Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Niemieckie wybory spowodowały polityczne trzęsienie ziemi. Wielkie partie poniosły dotkliwe straty. Zatriumfowało populistyczne, antyimigranckie ugrupowanie Alternatywa dla Niemiec (AfD), które zdobyło aż 12,6 procent głosów i będzie miało w Bundestagu 94 deputowanych. AfD stała się trzecią siłą polityczną kraju, drugą we wschodnich landach i pierwszą w Saksonii. Zaraz po  zwycięstwie Alexander Gauland, jeden z szefów AfD, zadeklarował buńczucznie: „Będziemy polować na  Merkel i  ją  przed sobą pędzić”.

Angela Merkel zachowa urząd kanclerza, ale – jak określił to pierwszy program telewizji publicznej ARD – została „oskubana”. Szwajcarski dziennik „Tages-Anzeiger” napisał: „To  jest pod każ- dym względem przełom w  historii Republiki Federalnej.

Nigdy od czasu jej pierwszych lat tak gwałtownie nacjonalistyczna, wroga wobec islamu, częściowo rasistowska partia nie zasiadała w parlamencie, i do tego tak licznie. Tradycyjny republikański konsensus, zgodnie z którym takie ugrupowania nie były dopuszczane do politycznej dyskusji, załamał się zjawiskowo”.

Amerykański dziennik „Washington Post” zauważył złośliwie, że przynajmniej Niemcy przestaną być świętymi, a okazywana przez nich tak chętnie „moralna wyższość” wobec państw europejskich i USA ulegnie szybkiej redukcji. Komentatorka opiniotwórczego magazynu „Der Spiegel” podkreśliła, że w nowej sytuacji w Bundestagu „antyfaszyzm musi stać się codziennością”.

Premier Czech Bohuslav Sobotka ostrzegł, że dziś przeciwnikiem AfD są Unia Europejska i uchodźcy, a jutro będą nim Czesi i Polacy.

„Od jutra dawanie po pysku”

Chadecy, czyli CDU Angeli Merkel, oraz siostrzana bawarska CSU zdobyli tylko 32,9 procent głosów (mniej o 8,6 procent niż w wyborach 2013 roku). Sondaże nie przewidziały tak upokarzającej porażki.

CSU doznała prawdziwej katastrofy, utraciła prawie 11 procent poparcia – w znacznym stopniu na rzecz AfD. Socjaldemokracja współtworząca z chadekami gabinet Merkel uzyskała 20,5 proc. głosów (mniej o 5,2 proc.). Przewodniczący SPD Martin Schulz oznajmił z hukiem, że jego partia przechodzi do opozycji i agresywnie obwinił Angelę Merkel o wszystko.

Andrea Nahles, która została wybrana na przewodniczącą nowego klubu poselskiego socjaldemokratów, zapowiedziała, że „od jutra zacznie się dawanie po  pysku”.

Nad Sprewą, Renem i Menem zapowiadają się ciekawe czasy. CDU/CSU i  SPD nazywane są w Niemczech „partiami ludowymi” czy też „narodowymi” (Volksparteien). Wyniki elekcji świadczą wszakże, że „lud niemiecki” w coraz mniejszym stopniu się z nimi identyfikuje. Monachijska „Süddeutsche Zeitung” stwierdziła, że społeczeństwo jest politycznie podzielone.

Wcześniej chadecy i socjaldemokraci potrafili zjednoczyć pod swymi sztandarami większość obywateli, obecnie jednak żadne z tych ugrupowań nie może z czystym sumieniem nazywać się „partią ludową”. Komentatorzy piszą o  „zmierzchu Merkel”. Według ukazującej się w  Moguncji „Allgemeine Zeitung” kanclerz powinna postarać się o następcę, który potrafi odzyskać konserwatywnych wyborców, i jeszcze podczas swej kadencji przekazać mu władzę.

Parlament gigant

W Republice Federalnej powstała skomplikowana sytuacja polityczna. W następstwie osobliwości ordynacji wyborczej nowy Bundestag będzie liczył aż 709 deputowanych – 78 więcej niż obecny.

Problemy logistyczne z rozmieszczeniem nowych posłów są ogromne, istnieją przy tym obawy, że tak liczne gremium okaże się niezdolne do  skutecznych obrad.

Pracę legislatywy mogą utrudniać demagodzy AfD, którzy już zapowiadają, że będą bezlitośnie atakować Merkel przede wszystkim za to, że wpuszczając w 2015 roku do kraju milion uchodźców, złamała prawo.

Przewodnicząca AfD Frauke Petry po wyborach porzuciła swe ugrupowanie, oskarżając jego przywódców o  zbytni radykalizm. Petry pragnie założyć nową partię – konserwatywne ugrupowanie, swego rodzaju nową wersję bawarskiej CSU, ale działają- cą w całym kraju.

Nadzieje polityków i komentatorów na rozpad potężnego klubu parlamentarnego AfD zapewne jednak się nie spełnią. Po tym, jak socjaldemokracja zapowiedziała przejście do opozycji, jedyną możliwą konstelacją rządową jest „koalicja Jamajki” (od barw narodowych tego kraju).

W RFN chadecy to „czarni”, liberałowie z FDP, którzy po czteroletniej przerwie ponownie weszli do Bundestagu, to „żółci”, zaś symbolem ekologicznej partii Zielonych jest właśnie ten kolor.

Ale rozmowy koalicyjne będą wyjątkowo trudne. Wezmą w nich udział cztery partie, ponieważ CSU po wyborczym „przesławnym laniu” pragnie uwypuklić swój odrębny profil.Bawarska partia domaga się wprowadzenia górnego limitu przyjmowania uchodźców, czemu Zieloni stanowczo się sprzeciwiają.

Ekologowie i liberałowie z FDP nie pałają do siebie miłością i mają sprzeczne programy. Te ugrupowania zażądają od Merkel bardzo wysokiej ceny za wejście do rządu. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” przewiduje:

„Tej niezwykłej koalicji, o ile w ogóle dojdzie ona do skutku, będą towarzyszyły wstrząsy, a nie czar”. Teoretycznie jeśli rozmowy zakończą się fiaskiem, może powstać gabinet mniejszościowy Merkel albo rozpisane zostaną przedterminowe wybory. Ale do tego z pewnością nie dojdzie.

Obywatele Republiki oczekują stabilnej władzy, a kolejne głosowanie przyniosłoby tylko straty „partiom ludowym” i  zyski populistom. W  sytuacji ostatecznej być może socjaldemokracja zmieni zdanie i włączy się do rządu.

Prawdopodobnie jednak Merkel z wielkim mozołem skleci „Jamajkę”, ale nowy gabinet powstanie dopiero przed Bożym Narodzeniem. 63-letnia kanclerz, opiekuńcza „nadmatka” narodu, nie ma sobie nic do zarzucenia.

Po wyborach Merkel nie przyznała się do żadnych błędów, a przecież krytycy oskarżają ją o to, że w imię pragmatyzmu zrezygnowała z konserwatywnych wartości, a pod jej rządami szerokie warstwy społeczeństwa zubożały (przynajmniej jak na niemieckie warunki). To wszystko przyczyniło się do sukcesu hałaśliwych populistów z AfD.

Ale „niewzruszona” Angela (tak określił ją dziennik „Frankfurter Allge meine Zeitung”) ogłosiła hasło: „Spokój jest źródłem siły”. „Oskubana” Merkel zamierza rządzić przez następne cztery lata i zapewne jej się to uda.

Z jakim skutkiem dla kraju, to już inna sprawa.

Gniewny wschód

Zdaniem niektórych publicystów, osłabiona kanclerz nie będzie czynić wielkich nacisków na Polskę w sprawie przyjmowania uchodźców i praworządności. Nie dokona też prorosyjskiego zwrotu.

Nie jest to jednak całkowicie pewne. Christian Lindner, przewodniczący FDP, która może wejść w skład nowej ekipy rządzącej, uchodzi za sympatyka Putina i proponuje ponowne przyjęcie Rosji do grupy najbardziej wpływowych państw świata G-7. Niezwykłe wybory ujawniły jeszcze jeden niepokojący fenomen.

Zjednoczenie Niemiec nie do końca się udało. W miastach wschodu Merkel witano nienawiścią. Na terenie dawnej NRD na Alternatywę dla Niemiec głosował co piąty wyborca, co czwarty mężczyzna.

W pięknej i sympatycznej Saksonii ksenofobiczni podżegacze zdobyli aż 27 procent głosów. „Demokracja na wschodzie jest zagrożona”, alarmuje dziennik „Frankfurter Rundschau”.

Paradoksalnie AfD osiągnęła największe sukcesy w regionach, w których obcokrajowców jest niewielu. Politycy w  Berlinie dopuścili do tego, że na rozległych obszarach Meklemburgii czy Brandenburgii panuje gospodarcza i  społeczna mizeria.

Wielu obywateli wschodnich landów ma też dosyć nieustannego lekceważenia i pouczania ze strony „zachodniaczków”. Stąd te niebezpieczne dla demokracji triumfy nacjonalistycznych demagogów.

(KK) "Angora" nr 41/2017

Zamieszczamy,  w celach informacyjno-edukacyjnych, mniej niż 10% przedruków  zawartości   ANGORY. Do poczytania kilkadziesiąt ciekawych  stron https://www.angora.com.pl  lub wydanie papierowe  w każdy poniedziałek. Cena tylko 4 zł.                                                                                                       

   Tygodnik ANGORA dostępny  również na iPad i iPhone darmowa aplikacja.

 Wpisz w przeglądarkę: https://itunes.apple.com/app/tygodnik-angora/id428646005

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: