Materiały nie wyrażają poglądów redakcji. Różnorodność celowa. Oceny i wnioski pozostawiamy Czytelnikom.
A A A

Jugendamt to  w  Polsce najbardziej znana instytucja niemiecka. Temat odbierania dzieci Polakom zamieszkałym w Niemczech powraca w mediach regularnie. Mało kto zadaje sobie pytanie, dlaczego dzieci są odbierane. Wystarczy, że to polskie dzieci i w Niemczech. Zbigniew Jugendamtu bał się długo. Słyszał o nim w Polsce. Jeszcze bardziej bał się o synka.

Piotruś (imię zmienione) mieszkał w Berlinie z mamą alkoholiczką. Zbigniew nie miał z nią ślubu i – według niemieckiego prawa – praw rodzicielskich.

Poszedł do Jugendamtu, bo  przekonała go pani z  Polskiej Rady Społecznej. Urząd wysłał matkę na odwyk i opłacił go. Trzy razy, bo każdorazowo wracała do picia. Syn był nadal u niej. Urzędnicy pomagali pisać wnioski o zasiłki, o przedszkole. Na nic.

Po roku Jugendamt reprezentował Zbigniewa w sądzie w sprawie o przyznanie mu praw rodzicielskich. I z mieszkania matki odwiózł synka do taty.

 

W tę historię nikt w Polsce nie uwierzy. – Zabrania się mówić po polsku przy dzieciach, posyłać je na religię, na polski chór – opowiada posłanka PiS Dorota Arciszewska-Mielewczyk w telewizji Republika.

To, że w Niemczech działają polskie zespoły dziecięce, tysiące dzieci rozmawia po polsku w domu i na ulicy, a nawet zdaje język polski na maturze, posłanki nie zastanowiło.

Wiceminister Michał Wójcik w wywiadzie dla prawicowego portalu mówi o  odbieranych corocznie w Niemczech 77 tys. dzieci. W rzeczywistości jedna trzecia tych przypadków to niepełnoletni uchodźcy, którzy do Niemiec przybyli bez rodziców i Jugendamt stał się ich prawnym opiekunem.

– Nie odbiera się dzieci Turkom czy nacjom związanym z inną religią, bo te nacje przychodzą pod Bundestag i nikt nie odważy się wystąpić przeciw milionowi Turków – twierdzi Dorota Arciszewska-Mielewczyk.

– Na pewno Jugendamt nie koncentruje się na polskich dzieciach – mówi też Stefan Nowak, prawnik z Berlina, który reprezentuje rodziców w sporach z Jugendamtem. Wśród klientów ma i Turków, i Greków, i Arabów, a najwięcej – Niemców.

– Większość Polaków w Niemczech nigdy nie będzie mia- ła żadnych problemów z Jugendamtem – ocenia. – Jugendamt dostaje za każde polskie dziecko kilka tysięcy euro – mówi w TVP Info matka zabranego dziecka.

A przecież to Jugendamt płaci placówkom ze środków budżetowych ponad 150 euro dziennie za pobyt dziecka. Polityków nie zastanawia, że dzieci odbierane są też w Polsce, że kilka przypadków rocznie na milion Polaków w Niemczech to nie masowe zjawisko.

 

Danutę Stokowską trafia szlag. Od  28  lat pracuje jako psycholożka w Berlinie. Spora część jej pacjentów to Polacy. Zgłaszają się do niej rodzice, których dzieci mają problemy z aklimatyzacją w nowym kraju, czują się zagubione. – Coraz częściej widzę, że panicznie boją się Jugendamtu – opowiada.

– Są gotowi płacić za konsultacje i terapię z  własnej kieszeni, choć koszty przejmuje Jugendamt, bo obawiają się, że  urząd odbierze im dzieci.

Słyszeli w Polsce, mówią – kręci głową psycholog Stokowska. – A akurat ich zachowanie byłoby postrzegane przez Jugendamt jako przejaw troski o dobro dziecka.

 

„Dobro dziecka” to  główne zadanie Jugendamtów, po polsku – Urzę- dów ds. Dzieci i Młodzieży. Ich korzenie sięgają początku XX wieku; w 1922 ich działalność została prawnie uregulowana. Hitler pozycję Jugendamtów osłabił na korzyść Hitlerjugend i Lebensbornu, który faktycznie porywał dzieci, m.in. z Polski, aby zgermanizować te „rasowo wartościowe”.

Wbrew powszechnemu w Polsce przekonaniu, odbieranie dzieci to promil działalności Jugendamtów. Urzędy prowadzą przedszkola, placówki wyrównawcze, współfinansują imprezy młodzieżowe, pobyt dzieci w przedszkolu, rehabilitację, psycho terapię i kursy odwykowe dla dzieci – ale i dla rodziców, pomagają w urzędach i sądach (choć- by przy uznaniu ojcostwa).

Potrafią naciskać wynajemcę, który nie chce usunąć grzyba w mieszkaniu, w którym mieszka rodzina z dziećmi, jak w przypadku pani Anny z Berlina.

– Nie miałam pracy, ubezpieczenia, kiepsko mówiłam po niemiecku, nie stać mnie było na przeprowadzkę, administracja nie reagowała na moje prośby, a moje dzieci chorowały – opowiada Polka.

Po interwencji Jugendamtu wynajemca odremontował mieszkanie, a urzędniczki doradziły, jaką pomoc w tej sytuacji może Anna otrzymać. Dlatego Anna sceptycznie patrzy na informacje w polskich mediach.

– Jeżeli mi wtedy nikt dzieci nie próbował odebrać, to mam uwierzyć, że innym za nic zabierają?

Odbieranie to  ostateczność, mówi Aleksandra Kaminska.

–  Najczęściej interwencyjne, gdy zagrożenie jest ostre: alkoholizm, przemoc. Polka pracuje jako pracownik socjalny w pozarządowym stowarzyszeniu pomocy rodzinie. Na zlecenie Jugen damtu wyjaśnia, czy w danej rodzinie „dobro dziecka” jest zagrożone. Przez trzy miesiące odwiedza rodzinę, rozmawia, obserwuje.

 

W  2015 roku Jugendamt wszczął ponad 129 tys. postępowań wyjaśniających. Wzrost wynika nie ze zwiększającej się skali przemocy i rosnącej wraż- liwości obywateli, tłumaczą pracownicy socjalni.

Podejrzenia zgłaszają policja i sądy, ale coraz częściej szkoła, sąsiedzi i dalsza rodzina. Często bezpodstawnie: w prawie jednej trzeciej przypadków nie stwierdzono zagrożenia i zamknię- to sprawę, w podobnej części przypadków uznano, że dziecku nic nie zagraża, ale że rodzinie przydałaby się pomoc (np. dofinansowanie do przedszkola czy pomoc przy załatwianiu spraw w urzędach).

Ale Jugendamt uznał, że zagrożone jest dobro ponad 50  tys. dzieci: najczęściej na  skutek zaniedbania (ok.  60  proc. przypadków), w  dalszej kolejności znęcania się psychicznego, fizycznego czy wykorzystania seksualnego.

Wtedy wkracza, choć najczęściej w formie kontroli i wymuszonej współpracy z rodziną, a nie, żeby odebrać dziecko.

 

Danuta Stokowska tylko raz była świadkiem przejęcia opieki nad polskim dzieckiem w  rodzinie. – Ale mieliśmy sporo polskich rodzin, w których, dzięki współdziałaniu, udało się uniknąć przekazania dzieci do rodzin zastępczych.

 

Wielu Polaków ma  problem z  niemieckimi przepisami.

Naruszenie dobra dziecka to tu nie tylko bicie czy głodzenie. Może być nim nawet chorobliwa otyłość na skutek złej diety, nieprzestrzeganie obowiązkowych badań okresowych dzieci (czy kobiety w ciąży) albo nieleczona próchnica. Uparta odmowa współ- pracy z Jugendamtem w takich przypadkach skutkuje problemami, łącznie z czasowym odebraniem dzieci, ale tylko za zgodą sądu.

Najczęściej sąd decyduje o powrocie dzieci do rodziców, pod warunkiem ich zobowiązania do współpracy z Jugendamtem. Jeżeli dziecko zostaje poza domem rodzinnym, rodzice mają prawo do spotkań nadzorowanych. Czasami urzędnicy ułatwiają sobie sprawę i zamiast znaleźć osobę mówiącą po polsku, żądają rozmów po niemiecku – łamiąc prawo.

Najłatwiej byłoby, gdyby dzieci na ten czas trafiły do rodzin polskich. Jugendamt w Berlinie od roku apeluje o zgłaszanie się Polaków na kursy dla rodzin zastępczych. Ale w mieście, gdzie mieszka nawet do stu tysięcy osób z polskimi korzeniami, chętnych brak.

 

Fakt, Jugendamt krytykują nie tylko polskie media, ale i Niemcy – choć raczej nie za nadgorliwość, ale za zbyt małe zaangażowanie.

Zagłodzona w 2007 roku pięcioletnia Lea Sophie ze Schwerina, siedmioletnia Jessica w Hamburgu w 2005 czy – w tym roku – dwuletni Anakin (pracownica, która zbyt rzadko odwiedzała objętą nadzorem rodzinę, została oskarżona o nieumyślne spowodowanie śmierci).

Pobita na śmierć trzyletnia Yagmur czy dwuletni Kevin, którego ciało znaleziono w zamrażarce w domu rodziców. Niewłaściwe przeszkolenie czy złośliwość, ale najczęściej strach przed pomył- ką, zakończoną nawet śmiercią dziecka, powoduje, że część urzędników woli czasami działać za szybko niż za wolno, oceniają prawnicy zajmujący się prawami dziecka.

Ale ostrzegają przed demonizowaniem Jugendamtu.

Zbigniew Jugendamtu już się nie boi. Matka ma prawo do widzenia nadzorowanego, by  uniknąć manipulowania dzieckiem. Zbigniew dobrowolnie korzysta ze wsparcia urzędników: przede wszystkim z pomocy psychologicznej dla synka.

Chodzi do Jugendamtu, kiedy potrzebuje. Po ocenie urzędników, że mały ma u taty dobrze, kontrola się skończyła. Pod jednym z polskich reportaży o Jugendamcie Zbigniew napisał, że to nieprawda, co mówią. Został zhejtowany.

AGNIESZKA HRECZUK "Angora" nr 30/2017

Zamieszczamy,  w celach informacyjno-edukacyjnych, mniej niż 10% przedruków  zawartości   ANGORY. Do poczytania kilkadziesiąt ciekawych  stron https://www.angora.com.pl  lub wydanie papierowe  w każdy poniedziałek. Cena tylko 4 zł.                                                                                                       

   Tygodnik ANGORA dostępny  również na iPad i iPhone darmowa aplikacja.

 Wpisz w przeglądarkę: https://itunes.apple.com/app/tygodnik-angora/id428646005A

 

Komentowanie możliwe tylko przez zarejestrowanych Użytkowników

CoalaWeb Social Links

Opublikuj: