Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Niech się z nich każdy niewinnie rozśmieje.
Żaden nagany sobie nie przyswoi,
Nicht się nie zgorszy, mam pewną nadzieję.
Prawdziwa cnota krytyk się nie boi
.

Ignacy Krasicki, Monachomachia, pieśń szósta

ROMANTYCZNE POCZĄTKI, CZYLI JAK TO SIĘ ZACZĘŁO?

 

 

 

19 listopada 2015 r. siedziałam przy biurku, klikając na rozmaite memy, wpisy i komentarze poświęcone wynikom wyborów parlamentarnych w Polsce. Jak wiele innych osób, myślących podobnie, byłam zrozpaczona, wkurzona i szukałam ujścia mojemu rozczarowaniu wynikami wyborów i pierwszymi, mocno kontrowersyjnymi poczynaniami nowych władz. Tym bardziej, że moje złe przypuszczenia przed wyborami zaczęły się spełniać: zagrożony był Trybunał Konstytucyjny, a zatem zagrożony był ład demokratyczny Polski.

 

Ktoś wrzucił mi link do artykułu Krzysztofa Łozińskiego ze Studia Opinii, w którym była mowa, że na wzór Komitetu Obrony Robotników trzeba teraz założyć Komitet Obrony Demokracji.

To mi się podoba – pomyślałam. Trzeba działać. Dość klikania.

Czytałam komentarze pod tekstem. To nie wyjdzie – pisał ktoś. A ja taką organizację założę – spokojnie argumentował ktoś inny. Zerknęłam na profil: Mateusz Kijowski. Skojarzyłam go z akcją Faceci w spódnicach. Rozwinęła się dyskusja, w której spodobał mi się spokojny, rozważny ton Mateusza. Za dwa dni widzę: jest grupa na Facebooku. Dołączyłam, ale to tylko grupa na Facebooku. Z głupia frant napisałam do założyciela: pamiętam z dyskusji, że to miała być realnie działająca organizacja, a nie kolejne miejsce do klikania. Zgłaszam się do pomocy, chcę robić coś konkretnego!

Odpowiedź przyszła natychmiast: tak jest, to ma być realnie działająca organizacja. Tyle, że jesteś pierwszą osobą, jaka zgłosiła się do pracy. Siadaj i pisz regulamin. Zaraz przyślę Ci kogoś do pomocy. W ten sposób skontaktował się ze mną Wojciech Dragan. Mateusz w międzyczasie zbierał kolejne osoby, pojawił się projekt manifestu.

Pamiętam 48 godzin dyskusji prawie bez przerwy. Panowie! Protestowałam – mogę nie spać, ale muszę się wykąpać! Brudna nie będę niczego organizować!

Jacek ParolPiotr CykowskiAndrzej Miszk, Wojtek, Mateusz – pamiętacie te przegadane, przedyskutowane godziny? Roztrząsanie wszystkich za i przeciw: jaką formę wybieramy, fundacja czy stowarzyszenie, jeśli stowarzyszenie to jakie, proste czy rejestrowe? Wybór logo. Niedziela wieczór, ktoś jęknął: na grupie jest już 5 000 ludzi. Musimy stworzyć grupy regionalne, bo nie ogarniemy wszystkiego. Tym bardziej, ze jednocześnie zostaliśmy poddani mocnemu atakowi: pojawiało się mnóstwo pseudokodowskich fałszywych stron. Likwidowano jedne, powstawały drugie.

Jarek Marciniak w ciągu 48 godzin stworzył wszystkie 17 grup regionalnych. Było nas już około 20 osób pracujących nad stworzeniem zrębów organizacji: oprócz wymienionych powyżej byli przecież także Joasia Roqueblave, nieodżałowana ś.p. Beata KolisPaweł Wimmer, Dorota Guenther, Beata Ossowicka, Maja, która musiała pierwsza od nas odejść i Marysia Wojciechowska. Powstał podział kompetencyjny: część osób, jak Piotr i Magda Ostrowskaskupili się na pracy nad statutem, część z nas tworzyła struktury w terenie. Warszawiacy zaczęli już spotykać się w rzeczywistości, nie tylko na Facebooku.

Ponieważ udostępniłam swoje konto, do mnie zaczęły spływać zgłoszenia chętnych do współpracy z całego kraju. Poznań: Beata Anna Polak, dwie Magdy – szczecińska Magda Filiks i dolnośląska, która okazała się potem być Małgorzatą Lech-Krawczyk. W Lublinie działał młody Bartek Sierpniowski, a Warmię i Mazury koordynowała przebojowa Anka Grzybowska. Pomorze zbierał Radek Szumełda. Do każdego z nas przychodziło do 200 wiadomości dziennie. Mimo pierwszych obaw, było tam znacznie mniej wyzwisk i hejtu niż wyrazów poparcia i zgłoszeń akcesu. Wszyscy pamiętamy godziny spędzone na Facebooku i dyskusje po świt, niecierpliwy w nas ciskał się duch.

2 grudnia spotkaliśmy się w gronie 21 osób pierwszej paczki działaczy. Nie wszyscy dojechali, niektórzy odmówili. Omawianie Statutu, ustalanie szczegółów. Przyglądanie się sobie. To Ty tak wyglądasz? To Ty jesteś? Inaczej sobie Ciebie wyobrażałam! Przyjemnie było poznać osobiście kolegów starszych od nas doświadczeniem, ale młodych zapałem: Krzysztofa Łozińskiego , Waltera Chełstowskiego i Krzysztofa Kasprzyka.

PIERWSZE MIESIĄCE

Pierwsze miesiące to dyskusje nad kształtem Stowarzyszenia i praca po 16 godzin na dobę. Nikt nikogo nie pytał o papiery, o umiejętności. Chcesz, to rób, masz pomysł to go realizuj. Dyskusjami wypełnił się pierwszy zjazd koordynatorów w styczniu 2016 r., na którym padły ważne słowa: Mateusz jest twarzą, ale nie wodzem, a KOD jest stowarzyszeniem, ale nie organizacją wodzowską. Zastanawialiśmy się wtedy, chyba po raz pierwszy i ostatni tak głęboko i w tak licznym towarzystwie nad celami KOD-u.

 

– Celem KOD-u jest zaistnienie takiego państwa, w którym nie będzie trzeba dodatkowych organizacji broniących demokracji. Ona obroni się sama – to zdanie Mateusza było podsumowaniem naszych ówczesnych dążeń.

Jednocześnie w Warszawie odbyły się po kolei dwie pierwsze manifestacje pod KPRM: 3 grudnia, bardzo spontaniczna i 12 grudnia, pierwsza ogólnopolska. Jadąc na nią, zastanawialiśmy się, czy przyjdzie chociaż tysiąc osób. Gdy wysiadaliśmy z autobusu, na przystanku zobaczyliśmy tłum ludzi z flagami i transparentami. Do trybuny nie można się było dopchać. Przejście przez miasto zajęło ponad 2 godziny! Radość spotkania tylu ludzi, którzy myślą podobnie do nas, kazała nam uśmiechać się całą drogę. To właśnie wtedy marsze KOD-u zaczęły charakteryzować życzliwość i uśmiech.

Co jeszcze warto wspomnieć z tamtego okresu? Pierwsze spotkanie grupy KOD-u w województwie Świętokrzyskim. 15 zagubionych osób na małej salce i bezradne pytanie: Co my możemy zrobić? W takim miejscu? Z taką ilością osób? A jednak! W tej chwili region ten należy do jednych z najprężniej działających.

KRYZYS W KODZIE

Skoro było tak dobrze, to dlaczego stało się tak źle?

 

Omawiając przyczyny i skutki kryzysu, pomijam całkowicie podnoszony często wątek agenturalny. Pomijam, ponieważ jest w tej chwili nie do udowodnienia, a nadmiar słów może wszcząć na nowo kampanię wyzwisk i wzajemnych oskarżeń. Gdzieś po latach – jak śpiewał Jacek Kleyff – wyjdzie na jaw, kto szczuł i co było grane.

Wystarczająco dużo błędów popełniliśmy my sami, by wszystkie zwalać na agenturę i „wtyczki”.

Kryzys w KODzie zaczął się niemal z początkiem jego istnienia. Konflikty obejmowały Zarząd Główny i najważniejsze województwa w kraju: Wielkopolskę, Małopolskę, Mazowsze, Warmię i Mazury, Łódzkie i Dolny Śląsk. Prawdziwy exodus osób, którym nikt nie mógł odmówić pracowitości i ofiarności dla KOD-u, czyli jego założycieli, nastąpił w maju i czerwcu. W Zarządzie Głównym zmieniła się wtedy połowa składu. Odchodzące osoby ostrzegały mnie: organizacja broniąca demokracji nie może sama działać niedemokratycznie. Inne mówiły o syndromie więźnia z eksperymentu prof. Zimbardo. Istotnie, to wtedy pojawiły się na większą skalę: hejt zamiast rzeczowej dyskusji, posługiwanie się intrygami i plotkami, donosy oraz kłamstwa, ferowanie szybkich a niesprawiedliwych wyroków, manipulacje. Rozwalanie rozpoczętych projektów, odpychanie ludzi z pomysłami i doświadczeniem. Pokrywanie własnego braku doświadczenia czy wiedzy butą i nadmierną pewnością siebie. Zanikła rzeczowa dyskusja, odsunęło się sporo ludzi, przerażonych wylewającym się hejtem, gwiazdorstwem przywódców i decyzjami, podejmowanymi w niejasny i niejawny sposób.

Znamienne dla tego etapu były dwa wydarzenia:

  1. Ujawniony we wrześniu fakt niezłożenia do KRS nowego Statutu;
  2. Zwoływanie walnych zjazdów w regionach, mimo braku wpisanego do KRS aktualnego Statutu.

Pierwsze tak naprawdę do dzisiaj nie zostało wyjaśnione, z drugiego Zarząd Główny na szczęście wycofał się z niewielkimi stratami finansowymi. Zaufanie koderów do władz zostało jednak zdrowo nadszarpnięte.

Z pozostałych kryzysów pomijam całkowicie sprawę faktur Mateusza Kijowskiego, głównie dlatego, że wszelkie znane mi wyjaśnienia na ten temat zamieściłam w Raporcie z Kontroli Komisji Rewizyjnej, przeznaczonego tylko dla członków Stowarzyszenia. Do wielkiego kryzysu doprowadziło Stowarzyszenie nie sam fakt zaistnienia zjawiska, ale to, co działo się po jego ujawnieniu.

Pewna teoria mówi, że każde społeczeństwo dzieli się na 2 grupy, nazwijmy je „pionowców” i „poziomowców”. Pierwsi są ludźmi o silnej potrzebie autorytetu jednostki i hierarchii społecznej. Drudzy kładą nacisk na wartości demokratyczne i poczucie równości. Pierwsi chcą wybitnego lidera, drudzy stawiają na pracę zespołową. Na ogół uważa się pierwszych za wyborców PiS, drugich – za zwolenników demokracji. A jednak i w samym KODzie, gdzie – wydawałoby się, dominować będą zwolennicy horyzontalnych wartości, nastąpił podział podobny do tego ogólnospołecznego. Gdy część domagała się ukarania winnych, inni żądali zrelatywizowania zasad i uczynienia wyjątku dla przywódcy. Jedni żądali ukarania wszystkich członków Zarządu Głównego bez rozstrzygania o konkretnej winie, inni twierdzili, że dla dobra sprawy należy przymknąć oko na wykroczenia. Dla jednych winą okazał się fakt złamania Statutu, dla innych – fakt ujawnienia tej sprawy.

Okazało się wtedy, jak niewiele sami rozumiemy jeszcze z demokracji, o którą walczymy: w KODzie pojawił się kult wodza i próby stawiania go ponad prawem; lekceważenie dla przedstawianych opinii prawnych, które nam się nie podobały; nieumiejętność przyjmowania krytyki i tępienie ludzi o odmiennych poglądach, koteryjność oraz relatywizm moralny.

A przecież, jak powiedział nam audytor, Stowarzyszenie KOD okazało się organizacją w miarę zdrową i sprawną. Złamanie Statutu wykryto już po 3 miesiącach, gdy w innych organizacjach takie sprawy ciągną się latami. Działania naprawcze podjęto niemal natychmiast po wykryciu. Jak na młodą organizację to nieźle.

Dla wielu osób jednak sam fakt, że nastąpiło takie zdarzenie, był wystarczający do odejścia z organizacji. Podobnie postępują niektórzy w małżeństwie gdy tylko okaże się, że współmałżonek nie jest tak idealny, jak się nam na początku wydawało. Podobnie wielu Polaków obraziło się na własny kraj, gdy okazał się daleki od ideału: wyjechali albo przestali chodzić na wybory.

Kolejnym, bardzo poważnym błędem dla nowopowstałej organizacji było zanegowanie i odrzucenie dorobku dotychczasowych NGO’sów. Owszem, nowość, wraz z powiewem entuzjazmu i świeżości może być atutem, ale odrzucanie cudzego doświadczenia, niechęć do nauki od innych, lekceważenie cudzego dorobku – zaletami na pewno nie są. Skutek? Od KOD-u odsunęła się większość organizacji pozarządowych.

Czy lepiej nam poszło z partiami politycznymi? Moim zdaniem – nie. Nadmierna ufność do jednej strony sceny politycznej, czarno-białe widzenie świata, brak rozeznania politycznego spowodowało naszą podatność na manipulacje niektórych dziennikarzy i polityków. Obserwowane przeze mnie zakusy poszczególnych działaczy partyjnych doprowadzić miały do podporzadkowania KOD-u jednej lub drugiej opozycyjnej partii. Zamiast być organizacją oceniającą każdą z partii, chciano, byśmy stali się mięsem armatnim do wychodzenia na manifestacje wtedy, gdy było to wygodne oraz – ewentualnie – rozwieszania plakatów wyborczych. Zamiast podmiotem, KOD stać się miał przedmiotem gierek partyjnych.

Kto zwycięży? Zobaczymy w wyborach samorządowych. Podczas jednej z dyskusji niewielkiej Grupy Lokalnej wszyscy jej członkowie okazali się zgodni: prywatnie możemy pomagać poszczególnym osobom z naszych znajomych, jeśli zechcą startować w wyborach. Oficjalnie jednak – uznaliśmy – KOD powinien skupić się na działaniach profrekwencyjnych oraz pilnowaniu uczciwości kampanii każdego z kandydatów. Naszym celem jest pilnowanie, by wszyscy rządzący stosowali się do reguł, na jakie się sami zgodzili, a nie czynny udział w polityce.

Zapewne wielu z działaczy zechce jednak wykorzystać swoją popularność i wystawi swoje kandydatury do samorządów. Mają do tego prawo. I w Solidarności jedni walczyli o władzę (dla siebie), inni o wolność (dla wszystkich). Zawsze trudno było odróżnić ludzi, dla których kariera jest środkiem do celu od tych, dla których jest celem. Czas to pokaże, a historia oceni.

DZIAŁANIA NAPRAWCZE I TWORZENIE STRUKTUR REGIONALNYCH:

Podjęte niemal natychmiast działania naprawcze zostały oczywiście przez wielu skrytykowane, gdy tylko przedstawiono ich wyniki – bo nie zgadzały się z założeniami. Ludzie, którzy codziennie przez parę miesięcy stosowali stalking, pytając o wyniki kontroli – do dokumentów kontrolnych nawet nie sięgnęli.

 

Przykre jest także to, jak wielu członków KOD-u patrzyło na tworzenie struktur regionalnych przez pryzmat wyborów personalnych. Liczyły się wybory i „stołki”, nie dyskusja i plany działania. Widać to było już w samym nazewnictwie: do tej pory wisi na głównej stronie KOD-u zakładka Wybory. Tak, jakby nic poza zmianami personalnymi we władzach KOD-u nie było ważne.

Podczas walnych zebrań regionalnych KODowi urządzono wręcz igrzyska wojny o władzę: poprzez układania się poszczególnych stron ( „dla was tyle stołków, tyle dla nas i reszta dla powiatów”), donosy, intrygi, anonimy, obmowa, niszczenie osób podejrzanych o konkurencję. Zamiast dyskusji o planach i strategii – listy z instrukcjami i personalne ustawki. Dlaczego? Może tak bardzo przesiąkliśmy partyjniactwem, że nie widzimy różnicy między partią wodzowską a NGOsem? Nie potrafimy dostrzec różnicy między funkcją wodza, a pracą zespołową zarządu?

Czy naprawdę musimy mieć lidera? Wynika to trochę z niedojrzałości polskiej polityki, gdzie partie tworzą się wokół wodza, a nie programu. Czy KOD musi mieć przewodniczącego, a nie – np. parę wymieniających się co pół roku wiceprzewodniczących?

Indywidualne gwiazdorstwo z pewnością nie sprzyja ani organizowaniu pracy, ani działaniom grupowym czy pracy u podstaw. Przewodniczący zarządu to jedynie funkcja – nie żaden zaszczyt. To postać primus inter pares, nie wódz. Tak powinno być w demokracji, o którą podobno nam chodzi.

 

ODRODZENIE: KRAJOWY ZJAZD DELEGATÓW

Pamiętam ten wybuch entuzjazmu i radości po pierwszym dniu Walnego Zjazdu. Jakby nagle wszyscy nabrali w płuca dodatkowej porcji tlenu. Zwyciężył zdrowy rozsądek, nowe rozdanie. Zmienimy KOD na lepszy – cieszyli się delegaci. Radość prawie tak wielka, jaka mogłaby być po wygranych przez prodemokratyczne partie wyborach.

 

Tymczasem ucichły fanfary zwycięstwa. Zakończyło się tworzenie struktur lokalnych, zaczęła się zwykła codzienna praca. Bez Mateusza Kijowskiego, który opuścił KOD. Podobnie, jak większość założycieli Stowarzyszenia i wiele jeszcze innych osób, które w odnowionej organizacji nie znalazły miejsca dla siebie. Miejmy nadzieję, że prędzej czy później spotkamy się z nimi w drodze do wspólnego celu. Jeśli mieliśmy wspólny cel.

Nasza walka toczy się bez nadziei na szybkie zwycięstwo. Już bez entuzjazmu na manifestacjach. Bez tłumów i wspaniałych przemów na trybunach. Mało tego, ludzie, w których obronie stawaliśmy: sędziowie, lekarze, nauczyciele – nie zawsze życzyli sobie naszej pomocy i czasem zachowywali się inaczej, niż byśmy się tego po nich spodziewali.

Droga nasza daleka jest i długa – okazało się. Nie wszystkim wystarcza cierpliwości, nie wszyscy mają dość czasu na tak długie działania, nie mogą już wolontarystycznie angażować się tak mocno. Trzeba przecież zarabiać na życie, zająć się znowu rodziną.

To może dobrze, że stygnie nam entuzjazm i słabnie zapał. Bo kolejne działania może podejmiemy rozważniej, po dyskusji i namyśle?

QUO VADIS, KODZIE?

Minął miesiąc miodowy większości organów KODowskich struktur. Nikt z tych, co za wszelką cenę walczyli o władzę, nie przedstawił racjonalnej koncepcji walki o demokratyzację kraju. Nie poprowadził do zwycięstwa.

 

Nadal nie mamy jasno wytyczonego celu, strategii ani planu działania. Nadal leżą zdolności organizacyjne czy umiejętności współpracy. Ucichł, ale budzi się od czasu do czasu hejt, nie znikły wzajemne oskarżenia i podejrzenia. Nadal mamy niepoprawiony Statut, nadal nie mamy odpowiedzi na listy czy maile. Kiepsko jest z informacją i obiegiem dokumentów. Mamy rozbudowaną strukturę, która okazała się być mocno niewydolna, często znowu skupiająca się na działaniach reaktywnych zamiast na sprawnym zarzadzaniu.

W wielu miejscach jednak coś się zmienia.

Niektórzy wybrani wodzowie zrozumieli już, że samemu nie da się działać. Do pracy potrzebni są ludzie, których zniechęcać nie można. Stąd im niżej na szczeblach, tym więcej współpracy ponad dawnymi podziałami. Zresztą i pracy widać tym więcej, im niżej się wchodzi w struktury. Grupy Lokalne często działające w matecznikach pisowskich, zaskakują inwencją i uporem w działaniu. To jest w tej chwili największa siła Stowarzyszenia: zwykli szeregowi działacze z małych miasteczek. Ich odwaga wyjścia u siebie na ulicę jest znacznie większa, niż odwaga przemówienia do stutysięcznego tłumu w Warszawie. Oni, wychodzący nie w tłumie, ale w 5-7 osób, ryzykują więcej, bo są znani i rozpoznawalni.

Kodzie! Szanuj swoich żołnierzy najdrobniejszego szczebla! To oni wykonują w tej chwili najważniejszą i najtrudniejszą pracę. Tam właśnie, w małych miasteczkach wykuwać się może ta nowa, przyszła Polska.

Gdy pytają, gdzie jest KOD – odpowiadajcie – w małych ośrodkach, gdzie praca toczy się z dala od błysków fleszy i kamer. To tam setki KODerów rozmawiają, rozlepiają ulotki i własnym przykładem pokazują, że warto stać po stronie demokracji.

PODSUMOWANIE

Jedna rzecz jest bezsprzecznie zasługą Stowarzyszenia Komitet Obrony Demokracji: obudzenie się społeczeństwa. KOD stał się pierwszą organizacją, która głośno zaprotestowała przeciwko łamaniu przez rządzących prawa i zasad demokracji. Za nami poszli inni.

 

W Kodzie jednak, jak w soczewce, skupia się wyraziście charakter Polaków, z naszymi wadami i zaletami. Starajmy się zrozumieć, że nie jesteśmy ani lepsi, ani gorsi od innych ludzi –także tych z drugiej strony barykady. My też mamy swoje grzechy na sumieniu, daleko nam od ideału. Jesteśmy na dodatek w tym trudnym momencie, gdy wielu zwątpiło w szybkie i błyskotliwe zwycięstwo. Wiemy już, że nie osiągnie się go ulubionym przez Polaków demonstracyjnym zrywem, a codzienną, szarą pracą. To znacznie trudniejsze pole działania, niż wychodzenie na manifestację. Wymaga tego, czego Polacy nie mają zbyt wiele: cierpliwości i pokory. Umiejętności słuchania i przekonywania.

Coraz więcej słyszę o rezygnacjach osób, rozczarowanych brakiem skutków naszych działań, brakiem konkretnych planów czy nieumiejętnościami organizacyjnymi. Oczywiście, ludzie mają prawo do takiej decyzji. Owszem, można założyć inną organizację – pytanie, czy na pewno będzie lepsza, jeśli my sami – się nie zmienimy?

Nie ma na świecie idealnych krajów, ludzi czy organizacji. Można się wycofać z walki, jeśli straciło się wiarę w cel. Nie powinno się jednak poddawać bez próby naprawienia sytuacji. Jakże mamy walczyć o demokrację w kraju, jeśli nie potrafimy wywalczyć demokracji w Stowarzyszeniu?

KOD chce przywrócić demokrację w Polsce. Cel chwalebny. Zanim jednak go osiągniemy, zacznijmy od naprawiania siebie. Zadajmy sobie pytanie: czy zawsze działam zgodnie z prawem? Czy w mojej rodzinie jesteśmy demokratyczni? Czy w moim otoczeniu stosowane są zasady, o jakie walczę w skali kraju?

Co może być celem doraźnym KOD-u? Zbudowanie prężnej, wzorowej, demokratycznej organizacji. Bo jeśli nauczymy się dbać o demokrację w najbliższym otoczeniu i w Stowarzyszeniu, przyjdzie nam łatwiej walczyć o nią w skali kraju.

Elżbieta Pytlarz    http://studioopinii.pl

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: