Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.

Pomóż pomagać

                                                                                                     Zasady działania zbiórki

 

1. 17 lat walki o zdrowie i życie                  

 

A A A

Awantura o  kochankę między głównym stołecznym sutenerem a  ścigającym go oficerem policji zaowocowała pożarem bloku w podwarszawskim Legionowie, w którym mogły zginąć dziesiątki osób. W sobotę 25 kwietnia 2015 roku po godzinie 22 dyżurny Państwowej Straży Pożarnej w Legionowie otrzymał alarmujący telefon. Osoba, która dzwoniła, mówiła, że z podziemnego garażu pod nowoczesnym blokiem mieszkalnym przy ulicy generała Roi wydobywa się gęsty dym, co wskazuje na pożar.

Na miejsce natychmiast wyruszył na  sygnale wóz strażacki. Jego załoga stwierdziła, że istotnie wybuchł pożar, jednak ogień był tak intensywny, że do pomocy trzeba było ściągnąć jednostkę Ochotniczej Straży Pożarnej z pobliskiej Jabłonnej oraz Wojskową Straż z Zegrza, która pilnuje bezpieczeństwa na pobliskim zalewie.

Niebezpieczeństwo okazało się na tyle duże, że z budynku przy ulicy Roi natychmiast ewakuowano 50 osób. Wielkie zgliszcza Gdy ogień ustąpił, strażacy przystąpili do dokumentowania strat. Jak się okazało, pożar uszkodził ściany, sufit i bramę garażową budynku, a wysoka temperatura stopiła instalację elektryczną i hydrauliczną, zniszczyła rury i ich izolację.

Płomienie strawiły również samochody należące do mieszkańców. Doszczętnie spłonęło audi A3, które znalazło się w  centrum pożaru, oraz stojące w pobliżu dwa motocykle i 10 samochodów osobowych – suchym, urzędowym językiem napisał w notatce służbowej strażak, który jako jeden z pierwszych oglądał parking tuż po pożarze.

Szef legionowskiej prokuratury Ireneusz Waż- ny mówił dziennikarzom: Wszczęliśmy śledztwo z artykułu 163 par. 1 pkt 1 Kodeksu karnego, to jest w kierunku umyślnego sprawstwa pożaru zagrażającego życiu i zdrowiu wielu osób oraz mieniu w wielkich rozmiarach.

 

Domysły prokuratury po  kilku dniach potwierdził biegły sądowy z zakresu pożarnictwa. Nie miał on wątpliwości, że  do  pożaru doszło, bo ktoś celowo podpalił nowoczesne audi A3, które tego dnia stało na miejscu parkingowym należącym do mieszkanki bloku.

W najważniejszym fragmencie ekspertyzy czytamy: W przedmiotowym pojeździe ogień został podłożony od jego strony zewnętrznej i miał dwa ogniska. Pierwsze z  nich usytuowane było na podszybiu, a drugie w górnej czę- ści drzwi bagażnika (...). W wyniku promieniowania cieplnego od  płonącego samochodu ogień rozprzestrzenił się na inne obiekty i strukturę samego budynku. Miłosny trójkąt Kto jednak i po co chciał podpalić parking?

Z pomocą stróżom prawa przyszli mieszkańcy bloku przy ulicy Roi. Jeden z nich już pierwszego dnia śledztwa opowiedział prokuratorowi następującą historię:

W  feralnym bloku w  Legionowie zamieszkała młoda i atrakcyjna kobieta – Katarzyna C. To do niej należało audi A3, które spłonęło w pożarze. Kilka miesięcy wcześniej Katarzyna wdała się w romans z Jarosławem N. – człowiekiem, który swoim wyglądem i  zachowaniem nie wzbudzał zaufania jej sąsiadów.

Ich związek nie przetrwał próby czasu. Rozstali się po kilku miesiącach, a C. związała się z Robertem – policjantem specjalizującym się w wyjaśnianiu trudnych spraw kryminalnych.

Rzecz jednak w tym, że Jarosław N. nie pogodził się z rozstaniem. Najpierw chciał namówić byłą kochankę do powrotu, potem miał ją straszyć, a później groził jej i jej nowemu partnerowi. O burzliwych zalotach Jarosława N. młoda kobieta opowiadała nie tylko nowemu narzeczonemu, lecz również sąsiadom, a potem śledczym.

Okazało się wówczas, że Jarosław N. jest śmiertelnym wrogiem Roberta nie tylko z powodu kobiety. Dwa i pół roku wcześniej, gdy Katarzyna C. była związana z Jarosławem N., Prokuratura Rejonowa Warszawa- -Praga Północ prowadziła śledztwo (sygnatura akt 3 Ds. 1208/12) w sprawie czerpania korzyści z nierządu.

Jarosław N. został w tym śledztwie zatrzymany (później go zwolniono), a  osobą, która go zatrzymała, był właśnie... Robert. Te dwie okoliczności, tj. swoisty zawód miłosny i osoba nowego partnera Katarzyny C., wzbudziły w Jarosławie N. chęć zemsty na pokrzywdzonej – napisała później w akcie oskarżenia prokurator prowadząca sprawę.

Smaczku sprawie dodaje fakt, że Jarosław N. – w tamtym czasie 47-letni – nie był wcześniej karany. Jego kartoteka kryminalna była pusta. Policja wiedziała wówczas, że jest nieformalnym liderem warszawskich sutenerów, ale niczego mu wówczas nie zdołano udowodnić.

Pechowe billingi Śledczym udało się zabezpieczyć wykaz telefonów komórkowych, które logowały się w pobliżu bloku przy ulicy Roi w Legionowie, w momencie gdy wybuchł pożar. Oprócz telefonów należących do mieszkańców bloku wytypowano jeden – nieznany.

Prokuraturze nie udało się ustalić, do kogo należał. Wówczas nie obowiązywała jeszcze ustawa antyterrorystyczna i nie istniał obowiązek rejestracji wszystkich kart telefonicznych. Jak wskazywały stacje bazowe, właściciel tego telefonu pojawił się przy ulicy Roi na krótki czas przed pożarem i odjechał stamtąd, gdy tylko ogień wybuchł.

Analiza połączeń wykazała, że z tego aparatu wykonano połączenia na telefon niejakiego... Waldemara K., który był kolegą Jarosława N. i jego wspólnikiem w przestępczych interesach. A sam K. tego wieczoru kilkukrotnie kontaktował się z N. Gdy w Legionowie wybuchał pożar, Jarosław N. był w  innym miejscu.

–  Chciał w  ten sposób zapewnić sobie alibi – mówi jeden z policjantów, który uczestniczył w śledztwie.

– Zapomniał tylko o tym, że telefony komórkowe też zostawiają ślady. W  ten sposób w  czerwcu 2015 roku, półtora miesiąca po  pożarze, Jarosław N. stał się głównym podejrzanym o jego zlecenie.

 

Zatrzymano go. I wówczas wydarzyła się rzecz, która policjantów ponownie wprawiła w zdumienie. Jarosław N... potwierdził, że zlecił podpalenie samochodu Katarzyny C.

Zdradził również swoją motywację: była to chęć zemsty na byłej narzeczonej za to, że odeszła od niego i związała się z policjantem, który dwa i pół roku temu zatrzymał go. Duma N. nie potrafiła znieść tego upokorzenia.

Jarosław N. opowiedział, że  na pomysł podpalenia samochodu wpadł po  rozmowie ze  swoim wspólnikiem – Waldemarem K. Ten miał stwierdzić, że zna kogoś, kto za  pieniądze zrobi to  profesjonalnie. Nie ujawnił jednak jego tożsamości.

Jarosław N. zgodził się. Uzgodnili dokładną kwotę oraz to, w jaki sposób audi ma zostać zniszczone. 25  kwietnia wieczorem podpalacz pojechał na ulicę Roi. Rzeczywiście był profesjonalnie przygotowany.

Zabrał na miejsce niezarejestrowany telefon, nie zostawił nigdzie odcisków palców ani żadnych innych śladów. Również zapisy monitoringu miejskiego nie pozwalają go zidentyfikować.

Waldemar K. nie powiedział podczas śledztwa, kim był podpalacz, a  Jarosław N. nie ujawnił tego, bo nie wiedział. Prokuraturze nie udało się go do dzisiaj zidentyfikować. Przestępczy biznes Według Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga Jarosław N. –  oficjalnie bezrobotny ojciec dwójki dzieci – zarobił ogromne pieniądze jako sutener.

 

Ze śledztwa wynika, że w różnych dzielnicach Warszawy wynajmował kilkanaście mieszkań, które stały się agencjami towarzyskimi.

Kobiety z Polski, Ukrainy i Białorusi świadczyły tam usługi seksualne, ale pieniądze za to pobierał Jarosław N. Kobieta, która w przestępczym biznesie stała się jego prawą ręką, odpowiadała za anonse w internecie i ulotki reklamowe. Dzięki niej przestępczy interes kręcił się tak dobrze, że Jarosław N. stał się głównym i najbogatszym sutenerem w Warszawie.

Kulisy jego biznesu mogłyby pozostać tajemnicą, gdyby nie to, że po nieudanym związku z Katarzyną C. Jarosław N. stał się agresywny i arogancki. Zaczął „opodatkowywać” prostytutki, bić je, brutalnie „dyscyplinować” i zabierać pieniądze pod byle pretekstem.

W końcu jedna z pobitych kobiet zdecydowała się złożyć przeciwko niemu zeznania. W jej ślady poszły kolejne byłe „podopieczne” N. Prokuratura zgromadziła obszerny materiał dowodowy.

9 czerwcu 2015 roku, półtora miesiąca po pożarze w Legionowie, N. został zatrzymany, a Sąd Rejonowy dla Warszawy-Pragi Północ wydał postanowienie (sygn. akt Kp. 940/15) o jego tymczasowym aresztowaniu. N. spędził za  kratkami pół roku. Ostatecznie zawarł z prokuraturą porozumienie – zgodził się dobrowolnie poddać karze łącznej czterech lat więzienia i zapłacić kilkanaście tysięcy złotych grzywny.

Do Sądu Okręgowego Warszawa-Praga (sygn. akt VK 85/16) trafił wniosek o wymierzenie mu takiej właśnie kary. Dla Jarosława N., który wcześniej był osobą niekaraną, oznacza to, że będzie mógł się starać o wcześniejsze zwolnienie po odbyciu połowy kary, czyli po półtora roku (do kary zostanie zaliczony okres tymczasowego aresztowania).

Tymczasem podpalacz z Legionowa nadal jest na wolności.

LESZEK SZYMOWSKI "Angora" nr 38/2017

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: