Nie wiedziałem, co  mnie tu  czeka, decyzja była podjęta w ciemno. Ryzyko duże; mocno przeżywałem tę przeprowadzkę. Gdy siedziałem w samochodzie, spakowany, popłakałem się, chociaż wcześniej pocieszałem rodziców i mówiłem, że dam sobie radę w Warszawie. Jak się okazało, była to jedna z moich lepszych decyzji, jakie podejmowałem w życiu.

– Sądzi pan, że wybór Rafała Jonkisza na Mistera Polski był słuszny?

– Rafał był bardzo dobrym kandydatem do tego tytułu. Był zupełnie inny niż jego poprzednik Rafał Maślak, do którego ja byłem podobny. Jury zapewne chciało wybrać kogoś zupełnie innego, czyli młodziutkiego, chłopięcego blondyna. Moim zdaniem Jonkisz sprawdził się i wybór jury był słuszny.

– W 2016 roku wybory wygrał również 19-letni chłopak, blondyn z technikum gastronomicznego Jan Dratwicki. Oglądał pan tamte wybory?

– Nie tylko oglądałem, ale byłem prowadzącym te wybory. Po przyjeździe do Warszawy zaangażowałem się w pomoc w organizowaniu wyborów Mistera Polski, a ponieważ skończyłem studium aktorskie i udzielałem się w konferansjerce w Poznaniu, zostałem poproszony do poprowadzenia kolejnych wyborów. Prowadziłem też wywiady z kandydatami do tytułu mistera. Widziałem wybory od kulis aż do samego finału.

– To byli blondyni, pan jest szatynem. Czy kolor włosów ma duże znaczenie w ocenie męsko-chłopięcej urody?

– Blondyni mają delikatniejszą urodę, ja osobiście nie chciałbym być blondynem, tym bardziej że jestem brunetem. Ale to kwestia gustu. Przez dwa lata z rzędu zwyciężali chłopcy o blond włosach, w tym roku ja, czyli jeden z najstarszych uczestników.

– Jaką drogę musiał pan przebyć, żeby wyglądać tak dobrze jak obecnie i zostać najprzystojniejszym Polakiem roku?

– Ćwiczyłem, trenowałem już wcześniej, moja przemiana była stopniowa, co kosztowało mnie wiele wyrzeczeń i mnóstwo ciężkiej pracy. Treningi, dieta, ale również zmiana wnętrza. Dwa lata temu do końca nie wiedziałem, czego chcę, i nie wiedziałem, co mogę zrobić z tytułem Mistera Polski, nawet gdybym wygrał konkurs. Teraz wiem, czego chcę, i stałem się mężczyzną; wiem, co mogę od siebie dać i czego oczekuję. To wszystko szło w parze i to zapewne zadecydowało, że udało mi się ten tytuł zdobyć. Dzisiaj wiem, jaki powinien być Mister Polski i co powinien ze sobą wnosić.

– Widziałem pana zdjęcie sprzed kilku laty i był pan wtedy zupełnie inny. Co sprawiło, że zmobilizował się pan do morderczej pracy nad sobą i dokonał diametralnej zmiany?

– Kiedy wróciłem z wakacji, moja siostra stwierdziła, że jestem grubasem. Ważyłem ponad 90 kg i dopiero jak stanąłem przed lustrem, zauważyłem, że ma rację. Narzuciłem sobie dyscyplinę.

– Ta zmiana nastąpiła dosyć późno, bo dzisiaj ma pan 29 lat, podczas gdy do konkursu stają kandydaci znacznie młodsi od pana?

– Nic nie dzieje się bez przyczyny, myślę, że tak mia- ło być. Gdy miałem 25 lat, nie wyglądałem tak jak dzisiaj. Zmiana przyszła w momencie, gdy miała przyjść.

– W 2015 roku został pan Misterem Programu „Pytanie na  Śniadanie” w  TVP2. Czy to  zmobilizowało pana, żeby powalczyć raz jeszcze o tytuł Mistera Polski?

– To było duże zaskoczenie, bo nie istniałem wtedy w mediach społecznościowych, a w konkursie byli chłopcy, którzy mieli na nich grono swoich fanów. A tu chłopak, któremu nikt nie dawał szans, wygrywa w głosowaniu telewidzów. Stało się to początkiem wszystkich działań, bo uświadomiłem sobie, że ludzie coś we mnie zobaczyli.

– Już pan wie, co daje tytuł Mistera Polski?

–  Po  zdobyciu tytułu napisałem na  Instagramie, że zostanie misterem nie daje ani pieniędzy, ani sławy, daje tylko pewną rozpoznawalność, pewne możliwości, które można wykorzystać, ale wymaga to dużo pracy i twardego stąpania po ziemi. Może być, że mając ten tytuł, nic się specjalnego nie zrobi. Trzeba umieć wykorzystać swoją szansę. Dostałem zielone światło i możliwość zrealizowania czegoś, co zawsze chciałem robić.

– Jak wyglądały przygotowania do tego konkursu?

– Zgrupowanie trwało aż osiem miesięcy, a w tym czasie miała miejsce moja przemiana. Do konkursu trzeba przyjść z jakimś pomysłem na siebie.

– Kto z panem pracował?

– Właściwie to pracowałem sam, chociaż miałem osoby, które mi pomagały i zawsze pytałem się ich o radę. Te osoby mówiły, co jest dobre, a co złe. Zaliczam do tej grupy rodziców i siostrę. Razem sześć osób.

 Nie było momentów krytycznych, zmęczenia treningami i pracą od rana do wieczora?

– Były, były... Myślałem wtedy, czy dobrze robiłem, poświęcając się aż tak przygotowaniu do konkursu? Czy to wszystko ma sens? W konkursie w 2015 roku też bardzo dużo pracowałem, a nie osiągnąłem niczego. Starałem się nie bać ewentualnej porażki, bo to by mnie sparaliżowało. Ale gdy przychodzą momenty, gdy nie ma się sił na zrobienie czegokolwiek, wtedy ujawnia się swój charakter. Nie poddawałem się i jeszcze bardziej dociskałem pasa i szedłem do przodu.

– Udział w poprzedniej edycji pomógł panu przetrwać tę obecną?

–  Tamten okres sprzed dwóch lat podpowiedział mi,  jak mam podejść do  tego obecnego i  wydaje mi się, że wyciągnąłem odpowiednie wnioski z tamtego doświadczenia.

– Już rozpoczął pan przygotowania do prestiżowych wyborów Mister World?

– One cały czas trwają, ale ten najcięższy okres jest jeszcze przede mną. Mister World jest okresem najbardziej wykańczającym, bo jest tam mnóstwo zadań wytrzymałościowych. Ważne jest przygotowanie fizyczne i znajomość języka angielskiego. Nie można czuć się gorzej od innych chłopaków ze świata. Chciałbym tam udowodnić, że wcale nie jesteśmy gorsi.

– Już pan wie, na czym będą polegały te wybory?

– Zawsze wyglądają podobnie. Po trzytygodniowym zgrupowaniu w  finałowej gali zostaje wybrany Mister Świata, a także wicemister pierwszy, drugi, trzeci i czwarty. Piątka finałowa otrzymuje nagrody i znalezienie się w niej jest dużym wyróżnieniem, czego nie udało się żadnemu Polakowi. Jadą tam najlepsi w swoim kraju. Poziom jest bardzo wysoki.

– Liczy pan na wygraną?

– Trzeba mieć dużo szczęścia, w grę wchodzą różne układy. Ale trzeba być dobrej myśli. Nie jadę tam, żeby przegrać.

– Nie było jeszcze Polaka z tytułem Mister World. Zapewne ma pan świadomość, że pana pozycja bardzo by wzrosła w rodzimym show-biznesie?

– Mam. Do dzisiaj wszyscy pamiętają Anetę Kręglicką, która otrzymała tytuł i koronę Miss World. Do dziś jest gwiazdą i  dostaje kontrakty reklamowe. Liczę, że po wygranej można spokojnie znaleźć taką pracę, jaką chce się i nie martwić się, co będzie jutro. Chciałbym grać w serialach, prowadzić imprezy, a może program telewizyjny, i wystąpić w reklamie. To jest to, co robię od lat w minimalnym stopniu. Po zajęciu jakiegoś wyższego miejsca może mógłbym rozwinąć skrzydła.

– Zamierza pan pracować w show-biznesie?

– Show-biznes trzeba traktować jako dodatek, jako drogę do celu.

– Ukończył pan dwa kierunki studiów, a dodatkowo studium aktorskie. Myślał pan o aktorstwie?

– Najpierw byłem w liceum teatralnym i pracowałem w Centrum Kultury w grupie aktorskiej „Zamek” w Poznaniu. Miałem tam dobrego nauczyciela, który wiele mnie nauczył. Potem było wspominane Studium Aktorskie. W przyszłości chciałbym pracować jako aktor. Zdawałem do Akademii Teatralnej w Warszawie.

– Zagrał pan w filmach lub serialach?

– Tak, małe role w serialach „Przepis na życie”, „Barwy szczęścia”; były też seriale paradokumentalne. Trochę tego było.

– Jest pan także lektorem...

– Tak. Ukończyłem kursy i jako lektor prowadziłem koncerty chóralne. Prowadziłem imprezy biznesowe, ale – jak wspomniałem – wcześniej wybory Mistera w regionie i nie tylko. Mam w tym spore doświadczenie.

–  Posiada pan dyplom Wyższej Szkoły Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa oraz licencjat z kulturoznawstwa. Mógłby pan pracować jako prezenter w telewizji?

– Mógłbym, prowadziłem już program, a teraz być może pokażę się na większą skalę, ale nie mogę powiedzieć więcej, żeby nie zapeszyć. Chciałbym pójść w tym kierunku. Bywam konferansjerem na pokazach mody. Nie mam problemu, żeby stanąć na scenie przed publicznością. Występuję na scenie od dziecka.

– Czuje się pan na siłach poprowadzić festiwal piosenki?

– Kto nie próbuje, ten nie wie. Wszystko jest kwestią przygotowania. Sumując dotychczasowe doświadczenia, myślę, że dałbym sobie radę.

– A tymczasem pracuje pan jako trener personalny.

– Fitness zawsze mi towarzyszył, bo od dziecka kochałem sport, trenowałem piłkę nożną, wioślarstwo, brałem udział w mistrzostwach świata juniorów.

– Jestem ciekawy, gdzie wyląduje pan w ostateczności?

– Jeszcze nie wiem, ale za dwa, trzy lata już powinienem wiedzieć.

– Za kilka dni poleci pan do Gambii w ramach misji humanitarnej. Był pan tam w maju. Co to panu dało i jak przewartościowało pana życie?

– Pojechałem, żeby zobaczyć, jak ludzie żyją w Afryce, i pamiętam, że mój pierwszy wyjazd bardzo mnie zmienił i  przewartościował. Gdy wróciłem do  Polski, długo dochodziłem do  siebie i  zrozumiałem, dlaczego to wszystko tak tam wygląda. Przytłacza człowieka ta wielka bieda i czujemy się w zupełnie innym świecie. Dzieci mają tylko jeden posiłek, którym jest garstka ryżu. Postanowiłem tam wrócić, stąd wziął się pomysł na drugi wyjazd. Chciałbym otworzyć swoją fundację, która będzie pomagała tym ludziom, a potrzeby są bardzo duże. Chcę otworzyć klasę liczącą 25 dzieci. Szkoła ta jest położona wokół slamsów, ale dzieci nie mogą do niej wejść.

– Dlaczego?

– Gdyby szkoła je wpuściła, brakowałoby pożywienia dla pozostałych dzieci. Roczny koszt edukacji jednego dziecka w Gambii wynosi 160 złotych. W przyszłości znowu chciałbym tam pomagać regularnie i na większą skalę. Na razie byłaby to jedna klasa.

– Co jest w Gambii największym problemem?

– Brak pożywienia.

– Jak czuje się pan w swoim luksusowym opakowaniu wśród biednych, ubogich, głodnych dzieci w Afryce?

– Gdy już się tam jest, zapomina się o wszystkim i zdarzało się, że widząc biedę i ubóstwo, płakałem. Myślałem tam o wszystkim w zupełnie innych kategoriach niż tutaj.

– Misja jest charytatywna?

– Tak, a  także rozwojowa, bo  będąc tam, liczymy na rozwój samych siebie. To, co tam zobaczyłem, wzbudziło we mnie chęć niesienia pomocy.

– Jest pan ambasadorem tej misji?

– Tak.

– Zawsze chciał pan coś zrobić dla innych?

– Jestem wolontariuszem i działam w Stowarzyszeniu „mali bracia Ubogich” i jest to moje kolejne marzenie, które udało się spełnić. Ukaże się kalendarz, w którym łączymy pokolenia z udziałem znanych osób. Są wspaniałe zdjęcia, które chwytają za serce. W naszym kraju jest bardzo dużo osób starszych – działając w stowarzyszeniu, dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę. Kalendarz przypomina, że starość istnieje i trzeba o niej pamiętać.

– A przecież chciał pan zostać księdzem?

– Gdy miałem 19 lat, zastanawiałem się, czy rozpocząć studia aktorskie, czy może pójść do seminarium. Do seminarium nie poszedłem, bo poznałem pierwszą dziewczynę i się zakochałem.

– Jak pan się poczuje, gdy skończy się jego panowanie i będzie musiał przekazać tytuł kolejnemu Misterowi?

– Dowiedziałem się, że kiedy odda się tytuł, można zrobić jeszcze więcej, bo jest mniej pracy. Tytuł oddam, ale Misterem będę na zawsze. Z pewnymi rzeczami trzeba się pogodzić i robić swoje.

– Za moment przyjdzie do pana Telewizja TVN. Co będą kręcili?

– Będziemy nagrywać dzień z Misterem Polski. Pokażę wiele moich aktywności i  będą rozmowy na  różne tematy. Aktywny dzień. 

BOHDAN GADOMSKI  "Angora" nr 47/2017

Zamieszczamy,  w celach informacyjno-edukacyjnych, mniej niż 10% przedruków  zawartości   ANGORY. Do poczytania kilkadziesiąt ciekawych  stron https://www.angora.com.pl  lub wydanie papierowe  w każdy poniedziałek. Cena tylko 4 zł.                                                                                                       

   Tygodnik ANGORA dostępny  również na iPad i iPhone darmowa aplikacja.

 Wpisz w przeglądarkę: https://itunes.apple.com/app/tygodnik-angora/id428646005

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: