Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

 Mężczyźni po urlopach wrócili do  swych krajów, a  kobiety i  ich dzieci stawiają czoła lokalnej społeczności. Zdarza się, że ojciec płaci alimenty, ale to rzadkość. „Tato odjechał” (Dad is gone) –  taki tytuł nosi seria zdjęć, która skłoniła dziennikarkę portalu Refinery29.com do zainteresowania się tematem. Filipińskie miasto Angeles, około 80 km od Manili, słynie z dzielnicy czerwonych latarni

W czasie zimnej wojny, do 1991 roku, niedaleko stąd – w Olongapo – znajdowała się jedna z największych amerykańskich baz. Obecność zachodnich żołnierzy sprawiła, że domy publiczne i  lokale ze  striptizem zaczęły pojawiać się w okolicy jak grzyby po deszczu.

Właśnie przez obecność amerykańskich wojsk takie miasta jak Olongapo czy Angeles uzależniły się od  przemysłu erotycznego. Mówi się o nich „bliźniacze miasta grzechu”. Z końcem zimnej wojny, od 1989 roku, na  Filipinach zapanowała prawdziwa wolność.

 

W Berlinie upadł mur, a  wojska USA zaczę- ły się wycofywać z Filipin. W 1992 roku odpłynął ostatni amerykański okręt. Niedługo później miasto Angeles stało się jednym z ulubionych celów podróży seksturystów z Zachodu – a w barach przy Fields Avenue pracowało ponad 12  tys. kobiet.

Fotografowie Borcard i Métraux opisali swe doświadczenia w korespondencji z dziennikarzami serwisu Refinery29. Mówią o dzieciach, które w szkole padają ofiarą mobbingu, o dzieciach bez ojców.

Wiele z nich idealizuje nieobecnego rodzica do tego stopnia, że na YouTube publikują nagrania, w których przedstawiają się jako osoby poszukujące biologicznego ojca. Zazwyczaj nie mają wystarczających informacji, by mieć szanse na odnalezienie mężczyzny.

Filipiny to kraj katolicki i aborcja jest tu nielegalna, zaś antykoncepcja bardzo kosztowna. To biedne państwo, więc wiele żyjących w niedostatku kobiet decyduje się na zatrudnienie w branży erotycznej. W Angeles w domach publicznych i  barach nie brakuje cudzoziemców, którzy poszukują „miłych filipińskich dziewczyn”.

 

Takie płatne relacje trwają często kilka tygodni, a zdarza się, że nawet – miesięcy. Mężczyźni często w ten sposób pozbywają się doskwierającego im poczucia osamotnienia, niektórzy nawet wypierają fakt, że za taki związek muszą sporo zapłacić. Zdecydowana większość z nich przebywa na  Filipinach pewien czas, potem wracają do  kraju.

Następnie para kontaktuje się za pośrednictwem internetu, dopóki mężczyzna znów nie przybędzie na Filipiny. Kiedy okazuje się, że kobieta jest w  ciąży, zdecydowana większość mężczyzn nie poczuwa się do odpowiedzialności.

Pytają: „Skąd wiesz, że to ja jestem ojcem?” i nie cieszą się na wieść o potomku. Jeśli mężczyzna wyrazi zgodę na przeprowadzenie testu na ojcostwo i wypadnie on pozytywnie, płaci miesięcznie około 10 tys. filipińskich peso (213 dolarów), aż dziecko ukończy 18 lat.

Często jednak zdarza się, że ojciec przestaje płacić po kilku miesiącach, a matka sama musi utrzymać siebie i dziecko.

 

Ann ma rok. Jej ojciec, Hiszpan, przez tydzień korzystał z  życia jako „turysta” w  Angeles. Nie wie, że  został ojcem. Samantha ma  sześć lat, jej przyrodnia siostra Briana – trzy. Ojciec Samanthy pochodzi z Indii, Briany – z Kanady.

Obie dziewczynki wychowuje ciocia. 19-letnia Mechelle pracuje w barze przy Fields Avenue, jednej z głównych ulic dzielnicy czerwonych latarni w  Angeles.

Kiedy miała dziewięć lat, matka wskazała jej na ulicy obcego mężczyznę i powiedziała, że to jej ojciec. Dziś nie pamięta już jego twarzy. Wie tylko, że jest lekarzem z Kalifornii.

Kayla ma sześć lat. Jej ojciec pochodzi z Irlandii. Przez dziesięć miesięcy przysyłał jej matce pieniądze na utrzymanie. Potem przestał.

Mitch jest w piątym miesiącu ciąży. Ojcem dziecka jest obcokrajowiec, ale nie wie, kto dokładnie. Ona także pracuje w  barze przy Fields Avenue, aby utrzymać siebie i dwójkę dzieci.

Sara ma 20 lat i miała wiele szczęścia. Chociaż nie poznała ojca, Amerykanina, jeden z dalszych krewnych z Las Vegas sfinansował jej studia na University of Angeles. Teraz szuka pracy.

 

Nieślubne dzieci białych mężczyzn muszą stawić czoła wielu problemom. W szkole stają się ofiarami napaści, bywają nazywane „kurewskim pomiotem”.

Pochodzenie jest wypisane na ich twarzach. Emmanuel również nie uniknął mobbingu, kiedy chodził do  szkoły. –  Wszyscy wiedzieli, że moja matka była prostytutką, a  ojciec mnie zostawił – wyznaje. Teraz jest już dorosły, ale niechętnie powraca myślami do  szkolnych lat.

Nazywali go „pekeng tisoy”, czyli fałszywy Amerykanin, bo ojciec był amerykańskim żołnierzem. Jego matki nie darzono szacunkiem. Nawet nauczyciele traktowali go gorzej niż inne dzieci.

Dawano mu odczuć, że jest inny, gorszy. W  domu, po  szkole, czę- sto płakał. Emmanuel urodził się w Olongapo. Jak wiele innych dzieci, przyszedł na świat tylko dlatego, że jego ojciec podczas kontaktów z filipińskimi prostytutkami nie chciał korzystać z prezerwatyw.

Na początku lat 90. na Filipinach urodziło się kilkadziesiąt tysięcy dzieci amerykańskich żołnierzy. Obecnie na Filipinach działa Stowarzyszenie PREDA, które postawiło sobie za cel pomoc dzieciom amerykańskich żołnierzy.

 

Kiedyś było jednak trudniej, nie było pracowników socjalnych, którzy wyciągnęliby pomocną dłoń do gnębionego w szkole dziecka – Amerazjaty, jak się o  nich mówi.

Większość tych dzieci dorastała w  skrajnym ubóstwie, częściej niż inne sięgały po narkotyki, były gorzej traktowane w szkole, a potem rynek pracy również był dla nich zamknięty. – Wielu z nas próbowało narkotyków.

Kilku moich przyjaciół uzależniło się już jako dzieci. Jeden trafił na odwyk. Większość nie ma pracy – mówi inny Amerazjata, który woli pozostać anonimowy. Ich historia przypomina historię dzieci francuskich, brytyjskich, rosyjskich czy amerykańskich żołnierzy z czasów drugiej wojny światowej.

– Historia lubi się powtarzać – podsumowuje Emmanuel.

(AS) "Angora" nr 38/2017 Na podst.: huffingtonpost.de, refinery29. com, swissinfo.ch, tagesspiegel.de

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: