Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Mam wrażenie, że Paweł Kasprzak pogubił się nieco. Jego deklaracja „10 września”, która została opublikowana 18 sierpnia w portalu „Obywatele RP” w artykule „Jesienny pucz – tezy”, była dobra na czas po odzyskaniu niepodległości na początku XX w., a nie na kryzys demokracji sto lat później. Kibicowałem dotąd poczynaniom Kasprzaka, jego konsekwentnemu i pokojowemu nieposłuszeństwu obywatelskiemu, które, jak sądziłem, miało służyć obronie konstytucyjnego porządku.

Kasprzak zdecydował się jednak pójść dalej i proponuje pucz, konstytuantę i zaczynanie od nowa. Być może ma rację, traktując rządy PiS-u jak pożogę wojenną, zabór i kataklizm na miarę zeszłotygodniowego tornada w Borach Tucholskich naraz, jednak pucz to zbyt wiele – a to, co ma nastąpić po nim nie wnosi niczego nowego. Dlatego nie zgadzam się z zawartą już z pierwszym zdaniem preambuły deklaracji „10 września” Pawła Kasprzaka:

Nie ma powrotu do sytuacji sprzed ostatnich wyborów. Ani politycznej, ani ustrojowej. Ani tego nie chcemy – my, Naród, wszyscy obywatele Rzeczypospolitej – ani się tego po prostu zrobić nie da.

W żaden sposób Kasprzak nie wyjaśnia dlaczego nie ma powrotu np. do sytuacji ustrojowej sprzed ostatnich wyborów? Zagadkowe pozostaje również na jakiej podstawie chce przemawiać w imieniu wszystkich obywateli, nawet jeśli deklaracja jest na razie propozycją. Nie zgadzam się także z „pewnikiem”, że „tego po prostu zrobić się nie da”.

OBRONA KONSTYTUCJI

Bez względu na to, co o Konstytucji RP z 1997 r. mówią jej przeciwnicy, co udało im się złego o niej wdrukować w umysły obywateli Polski, nie trzeba jej wyrzucać do kosza czy też zmieniać w gruntowny sposób. Jest to nasza najlepsza Ustawa Zasadnicza ze wszystkich, które mieliśmy, jedna z najlepszych i najnowocześniejszych na świecie. Nie ma lepszych rozwiązań ustrojowych niż te, zawarte w Konstytucji RP z 1997 r. Wystarczy ich przestrzegać. To conditio sine qua non.

 

Wszystkie tezy z deklaracji „10 września” zostały spełnione w treści Konstytucji. Kasprzak zdaje się to rozumieć i w części zasadniczej swojego projektu deklaruje, że „wszelkie ewentualne zmiany muszą następować w pełnej zgodzie z trybem przewidzianym w Konstytucji RP”. W zakończeniu „Dwie możliwe drogi do celu” znajduje się jednak niepokojąca interpretacja Art. 4 Konstytucji, która stawia pod znakiem zapytania całość przesłania. Zdaniem Kasprzaka artykuł ten brzmi tak: „Naród sprawuje władzę przez przedstawicieli lub (jeśli zawiodą, a zawodzą) bezpośrednio.”

Jak „bezpośredniość” sprawowania władzy rozumiana jest przez Pawła Kasprzaka, ten nie mówi wprost. To wynika z całości. Można by odnieść wrażenie, czytając zakończenie deklaracji, że pucz da się zalegalizować przy pomocy Art. 4 Konstytucji. Temu pewnie służy niewystępująca w oryginalnym tekście Art. 4 Konstytucji wzmianka umieszczona w nawiasie. Wcale naród nie sprawuje bezpośrednio swojej władzy w momencie, kiedy „zawiodą” jego przedstawiciele. To nadużycie, którego nie usprawiedliwia nawet publicystyczny charakter „Dwóch możliwych dróg do celu”. Kto miałby decydować czy przedstawiciele zawiedli, w jakim zakresie i czy już należy ich odwołać? A może jeszcze trochę poczekać? Zgodnie z naszą Ustawą Zasadniczą senatorowie i posłowie są nieodwoływalni przed upływem kadencji. Łamanie, konstytucyjnej przecież, zasady państwa prawa, to stawanie w jednym szeregu z tymi, przeciwko którym Paweł Kasprzak tak zawzięcie protestuje. Legalne instrumenty bezpośredniego sprawowania władzy przez suwerena w państwie demokratycznym to plebiscyt, inicjatywa ludowa, wybory przedstawicieli, a także zasada subsydiarności i doceniany przez zagranicznych obserwatorów samorząd. Wszystkie mają umocowanie w Konstytucji RP z 1997 r.

Warto również zaznaczyć, że nie jest żadną zasadą konstytucyjną nieposłuszeństwo obywatelskie, a jedynie mechanizmem społecznym, instytucją indywidualnego lub zbiorowego sprzeciwu. Nie jestem pewien czy Paweł Kasprzak celowo usiłuje przekonać, że nie rozumie, czym jest demokracja przedstawicielska? Nie znam go na tyle.

RUDYMENTY

Wybitny polski filozof polityki prof. Stanisław Filipowicz twierdzi, że „demokracja” w terminie „demokracja przedstawicielska” wprowadza w błąd i jest powodem wielu nieporozumień. Jego użycie ma jednak swój historyczny rodowód w starożytnych Atenach i całkiem przekonujące uzasadnienie. Jest jednak zupełnie czymś innym, niż bezrefleksyjne rozumienie demoskratos jako „rządy suwerena”. Warto zastanowić się jakie były zamierzenia osiemnastowiecznych filozofów, którzy poszukiwali formuły państwa, zabezpieczającej przed nadużyciami władzy. Z jednej strony borykali się z absolutną supremacją monarchy, z drugiej doskonale sobie zdawali sprawę, że przywrócenie demokracji ateńskiej jest niemożliwe.

 

Demokracja ateńska działała w zupełnie innych warunkach społecznych, politycznych czy gospodarczych. Co prawda, bez problemu można zastosować do Aten, Sparty czy Melos trójelementową definicję państwa, jednak nie było wówczas mowy o abstrakcyjnym rozumieniu jego terytorium jako obszaru sięgającego dalej niż do granic tego miasta i społeczności większej niż liczba ludzi to miasto zamieszkujących. Tajemnicza platońska liczba 5044 może oznaczać maksymalną liczbę osób zdolnych do sprawowana rządów bezpośrednich. Istotą demokracji ateńskiej była bezpośrednia debata, czego nie ma np. we współczesnej demokracji referendalnej Szwajcarii. Każdy obywatel Aten uważał za zaszczyt branie udziału w decydowaniu o sprawach państwa. Był też stale dostępny. Wystarczyło wyjść na agorę i zawołać.

Państwo, jako wyobrażone terytorium, zamieszkiwane przez obcych i nieznanych sobie ludzi, którzy nie mieli szans na debatę, nie mijali się na ulicy i nie mogli mieć żadnej nadziei, że kiedykolwiek się spotkają to efekt podbojów Aleksandra Macedońskiego i jego polityki wobec ludności zdobytych terytoriów…

Było też kilka innych powodów, które dyskwalifikowały demokrację klasyczną jako możliwą do bezpośredniego zastosowania u schyłku ery absolutyzmu. Największą wadą demokracji, która zresztą stała się przyczyną upadku demokratycznych Aten, była niezwykła podatność na demagogię. Nadal jest, o czym ciągle przekonujemy się, gdy my, jako suweren, zaczynamy korzystać ze swojego prawa do bezpośredniego sprawowania władzy. Dajemy się nabierać na niemożliwe do spełnienia obietnice wyborcze byle demagoga, jak ci Ateńczycy na przemowy Alcybiadesa. Zbieranie podpisów pod każdym najbłahszym żądaniem jest również stałym elementem naszego życia politycznego. Wystarczy przekonać 100 tys. osób niekoniecznie do projektu, ale aby się pod nim podpisały. W projekcie demokracji przedstawicielskiej udało się tę niszczycielską wadę ograniczyć. Samuel Huntington, amerykański politolog, który zasłyną książką „Zderzenie cywilizacji”, twierdził wręcz, że demokracja przedstawicielska działa najlepiej, gdy angażuje się w nią część społeczeństwa.

Demokracja ateńska miała jednak pewną zasadniczą zaletę, która była wystarczająco przekonująca dla osiemnastowiecznych filozofów. To istota demokracji – rozproszenie władzy a nie jej bezpośrednie sprawowanie. Konieczne do tego było jednak wypracowanie mechanizmów zabezpieczających przed ponowną jej koncentracją. Są one dziś powszechnie znane, choć często znajomość współczesnego demokratycznego systemu politycznego jest powierzchowna i kończy się na wskazaniu zasady trójpodziału władzy i ewentualnie zasady państwa prawnego. Ważny jest jednak cały system polityczny, łącznie z  samorządem i zasadą subsydiarności gwarantującą prawo decydowania o sobie na jak najniższym szczeblu organizacji społeczeństwa, wolnością zrzeszania się. Warto to powtórzyć – celem tych wszystkich zabiegów jest dekoncentracja władzy i przeciwdziałanie tyranii. Tyrania, czyli centralizacja władzy pozbawia obywateli udziału w podejmowaniu decyzji politycznych. Przejęliśmy też od ateńczyków dwie istotne zasady – isonomię i isegorię – równość wobec prawa i równe prawa dla wszystkich obywateli.

POCHWAŁA DZIAŁANIA

Nie mam wątpliwości, że Paweł Kasprzak poszukuje legalnego sposobu pozbawienia władzy szkodzącym państwu PiS-owskim politykom i oszalałemu z nienawiści Jarosławowi Kaczyńskiemu. Obawiam się jednak, że nie ma tu dobrego rozwiązania. Mechanizmy, które miały zabezpieczać demokrację zdają się zawodzić, zresztą nie po raz pierwszy, chociaż pewną nadzieję daje tu budząca się świadomość polityczna prezydenta. Legalne działania w żaden sposób nie są tak skuteczne jak te podejmowane z jego naruszeniem. Wydaje się, że obrona, aby być skuteczną, powinna być równie bezprawna jak atak. Czy jednak łamanie prawa w obronie państwa prawa ma jakikolwiek sens? Przezwyciężenie dylematu moralnego w polityce, to zadanie iście makiaweliczne. Chodzi bowiem nie tylko o skuteczność real politic  ale również o pewien sokratejski etos, w oparciu o który da się w przyszłości konsolidować społeczeństwo.

 

Odbieramy bardzo trudną i bolesną lekcję z demokracji. Ponosimy konsekwencje lekceważenia i odrzucenia obowiązku wobec państwa. Pocieszające jest jednak to, że równocześnie nabieramy doświadczenia. Doceniamy własne osiągnięcia, poznajemy w przyspieszonym tempie treść Konstytucji. Wiemy już, że byle komu nie powierza się własnego losu. Stajemy się coraz bardziej społeczeństwem obywatelskim.

Piotr Sobieski http://studioopinii.pl

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: