Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.

Pomóż pomagać

                                                                                                     Zasady działania zbiórki

 

1. 17 lat walki o zdrowie i życie                  

 

A A A

Powiedział do niej: Czujesz ten zapach żywicy? A ona mu odpowiedziała: To jest zapach umierającego lasu. W  piątek 11 sierpnia Karolina Gniadek obejrzała ze  znajomymi lotnicze pokazy w Gdyni. Lubi sport, ba, kocha, a takie lotnicze widowiska uznaje za  sportowe mistrzostwo. Od wielu lat gra w piłkę nożną. W ubiegłym roku razem z koleżankami z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu zdobyła mistrzostwo Polski w  piłce plażowej.

Po  pokazach miała jeszcze czas na rozmowę z przyjaciółmi. Nie zakłócił spotkania deszcz, ale około północy, gdy wracała samochodem do domu w Rumi, widziała ulice zamieniające się w potoki. Oho – pomyślała – może być kłopot.

W domu pogłaskała Tash. Poczuła ciepłe liźnięcie swej ukochanej suczki. Tash to najlepszy kompan, od ponad dwóch lat nie miała wątpliwości, że suczka border collie jest mądrzejsza od wielu ludzi. Tash jest specjalnie wyszkolonym psem ratowniczym z najwyższym certyfikatem, pozwalającym na udział w akcjach nawet poza granicami Polski.

Poprawiła na wieszaku swój strój ratownika i w końcu położyła się spać. Nie wiedziała, że szybko będzie pobudka i w sobotę rano, zamiast na zawodach w biegach na orientację, znajdzie się ponad 100 km dalej, w Borach Tucholskich i zada tam pytanie: „Gdzie jest Bóg?”.

* * *

Bogusław Worobiec w  piątkowy wieczór był sam, żona pojechała do  córki do  Poznania. Rytel, jak to  w  wakacje, zamienił się w  turystyczny raj. To  urocza miejscowość w  Borach Tucholskich. Dwa tysiące mieszkańców.

Do stolicy powiatu – Chojnic – 30 kilometrów. W drugą stronę drogą krajową 22 w  kierunku Gdańska bliżej do gminy Czersk. W piątek pan Bogusław pospacerował po ulicach Rytla. Było sporo letników, którzy pływają tutaj kajakami po Brdzie i Wielkim Kanale. Nie było jeszcze grzybiarzy, bo na okolicznych dziewięciu tysiącach hektarów lasów pojawiły się tylko kurki.

Nie miał wątpliwości, że prawdziwki, kozaki, podgrzybki zwabią w najbliższym czasie tysiące ludzi do Rytla. Grzybowe żniwa miały dopiero nadejść. Zapowiadały je deszcze i ciepłe dni. Bory Tucholskie, królestwo lasów, królestwo grzybów. Wieczorem pan Bogusław usiadł wygodnie w fotelu, wypił piwo.

Poczuł zapach pobliskiego lasu. To właśnie tuż obok niego, niemal w samym centrum Rytla, miał swój rodzinny dom. Cisza, spokój, śpiew ptaków. Żyć nie umierać... Nie mógł nawet przypuszczać, że za kilka godzin będzie bił się w policzek, by uwierzyć, że rzeczywiście znajduje się miejscowości, w której mieszka od wielu lat...

* * *

Joanna Ciosaniec wraz z mężem i  córką odpoczywała w  Sopocie. Cieszyła się z  pobytu nad polskim morzem. Słońce prażyło, przypalało. Skóra nabierała hebanowego koloru.

Lampka schłodzonego prosecco jeszcze bardziej poprawiała humor. Było błogo. W  piątek na  obiad zamówili za namową męża kartacze. Kaszubskie kluski z mięsnym nadzieniem. Mąż opowiadał, jak przed laty pałaszował je, gdy spędzał wakacje w  Borach Tucholskich. Wieczorem na spacerze brzegiem morza pani Joanna nie zwróciła nawet uwagi na słowa męża:

„Czuję nadchodzącą wielką burzę”. Nie lubiła jego lęków. Nie przypuszczała, że kilkadziesiąt godzin później wypowie słowa: „Kurwa, to niemożliwe”.

* * *

Najpierw dociera SMS, a  potem dzwoni telefon. Tak jest zawsze w czasie ratowniczej akcji. Karolina Gniadek natychmiast stanęła na nogi. Była 3.30. Błyskawicznie umyła się, ubrała, założyła kombinezon ratowniczy.

Trzeba szybko znaleźć się w siedzibie Jednostki nr 6 Państwowej Straży Pożarnej w Gdańsku. Od razu skojarzyła, że pewnie akcja związana jest z gwałtowną ulewą. Przypomniała sobie potoki wody płynące ulicami.

Przypięła Tash smycz i po kilku minutach była już w drodze na zbiórkę. Informacja była krótka – akcja w Borach Tucholskich. Po nawałnicy potrzebna pomoc harcerzom przebywającym w lesie na obozie w Suszku. Meldunek jasno precyzował, że będą poszukiwali zaginionych w lesie ludzi.

Dwa samochody z ratownikami szybko ruszyły w tamtym kierunku. Po  drodze Karolina widziała pojedyncze powalone drzewa. Musia- ło nieźle wiać – pomyślała i nie wie dlaczego, ale zaczęła się modlić. Nie chodzi wprawdzie do kościoła, ale właśnie wczesnym sobotnim rankiem wypowiadała najgorliwiej jak potrafiła słowa:

„Ojcze nasz, któryś jest w  niebie”... Często po wyjeździe na akcję docierały informacje, że poszukiwana osoba odnalazła się. Karolina błaga- ła, by tym razem było podobnie. Prosiła Boga, by nic złego nie stało się żadnemu z  harcerzy.

Z  Rytla pojechali jeszcze dalej na zachód w kierunku Chojnic. Przerażający widok. „Nie ma lasu, nie ma moich ukochanych Borów, do których przyjeżdża- łam na grzyby” – powtarzała na okrągło w swych myślach. Po obu stronach drogi straszyły kikuty drzew.

Gdyby Księżyc był z drewna, to tak pewnie by wyglądał. „Księżycowy krajobraz” był najtrafniejszym określeniem tego, co widziała. Na skrzyżowaniu ledwo zauważyli tablicę –  Suszek 2. Dwa kilometry zamieniły się jednak w kilkanaście.

Drogę tarasowały powalone drzewa, połamane gałęzie. Karolina wraz z kolegami przesiadła się do terenowego wozu strażackiego. Im dalej w las, tym okrutniejsze widoki i skojarzenia. I ta cisza. Złowroga. Przerażająca.

Żadnego podmuchu wiatru. Flauta. A przecież kilka godzin wcześniej wiało tutaj z prędkością 130 km na godz. Niszczycielska siła. Niestety, zabójcza. Wiatr był niczym napalm.

„Ja pierdolę, co tutaj się działo” – tak, nie wstydzi się tych słów. Bluźniła. Trudno było zapanować nad emocjami, tylko Tash imponowała spokojem. W  lesie spotkali mieszkańców wsi. Zapłakane małżeństwo. Opowiadali, że w nocy po przejściu „huraganotornadonawałanicy” cieszyli się, że przeżyli, że nie ucierpiał dom. Ale kiedy zobaczyli, jak wyglądał las, martwili się o harcerzy, o ich obozowisko.

Las wyglądał tak, jakby piła szerokości kilku kilometrów cięła wszystko, co znalazło się na jej drodze. Przy młodniku zobaczyli około 40 harcerzy. Dzieciaki chowały się pod połamanymi drzewami, tworzącymi dach. Okazało się, że grupy harcerzy były rozproszone - to dobrze, pomyślała. Była pod wrażeniem prowadzonej akcji przez opiekunów obozu.

Jedna z grup siedziała przy ognisku. Jej uwagę zwrócił chłopiec, miał na sobie tylko podkoszulek i krótkie spodenki. Nawałnica wyrwała go ze snu. Trząsł się z zimna. Szybko odpięła ratowniczy kombinezon, bo chciała oddać polar, by mógł się ogrzać. Nie pamiętała, że nie włożyła go w domu. Sama miała tylko cienką koszulkę.

„Kurwa, dlaczego nie zabrałaś polaru, dlaczego?” – pamięta, jak biła się z  kolejnymi myślami. Dzieci były już opatrywane. Niektóre roztrzęsione, ale kilkoro jak doświadczeni ratownicy udzielało pomocy innym.

„Jestem pod wrażeniem ich działania. Jestem pod wrażeniem całej akcji. Dzieci były policzone, rozproszone. Wspaniale pracowała jedna z ich opiekunek. Widać było, że trzyma wszystko w garści.

Tego już nie widziałam, ale opowiadano, jak kilka godzin później, gdy ewakuowano harcerzy, rozbeczała się. Pękła. Nie ona jedna tego dnia. Nie mogłam patrzeć na krzywdę dzieci, więc gdy koordynator akcji zapytał, czy idę dalej, czy opatruję rannych, postanowiłam, że z Tash będę bardziej przydatna w poszukiwaniu harcerzy bądź wczasowiczów”.

 

Z koleżanką i kolegą ratownikiem Karolina trafiła do głównego sektora przeszukiwania łódzkiego obozowiska. Wiedzieli już, że nie żyją dwie harcerki. Po kilku minutach przekonali się o tym naocznie. Szli tyralierą, co 15 – 20 metrów, by być w zasięgu wzroku. „Po terenie obozu nie było jak przejść. Ogromne powaliska.

Natknęłam się na porozrzucane buty, ubłocone rogatywki, części odzieży. Zastanawiałam się, gdzie jest Bóg? Dlaczego tak skrzywdzone zostały te dzieci? Widok zapierał dech. Ze strachu.

Stawiałam sobie bezsensowne pytanie – dlaczego przyroda, tak piękna, może być jednocześnie tak niszczycielska?

Ratownik z psem w czasie takich akcji puszcza mydlane bańki. Po to, by określić kierunek i siłę wiatru. W lesie w Suszku też tak zrobiliśmy. Nigdy dotąd nie widziałam, by bańki spadały na ziemię jak kamienie.

Nie było nawet podmuszku wiatru. Cisza przytłaczała. Psy pracujące w „górnym wietrze” szukają żywych osób, tutaj koordynator zadecydował, że idziemy z psami szkolonymi do pracy w gruzowiskach. Jak po trzęsieniu ziemi. To było pobojowisko.

Przypomniał mi się film o tsunami, który kilka dni wcześniej oglądałam w telewizji. To było leśne tsunami. Kolejnych ofiar już nie było i powiem panu, że to był cud. Nie ukrywam, bałam się. Odwagę czerpałam od Tash.

Po akcji jednak pękłam. Pobeczałam sobie, łzy płynęły po policzkach. Do Gdańska wróciliśmy późnym popołudniem. Nie rozmawialiśmy o  tej akcji. Strażacy chyba specjalnie poruszali inne kwestie. Oni korzystają z pomocy psychologa, ratownicy medyczni – nie.

Pyta pan, jak sobie radzić? – Hm... nie jest łatwo. Nie przespałam ani minuty następnej nocy. Mam cały czas przed oczyma obraz... nie, nie powiem jaki. Modlę się tylko... Pomaga rozmowa między nami. Przegadałam wiele minut po tej akcji. Najstraszniejszej. Nie tylko są ofiary ludzkie, ale wie pan, zginęły Bory, z czym też trudno się pogodzić. Mówi pan, że odważna jestem, że dzielna...

To po babciach. Babcia Emilia przeżyła Wołyń, a Jadzia, druga żona dziadka, zrezygnowała z własnego potomstwa, a poświęciła się wychowaniu trzech żyjących już dziewczynek. Babcie to dopiero były dzielne, a ja to jestem tylko małym ratownikiem medycznym”.

Karolina Gniadek nie ma wątpliwości, że gdy tylko otrzyma alarmowy SMS, a chwilę potem zadzwoni telefon z jednostki strażackiej, to natychmiast stawi się na kolejne wezwanie, by ratować ludzi.

* * *

„To był jeden wielki szum” – mówi Bogusław Worobiec. Lało, błyskało się jak w dyskotece. Siła wiatru była ogromna. Wydawało się, że wszystko lata w powietrzu, za oknem była biel. Woda zaczęła wlewać się do mieszkania. Pan Bogusław musiał przytrzymywać okna, bo miał wrażenie, że wiatr wbije je do wnętrza mieszkania.

Po wielu minutach nawałnica ustała. Nie było prądu. Włączył agregat, chwycił latarkę i wyszedł, jak inni mieszkańcy osiedla na ulicę. Wszyscy w szoku. Wielu nerwowo rozdygotanych, byli i tacy, co dla samouspokojenia wychylili po „małym”. Rano poczuł się, jakby był na planie filmu „Dzień po”.

Czegoś takiego nie widział, nie wierzył, że  Rytel nawiedziła taka nawałnica. Las, przy którym mieszkał, przestał być lasem. „Wie pan, było jasno jak nigdy, bo piękne drzewa zniknęły. Powalił je huragan. Nie wierzyłem, że jestem u siebie, w Rytlu. Uderzyłem się mocno w  twarz, by uwierzyć, że to ja, Worobiec, stoję przed tysiącem połamanych drzew.

To tak, jakby te drzewa były na wojnie. Niektóre z niej nie wróciły, inne są ranne i straszą kikutami. I nie słychać było odgłosu lasu. Codziennie budził mnie śpiew ptaków, a od sobotniego poranka cisza. Absolutna. Porażająca każdego z nas.

Z moim sąsiadem Grzegorzem Bobińskim zastanawiamy się, czy z tej ogromnej połaci leśnej zdołała przed tym nieszczęściem uciec zwierzyna. Nie wiemy, co  kryje się pod zwalonymi drzewami”.

Żona pana Bogusława, która była w odwiedzinach u córki w Poznaniu, rozpłakała się po powrocie do domu. „Powiedziałem do niej: czujesz ten zapach żywicy? A ona mi odpowiedziała: Boguś, to jest zapach umierającego lasu”.

* * *

Pani Joanna w  sobotę w  Sopocie zauważyła ślady burzy. Były kałuże,  gdzieniegdzie powalone gałęzie. Informacje o kataklizmie w Borach Tucholskich i innych miejscach w kraju przyjęła z niedowierzaniem.

Po rozmowach z innymi wczasowiczami doznała wrażenia, że kataklizm nawiedził inną półkulę. Dopiero po przeglądzie wiadomo- ści w internecie poczuła niepokój. Jeden z filmów nieznanego autora poruszył całą rodzinę.

Dotarło do niej, że to nie na innej półkuli, ale w Polsce, blisko miejsca, gdzie wypoczywała, są potworne zniszczenia. Prosecco już nie poprawiało humoru, słońce nie przypalało. Opalenizna nie była już ważna. Pani Joanna skróciła urlop.

We wtorek 15 sierpnia dotarła w okolice Rytla. Przed Tucholą w wiejskim sklepie kupiła kilka toreb artykułów żywnościowych, zgrzewki wody mineralnej, środki czystości. GPS poprowadził leśnymi duktami. Widok naprawdę przeraził.

Przekonała się, że żaden film, zdjęcie nie oddaje obrazu i skali zniszczeń. Momentami samochód przemykał w tunelach pociętych bali i gałęzi. Milczeli. Wreszcie stwierdziła: „Kurwa, to niemożliwe, co tutaj się stało”.

Budujące jest to, co zobaczyła w Rytlu, jeśli chodzi o ludzkie wsparcie, życzliwość, pomoc. Do Zespołu Szkół prowiant tak jak jej rodzina dostarczało wiele osób. Czuła ludzką solidarność. „Chce pan napisać to, co widziałam? Jeśli tak, to proszę, by koniecznie pan napisał, że to ta prawdziwa Solidarność. Pisana dużą literą”.

* * *

Pani Joanna ma  rację. Solidarność czuć w Rytlu na każdym kroku. Płynie pomoc i wsparcie szybszym nurtem niż Brda, na której zalegają powalone drzewa. Kinga Peplińska i Martyna Markiewicz przyjechały z  Tucholi. W  bagażniku ich samochodu kilogramy jadła, butle wody, słoiki domowych przetworów.

„Wiemy, co to bieda, u nas w rodzinach nie przelewało się. Często nie było co jeść, zostawał tylko suchy chleb. Wiemy, co  to  głód, nieszczęście. Teraz, gdy mamy nieco lepiej, to dzielimy się z tymi, którzy są w potrzebie”.

W oczach tych dziewczyn ogień energii, zapału. Miejscowi zastanawiają się, dlaczego takiej energii zabrakło przedstawicielom władzy. Ludzie dziwią się, dlaczego pomoc wojskowa nie nadeszła już w sobotę.

Słychać w Rytlu stawiane pytania, dlaczego do ewakuacji łódzkich harcerzy nie użyto helikoptera.

Było przecież cicho, bezwietrznie, a gdyby brakowało miejsca na lądowisko, to strażacy z ochotniczych oddziałów przygotowaliby je  w  kwadrans. Ludzie w Rytlu szepcą, że być może władza opóźniła pomoc, bo na tych terenach w wyborach wygrała zdecydowanie inna partia. Ludzie w Rytlu przekonali się, że  najlepiej liczyć na  siebie.

To sąsiedzi pomogli Kamili Hinc, której dom w czasie piątkowej nocy stracił dwa piętra. „Huk był ogromny, myślałam, że zawalił się komin, a  to  porwało dach i  bloczki chałupy.

Myślałam, że  dostanę zawału, wylądowałam nawet w  szpitalu w  Chojnicach. Kroplówki postawiły mnie na nogi. Od soboty przez kilka dni czekam na wizytę kogoś, kto oszacuje straty”. U pani Kamili dziury przykryły plandeki.

Dziur w lasach tak łatwo nie da się przykryć. Ludzie w Rytlu boją się, że ich miejscowość straci turystyczne znaczenie. Osiem tysięcy hektarów lasów przestało istnieć. Pracy przy usuwaniu skutków nawałnicy nie zabraknie przez miesiące. Śmieszna wydaje się więc zmiana nazwy jednej z tamtejszych ulic.

W wyniku ustawy dezubekizacyjnej ulica Czesława Wycecha, marszałka Sejmu w czasach PRL – ma stać się Cichą. Tylko cicho przy Cichej nie będzie, bo przecież przez najbliższe lata słychać tu będzie odgłos pilarek i innych maszyn. Leśna cisza ustąpiła w Rytlu na czas bliżej nieokreślony.

TOMASZ ZIMOCH "Angora" nr 35/2017

Zamieszczamy,  w celach informacyjno-edukacyjnych, mniej niż 10% przedruków  zawartości   ANGORY. Do poczytania kilkadziesiąt ciekawych  stron https://www.angora.com.pl  lub wydanie papierowe  w każdy poniedziałek. Cena tylko 4 zł.                                                                                                       

   Tygodnik ANGORA dostępny  również na iPad i iPhone darmowa aplikacja.

 Wpisz w przeglądarkę: https://itunes.apple.com/app/tygodnik-angora/id428646005

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: