Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Ameryka nie była w takich opałach, od czasu kiedy wziął ją jako zakładnika Donald Trump. Osobnik wybierający drogę przez pole minowe, dla efektu ciskający naokoło granatami. Kilka miesięcy temu poczynania Trumpa starała się firmować, bez entuzjazmu, Partia Republikańska. Obecnie jej politycy w  najlepszym razie milczą, lecz rośnie grono aktywnych krytyków.

 

Prezydenta publicznie nie popiera już prawie nikt, poza grupką etatowych aparatczyków i ultraprawicowymi mediami. Oprócz tego ma za sobą segment nieuleczalnych wielbicieli (ok. 37 proc.), z których część pójdzie za nim w ogień.

 

Najnowsza afera, która eksplodowała w  połowie października, ma specyficzny charakter, bo dotyka sacrum Ameryki: wszystko, co dotyczy żołnierzy poległych na  wojnie, to  świętość. Jedyne dopuszczalne zachowanie to oddawanie czci i hołdu. 17  października dziennikarze zapytali Trumpa, dlaczego przez dwa tygodnie nie skontaktował się z rodzinami żołnierzy, którzy zginęli 4 paź- dziernika w zasadzce podczas akcji w Nigrze.

Prezydent odparł, że kiedyś to uczyni, a poza tym jego poprzednicy (Obama, Bush i Clinton) też tego nie robili. Kilka nieskładnych zdań wywołało trzęsienie ziemi. – To pierdolone kłamstwo – zareagowała furią Alyssa Mastromonaco, zastępczyni szefa personelu Białego Domu Obamy. – Żeby mówić, że prezydent Obama nie kontaktował się z rodzinami zabitych żołnierzy, trzeba być obłą- kanym zwierzęciem. Doradca Obamy Ben Rhodes dodał: – To oburzające i haniebne kłamstwo, nawet jak na standardy Trumpa. – Prezydent Bush pokornie słuchał, jak na niego wrzeszczałam, płacząc, a potem mnie przytulił – media sprawozdawały reakcję Delilii O’Malley, siostry zabitego żołnierza. – Jesteś tłustym, pierdolonym kłamcą. Emocjonalnie reagowali asystenci trzech poprzednich prezydentów. Oburzenie i protest wyraziły tysiące członków „Rodzin Złotej Gwiazdy”, jak określa się najbliższych poległych żołnierzy.

 

Trump już kilkakrotnie dostawał po nosie za niestosowne wypowiedzi w tej materii. Jako kandydat na  prezydenta lekceważąco wyraził się o senatorze Johnie McCainie, który podczas wojny wietnamskiej był pilotem myśliwca, zestrzelonym, więzionym i torturowanym przez pięć i pół roku w Hanoi. – On dla mnie nie jest bohaterem, bo dał się złapać. Potem został powszechnie potępiony za pyskówki pod adresem rodziców poległego w Afganistanie kpt. Humayuna Khana, muzułmanina.

Niczego to Trumpa nie nauczyło; zamiast się zamknąć, atakował i się pogrążał. – Zapytajcie gen. Kelly’ego (szef personelu Białego Domu), czy Obama się z nim kontaktował, gdy w Afganistanie zginął jego syn – ripostował. Tym razem puściły nerwy sławnym komentatorom politycznym, bo wszyscy wiedzieli, że generał stanowczo nie życzył sobie upolityczniania śmierci Roberta Kelly’ego, kapitana marines.

– Ten prezydent nie zna wstydu, nie ma dla niego nic świętego – skonstatował Anderson Cooper z CNN. Joe Scarborough, były kongresmen republikański, współautor politycznego show wespół z  Miką Brzezinski, mówił o  „szokującym, godnym pogardy zachowaniu, niezdolności do  współczucia, oderwaniu od  reszty ludzkości, braku typowo ludzkich emocji”. Nicole Wallace, komentatorka TV MSNBC, była rzeczniczka prasowa Busha, zastanawiała się: – Gdzie jest dno? Kiedy się na nim znajdziemy? Dla niego nie ma żadnych świętości.

 

Komentator Keith Olberman oświadczył: – Czas zdać sobie sprawę, że  lider wolnego świata jest pojebany (Olberman wydał właśnie książkę pod tytułem „Trump jest pojebany”). Doradca Busha Peter Wehner stwierdził: – Ten prezydent ma  zaburzony umysł. Jest impulsywny i mściwy.

Gen. Mark Hertling oświadczył, że  w  pierwszej chwili wypowiedź Trumpa uznał za „obelżywą”, potem zdał sobie sprawę, że jest też „obrzydliwa”. – Wszyscy moi koledzy wojskowi tak sądzą. Sławny aktor Robert De Niro podczas uroczystości na Manhattanie powiedział: – Donaldzie Trumpie, pierdol się. Prezydentura tego matkojebcy to horror.

De Niro już w ubiegłym roku nazwał Trumpa „patentowanym głupcem”, „rasistą” i wyraził chęć „dania mu po gębie”.

Sprawa komandosów z Nigru nie dobiegła jeszcze końca. Trump zdecydował się zadzwonić do  rodziny sierż. Davida Johnsona, która w towarzystwie kongresmenki Frederiki Wilson jechała odebrać z lotniska ciało poległego. Słowa prezydenta leciały przez głośniki limuzyny. Wilson wyznała, że w pewnej chwili chciała przejąć słuchawkę i „zbluzgać” Trumpa, gdy usłyszała, jak mówił zapłakanej żonie żołnierza, którego nazwiska nawet nie zapamiętał, i wyrażał się o  nim „twój facet”: –  Wiedział, na co się decyduje”. Ona to sfabrykowała! Nie powiedziałem nic takiego! Mam dowód – oburzył się Trump, gdy kongresmenka nagłośniła treść rozmowy. Powiedział, znieważył naszą rodzinę – potwierdziła matka poległego i cztery osoby obecne w aucie. Źle zrozumieli prezydenta, utrzymywał przedstawiciel Białego Domu. Trump indagowany o dowód odpowiadał bez związku.

 

Coraz bardziej niekonwencjonalna stylistyka wypowiedzi w  odniesieniu do Trumpa rozlewa się szerzej. TV  NBC ujawniła, powołując się na  trzy źródła, że  po  naradzie w Pentagonie sekretarz stanu Rex Tillerson był tak wkurzony na prezydenta, że nazwał go pierdolonym jołopem. Trump, wściekły, kazał mu to zdementować, lecz sekretarz stanu oświadczył tylko, że prezydent jest mądry. W tej sytuacji Trump wyzwał go na pojedynek ilorazów inteligencji. Nie mam wątpliwości, czyj jest wyższy – zagulgotał. John Dickerson, prowadzący prestiżowy show polityczny „Face the Nation” w TV CBS, oświadczył, że u prezydenta nie jest najważniejszy iloraz inteligencji, lecz inteligencja emocjonalna, której championami byli poprzedni prezydenci prezentujący opanowanie i rozwagę pod presją. Trump w porównaniu z  nimi nie wygląda dobrze, zasugerował.

 

Nie umilkły echa starć o inteligencję, gdy prominentny republikański senator Bob Corker, szef komisji spraw zagranicznych senatu, wyraził obawę, że Trump nieobliczalną impulsywnością „wciągnie USA w trzecią wojnę światową”. Prezydent w ataku apopleksji walnął Corkera na odlew stwierdzeniem, że senator błagał go o poparcie, a po odmowie stchórzył i nie ubiega się o reelekcję.

– Smutne, że  Biały Dom stał się przedszkolem dla dorosłych – skonstatował Corker. – Tego dnia najwyraźniej nikogo odpowiedzialnego nie było na dyżurze. Od tego czasu Trump zieje wobec Corkera ogniem i nazywa go „małym Corkerem”. Senatorzy republikańscy odmówili obrony Trumpa i stanęli murem za Corkerem. – Powiedział głośno to, o czym wszyscy w partii szepcą – wyznał Charlie Dent, kongresmen republikański.

Przed epoką trumpizmu takie traktowanie prezydenta w mediach i przez polityków było nie do pomyślenia. Jaja z głowy państwa (szczególnie George’a Busha) robiono sobie w telewizyjnych, satyrycznych show, nigdy w  wiadomościach i  publicystyce. Kongresmeni trzymali się bon tonu. Lecz nastał Trump i zmiótł wcześniejsze obyczaje. „Czas panikować, ostrzega na  łamach «Washington Post» znany historyk Michael Gerson, autor przemówień Busha. Nie można dłużej ignorować wyciekających z Białego Domu apeli o pomoc”.

Personel donosi, że prezydent „wścieka się na wrogów, ma obsesję, że go obrażają, jest niezdolny do koncentracji, pozbawiony dociekliwości, ulega niszczycielskim kaprysom”. Ponadto z  Białego Domu wyciekło, że  prezydent ciska się i  krzyczy do współpracowników: – Ja was wszystkich nienawidzę!

Waszyngtoński dziennik przynosi otuchę. Powołując się na szereg źródeł z Białego Domu, pisze: „Personel podjął nadzwyczajne kroki, by uniemożliwić Trumpowi zrobienie czegoś niepoczytalnego, np. rozpętanie trzeciej wojny światowej”. 19 października eksprezydenci Bush i Obama w publicznych wystąpieniach ostro potępili poczynania Trumpa (choć bez wymieniania go z nazwiska) jako pogłębiające podziały między Amerykanami. Nigdy wcześniej byli liderzy USA nie krytykowali urzędującego prezydenta.

CEZARY STOLARCZYK  "Angora" nr 46/2017

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: