Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
 

Pomóż pomagać

                                                                                                     Zasady działania zbiórki

 

1. 17 lat walki o zdrowie i życie                  

 

A A A

Rozmowa z lekkoatletą PAWŁEM FAJDKIEM, dwukrotnym mistrzem świata w rzucie młotem

W Londynie będzie pan bronił tytułu mistrza świata w rzucie młotem.

–  Pozytywnie, nawet z  humorem podchodzę do startu w  lekko atletycznych mistrzostwach świata.

Chcę wejść do koła, oddać dobre rzuty. Marzę, by zapisać się w historii i zostać pierwszym młociarzem, który trzy razy z rzędu został mistrzem. To nawet ważniejsze dla mnie niż sam medal.

– Kilkanaście dni przed startem w  Londynie niespodziewanie nie wygrał pan konkursu na  mistrzostwach Polski.

– W Białymstoku rzucałem dobrze, ale fatalnie ustawiono rzutnię. Moim zdaniem promień był zły, chyba chodziło tylko o to, by obiekt ładnie wyglądał w telewizji bądź na zdjęciach. Sami sędziowie potwierdzili, że cała konstrukcja rzutni była zbyt zwrócona w kierunku trybun, promień w związku z tym został źle poprowadzony, skrócony o  kilka metrów. Wyraziłem swoje niezadowolenie, ale sędziowie nie wzięli pod uwagę moich spostrzeżeń. Jeśli stadion nie jest odpowiedni do przeprowadzenia konkursu rzutu młotem, to nie należy tam organizować zawodów.

– To trochę przypomina powiedzenie o złej baletnicy. Rzuca pan najdalej na świecie niemal na zawołanie.

– Nie obroniłem tytułu mistrza Polski, przerwana została seria moich zwycięstw. Byłem poirytowany, bo kilkanaście dni przed mistrzostwami świata musiałem kombinować, jak rzucać, przestawiać się w kole. Nie można było przed zawodami potrenować, ale nawet przez myśl mi nie przyszło, że mogę przegrać. Wiem, na co mnie stać, na co rywali. Przyjeżdżam na  ważne zawody, a  tutaj kiszka. Strzał w  kolano, jeśli chodzi o polską lekkoatletykę. Uważam, że mistrzostwa kraju powinny odbywać się na perfekcyjnie przygotowanym obiekcie. Do Białegostoku już nie wybiorę się na zawody. Lepiej unikać startów na takim stadionie.

 W Białymstoku nie ukrywał pan zdenerwowania.

– Były mocne słowa, sędzia chciał pokazać mi nawet żółtą kartkę, ale ostatecznie skończyło się na ostrej wymianie zdań. Stało się, czasu nie cofnę. Teraz muszę się skupić na starcie w mistrzostwach świata.

– Skończyła się trwająca prawie rok piękna seria zwycięstw.

– Ponad 10 kolejnych wygranych. Miałem już jednak lepszą serię – 33 zwycięstwa, teraz istotny jest występ na najważniejszej imprezie roku i muszę się na tym skupić.

–  Miał pan problemy także  kilka tygodni temu w  drużynowych mistrzostwach Europy.

–  Tam były dwie nieudane próby, przy czym sędziowie niesłusznie nie zaliczyli jednego rzutu. Starty w zawodach drużynowych są zawsze najtrudniejsze. Każdy mówi – „Paweł, zalicz, a później możesz się bawić w kole”. I ja uległem takiemu nastawieniu. Wszedłem i pomyślałem – zalicz, nie szalej. I ruchy nie były już płynne, nogi zwolni- ły w końcowej fazie, dlatego młot uderzył w słupek. W drugiej próbie sędziowie popełnili moim zdaniem błąd. Stresu na zawodach we Francji nie odczuwa- łem jednak, bo wiedziałem, że jestem dobrze przygotowany. I na szczęście wszystko zakończyło się pomyślnie.

–  Ale niezaliczone próby, słabe występy w fazie eliminacji ciągną się od igrzysk olimpijskich w Londynie.

– To jest taki mój niedokończony interes. Pięć lat temu w Londynie miałem sięgnąć po coś, co nie było mi chyba jednak pisane. Byłem młodym zawodnikiem, nie miałem takiego doświadczenie jak teraz. Każdy najmniejszy błąd natychmiast wytykał mi trener, a ja tym bardzo się przejmowałem. Nie zaliczy- łem żadnej próby. Po pięciu latach wracam do Londynu po to, co straciłem na igrzyskach.

– To było pierwsze rozczarowanie olimpijskie.

– Wtedy zostałem sam. Wszyscy zajmowali się szkoleniowcem, który poczuł się fatalnie po moim starcie. Nikt nie zainteresował się mną. Nie było to przyjemne. Miałem znajomych w Londynie i by nie psuć atmosfery, opuściłem wioskę, nie chciałem zarażać złą energią. Dwa dni spędziłem u kolegi.

– Poznał pan smak brytyjskiego piwa?

– Znałem wcześniej. Ponadto piwo nie jest odpowiednim trunkiem, by radzić sobie w tak trudnych chwilach.

– Były mocne trunki?

– Zdecydowanie. Były drinki, ale też bez przesady, wielkiego pijaństwa nie było.

–  Po  czterech latach, na  kolejnych igrzyskach, też klapa ze startu. W Rio de Janeiro nie zakwalifikował się pan do finału. –  Niestety, po  raz kolejny doszło do  błędu. Trudno określić, kto jest temu winny. Nienawidzę czekać na  swój start, nie cierpię siedzieć w czterech ścianach, dlatego chciałem lecieć do Brazylii w ostatniej chwili. Było to niemożliwe. Przez dziewięć dni „spalił” się mój organizm i we właściwej chwili zabrakło energii. Byłem w bardzo dobrej dyspozycji, na treningach rzucałem bez większego wysiłku w granicach rekordu Polski, a w eliminacjach nie potrafiłem wykrzesać sił, by spokojnie zakwalifikować się do finału.

– To moim zdaniem jedna z największych polskich sensacji olimpijskich.

– Nie wiem, dlaczego wymyślono, że trzeba przejść cały okres aklimatyzacji. Przecież w ciągu roku lata się w różne rejony świata na zawody i nikt nie zwraca uwagi na przystosowanie do danej strefy klimatycznej. Wszystko jest fajne, nie gubi się formy. Zostałem zmuszony, by do Rio lecieć tak wcześnie. Nie mogłem doczekać się startu, pojawiły się też złe emocje, choćby te związane z aferami dopingowymi. Ile można też zabijać czas, grać na konsoli. Oczekiwanie na start jest najgorsze – to tak, jakby zrobić test na HIV i  czekać dwa tygodnie na  wyniki, to być albo nie być.

–  Ale najlepszy młociarz świata, przewyższający rywali powinien radzić sobie w takiej sytuacji.

– Nie lubię takiej sztucznej presji. Nie byłem sam, mieszkaliśmy całą grupą, ponadto męczyły też nieustanne słowa trenera – „Spokojnie, musisz się skupić, by zaliczać próby, nie możesz popełnić błędu z Londynu”. Moja psychika takimi słowami była nie podbudowywana, a podkopywana. Nie mogłem doczekać się startu, a  gdy nastąpił, to  nie mogłem zbliżyć się do moich rekordowych rzutów.

– Złoty medal niemal zawieszano panu przed startem.

– Okazało się po raz kolejny, że nie ma czegoś takiego, jak „być faworytem”. Być może byłem nawet za dobrze przygotowany do  tego olimpijskiego startu. Nie miałem też żadnych kłopotów zdrowotnych. I stała się katastrofa, to nie ja, a rywale rzucali bez żadnych kompleksów. Wszystko szło idealnie, a  czar prysł błyskawicznie. Poziom był słaby, pewnie gdybym nie z czterech, a z dwóch obrotów rzucił młotem, to młot poleciałby dalej, ale przecież takiej techniki nie można demonstrować na  takich zawodach. Byłby obciach. Przeżyłem rozczarowanie.

–  W  Rio nie było kolegów, jak w Londynie?

– Zawstydzony jak mogłem najszybciej opuściłem stadion. Nie ruszyłem w miasto. Pierwsze chwile spędziłem sam, zamknąłem się w pokoju. Nagrałem film, w którym wyrzuciłem wszystkie swoje emocje, całą złość, która we mnie siedziała.

– Film wycisnął łzy i z pana, i z wielu pana zwolenników.

–  Było mi  ciężko cokolwiek wydusić, niezwykle głupio mówić o  tak dotkliwej porażce, o wstydzie. To były najtrudniejsze minuty w  moim życiu. Natłok katastroficznych myśli, goryczy, emocji. Targał mną smutek, ogarnęła mnie wyjątkowa irytacja. Pękłem. Były więc i łzy. Cieszę się, że dobrze to zostało odebrane przez kibiców. Zalała mnie fala bardzo pozytywnej energii i nie mam wątpliwości, że to pozwoliło mi na szybkie podźwignięcie się. Nie odkrywam Ameryki, że w takiej chwili takie wsparcie to  tlen, reanimacja. Odkryłem się przed kibicami, pokazałem, w jakim jestem stanie emocjonalnym, w zamian dostałem najlepsze i bardzo skuteczne lekarstwo na odzyskanie wiary w to, co robię.

Po fatalnych eliminacjach czułem się tak, jakbym w  jednej chwili stracił dorobek całego życia. Trudno było zapomnieć o tej klęsce. Wyjście do miasta było niebezpieczne, nie zginąłem więc na dwa dni, jak w Londynie, nie ukrywam jednak, że  żal utopiłem również w  kilku drinkach. Tłumaczę sobie, że  nie dorosłem, nie byłem przygotowany, by zostać mistrzem olimpijskim. Trudno, muszę nadal trenować, ciężko pracować. Jednak jeszcze większą katastrofą byłoby, gdybym zajął drugie albo trzecie miejsce. Moje prorocze słowa znalazły kolejny raz potwierdzenie.

– Jakie?

– Płacę za wypowiedź, gdy rozpoczynałem właściwie sportową karierę. Przed laty stwierdziłem, że na pierwsze igrzyska pojadę do Londynu. Jako dzieciak zapowiedziałem, że w mojej karierze będzie inaczej niż w przypadku Szymona Ziółkowskiego. On, przypomnę, niemal na początku kariery zdobył złoty medal olimpijski w  rzucie młotem, a później wywalczył tytuł mistrza świata. A ja mam już tytuły mistrza Europy, świata, a na ten najważniejszy muszę jeszcze poczekać. Za kilka dni po raz trzeci z rzędu mam szansę zostać najlepszym młociarzem świata, tego nikt do tej pory nie dokonał. Igrzyska w Tokio za trzy lata. Pocieszam się, że minie to szybko i w Japonii odbiorę to, co mi tak łatwo uciekło i w Londynie, i w Rio.

– Igrzyska są pana przekleństwem.

– Na to wychodzi, ale jeśli w 2020 roku by  się nie udało, to  wskazywałoby, że  jednak coś ze  mną nie jest w  porządku. Tłumaczę sobie, że wszystko musi mieć swoje miejsce i swój czas. Do trzech razy sztuka – tam muszę wreszcie awansować do finału, a w nim walczyć o wymarzone złoto. W Tokio igrzyskom będzie towarzyszył mój ulubiony bohater kreskówki Dragon Ball – Son Goku. To niezwykły wojownik o wielkim sercu i fantastycznym nastawieniu. Son Goku będzie ambasadorem igrzysk w stolicy Japonii, będzie też bohaterem specjalnego tatuażu, jaki planuję na nodze. Chcę być takim samym wojownikiem jak on.

– Stosuje pan trening mentalny?

– Nie pracowałem z psychologiem. Nie potrzebuję tego.

– Dlaczego?

–  Spotkałem się kiedyś z  psychologiem, wypełniłem ankiety i usłyszałem, że  nie jest mi  w  stanie pomóc, bo jestem ryzykantem. I tyle. Rzeczywiście, w zawodach nie kalkuluję. Wchodzę do koła i rzucam z całych sił, robię swoje. Nie ma cackania. Nie przekonuje mnie, że na igrzyskach zawodzi moja głowa, uważam to nawet za śmieszne, by  tłumaczyć, że  to  decydowało o  niepowodzeniu.

Jeśli robię coś 15 lat, a w danej chwili jestem najlepszy na świecie, wygrywam wszystkie zawody, to nie mogę usprawiedliwiać niepowodzenia na igrzyskach swoim stanem emocjonalnym. Gdyby jeszcze to stało się w finale, ale ja nie przebrnąłem eliminacji.

– Ale może jednak wskazana byłaby dłuższa praca z psychologiem?

– Nie wydaje mi się, że tego potrzebuję. Moim najlepszym psychologiem jest pierwsza i obecna trenerka Jolanta Kumor. W  wieku młodzieńczym nauczyła mnie, jak sobie radzić w trudnych sytuacjach. Nie ma narzekania, obaw, nic nie powinno mi  przeszkadzać.

Z innymi trenerami miałem problemy, chcieli, bym zmienił swoje nawyki, przyzwyczajenia. Ale przecież ja nie mam zadowalać trenera, tylko daleko rzucać. Nie czuję potrzeby dodatkowej pracy z psychologiem. Jestem indywidualistą, często egoistycznie podchodzę do tego, co się wokół mnie dzieje. Jeśli ktoś ma mi mówić, że jestem świetny, wspaniały, to nawet nie chce mi się tego słuchać, a gdybym miał się dowiedzieć, że nie nadaję się na sportowca, to pewnie skończyłoby się wielkim mordobiciem.

– Powrócił pan do pracy ze swoją nauczycielką wychowania fizycznego.

– I to jest najlepszy trener, a zarazem znakomity psycholog. To  dzięki niej uprawiam sport. Tata chciał, bym został kolarzem, a pani Jola nie dawała spokoju, namawiała, bym rzucał młotem. Jestem jej wdzięczny za to, że łaziła za mną, przekonywała. Inny nauczyciel dawno dałby sobie ze mną spokój, ale ta niezwykła kobieta jest uparta jeszcze bardziej ode mnie. Podobno zawzięła się na mnie po tym, jak kiedyś w czasie turnieju piłkarskiego wściekłem się, zdjąłem spodenki i pokazałem sędziemu goły tyłek.

Zna mnie, moje humorki, ma wyczucie, właściwie rozumiemy się bez słów. Pani Jola bije na głowę wielu trenerów, którzy zapominają o tym, że dla mnie wcale nie jest najważniejsza tylko rzutnia. Taka jest właśnie różnica między trenerem z nazwy a człowiekiem. Od wielu szkoleniowców słyszałem, że nic ze mnie nie będzie, że nie nadaję się do  sportu.

Nie ukrywam, że  jestem trudnym człowiekiem, ale wiem, że gdy mam komfort pracy i wolną głowę, nie muszę przejmować się, że trener ma złą minę, wstał lewą nogą albo nie pozwala na kontakt z rodziną, bo najważniejszy jest sport – to pracuje mi się przyjemniej. Ten spokój zapewnia właśnie pani Jola. To od niej odebrałem pierwszy telefon po niepowodzeniu w  Rio. Usłyszałem, bym nie robił głupstw, nie biegał przykładowo po dachach. Rozkleiłem się wtedy i powiedziałem jej, że ze mnie to jest wyjątkowa dupa! Bo inaczej nie mogłem wytłumaczyć swojego niepowodzenia.

–  Za  panem wiele lat ciężkiej pracy...

– ...ale jestem przekonany, że wszystko, co najlepsze, nadal przede mną. Jest jeszcze wiele do zdobycia. Chcę rozwiązać problemy zdrowotne, muszę pozbyć się kłopotów z  zatokami, bo liczne przeziębienia wybijały mnie w tym roku z treningu. Traciłem wtedy też na wadze, a chciałbym mieć stałą – 125 kg.

Nie boję się ciężkiej pracy, planuję w przyszłym roku zmodyfikować nieco trening, mamy z trenerką sporo pomysłów, wszystko po to, by śrubować moje rekordy w rzucie młotem. Wie pan, trudniejsze od  pracy sportowca jest bycie ojcem. Zwłaszcza gdy tę rolę wypełnia się na odległość. Prawie 2,5-letnia córeczka Laila jest bardzo stęskniona i jak pojawiam się w domu, to nie zrobi nic beze mnie, mama traci wtedy pierwszeństwo.

Nie jest łatwo skupić się na normalnym rytmie treningowym, bo miłość do dziecka, nie ukrywam, jest ogromna. Najgorsze, jak dzwoni, gdy jestem na zgrupowaniu, płacze z tęsknoty. Ale to piękne uczucie zwariować na punkcie dziecka. Piękniejsze niż wszystko inne.

TOMASZ ZIMOCH  "Angora" nr 32/2017

 

0
0
0
s2sdefault

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież