Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

– Pojęcia nie miałam, w co się pakuję. Te słowa zawsze zwiastują perypetie. Sygnalizują tak- że lekkomyślność. Jennifer Appel wypowiedziała je po kilku miesiącach ocierania się o śmierć. Mogła utonąć, umrzeć z pragnienia lub głodu, zostać pożarta przez rekiny. Cudem przeżyła. Appel, architekt krajobrazu, przez 10 lat na Hawajach korzystała z tego, że mieszka na bajkowym archipelagu na  środku Pacyfiku. Żeglowała między wyspami; bez problemów i niespodzianek, które kazałyby jej zastanowić się nad planem, który przez minione 2,5 roku przygotowywała.

 

I tak nadszedł 3 maja. Jej 17-metrowy jacht motorowy „Sea Nymph” („Nimfa Morska”) wypłynął z Ala Wai Boat Harbor w Honolulu. Celem rejsu, który miał potrwać 180 dni, była Tahiti i 20 tysięcy polinezyjskich pobliskich wysp. Nie płynęła sama: przygotowując „Nimfę”, poznała w porcie jedyną pracującą przy łodziach kobietę, Tashę Fuiabu, która dotąd nie spędziła ani jednego dnia na morzu.

Tasha bez wahania przystała na propozycję 6-miesięcznej wyprawy. – Nawet nie wiedziała, że powinna się bać – konstatuje Appel. Na pokładzie były również dwa psy Jennifer: Zeus i Valentine. Już pierwszej nocy na  oceanie natarł na  łódź gwałtowny sztorm, z falami o wysokości 11 – 18 metrów. Po  trzech dniach okazało się, że sztorm uszkodził maszt, lecz Appel skierowała jacht ku wyspom Kiribati, 1600 km na południe od Hawajów. Tam usuną awarię, sądziła naiwnie.

Obciążona zapasami pożywienia (wziąć, ile się zmieści – zbawienna rada wilka morskiego z  Hawajów) „Nimfa” miała zbyt duże zanurzenie, by wpłynąć do laguny. Appel i  Fuiabu prześladował nie tylko brak doświadczenia, ale i pech.

Prawie wszystkie urządzenia nawigacyjne i  komunikacyjne nie funkcjonowały jak należy lub nie działały w ogóle. Komórkę zmyły fale, zresztą i tak nie miała zasięgu. Telefon satelitarny był bezużyteczny, podobnie jak radiostacja. Z dwóch GPS-ów działał jeden. W efekcie jacht zboczył setki mil z kursu. Pod koniec maja uderzył następny sztorm równie dziki jak poprzedni, a po nim kolejny.

Fale zalały kokpit i urządzenie zapłonowe silnika, jeszcze bardziej nadwątliły maszt. Niecały miesiąc po wyjściu z Honolulu Jennifer i Tasha znalazły się na środku Pacyfiku, bez silnika, z ograniczoną zdolnością żeglowania. „Nimfa” płynęła z prędkością kilku kilometrów na godzinę. Żeglarki usiłowały napawać się ciszą, dostojeństwem i widokami oceanu.

Miały dwa odsalacze wody morskiej i zapas żywności, której – jak sądziły – wystarczy na rok. Pewnego  monotonnego dnia poczuły uderzenie o burtę. Wyjrzały: rekiny tygrysie. – Używały naszego jachtu, by uczyć młode, jak się poluje –  mówi Appel. Ledwie stado odpłynęło, pojawił się 7-metrowy rekin i zaczął taranować kadłub jachtu.

Żeglarki z psami leżały pod pokładem, bojąc się, że rekiny ich wyczują lub usłyszą. Czy kadłub wytrzyma? To nurtowało je najbardziej. Wytrzymał. Rekiny odpłynęły.

Podobnie jak kilka statków dostrzeżonych na horyzoncie; załogi nie widziały wystrzeliwanych ratunkowych rac. Jennifer i Tasha zaczęły myśleć, że to się może niedobrze skończyć.

Mijały miesiące, zapasy ubywały nieoczekiwanie szybko, psich konserw zabrakło, a psy bardzo sobie chwaliły jedzenie ludzkiej żywności. – Zastanawiałyśmy się, czy dziś jest ostatni dzień naszego życia? – mówi Appel. – Czułyśmy pokorę. Siły natury grały nimi w ruletkę.

Z jakichś powodów Appel nie uruchomiła urządzenia emitującego sygnał Mayday. Pod koniec piątego miesiąca, tysiące mil od Tahiti, rozbitków dojrzał tajwański trawler. W  ostatniej chwili: 90 proc. zapasów nie istniało, a jeden odsalacz wody się zepsuł. Ale na ulgę trzeba było poczekać.

Statek wziął ich na hol, ciągnął mocno i żeglarki zorientowały się, że jacht tonie. Załoga nie reagowała na krzyki, nikt nie rozumiał po angielsku. Kobiety w  panice wskoczyły do  oceanu i dopłynęły do trawlera. Przez radio wezwały pomoc. Wtedy odezwała się Coast Guard, amerykańska straż przybrzeżna na wyspie Guam. Wkrótce na horyzoncie zamajaczyła potężna szara sylwetka desantowca US Navy „Ashland”. Zbliżył się i zaczął... odpływać. Znów panika.

„Spokojnie, widzimy was” – nadszedł sygnał. Wkrótce kobiety i psy były na pokładzie, pod opieką lekarza, 1500 km na południowy zachód od  Japonii. Marynarze po  oględzinach „Nimfy” zawyrokowali, że jest nie do użytku. Żeglarki wysadzono na Okinawie.

(STOL) "Angora" nr 46/2017 Na podst.: Honolulu Star Advertiser, Washington Post, AP, USA Today

Zamieszczamy,  w celach informacyjno-edukacyjnych, mniej niż 10% przedruków  zawartości   ANGORY. Do poczytania kilkadziesiąt ciekawych  stron https://www.angora.com.pl  lub wydanie papierowe  w każdy poniedziałek. Cena tylko 4 zł.                                                                                                       

   Tygodnik ANGORA dostępny  również na iPad i iPhone darmowa aplikacja.

 Wpisz w przeglądarkę: https://itunes.apple.com/app/tygodnik-angora/id428646005

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: